• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

sobota, 29 marca 2014

DRESZCZ - JAKUB ĆWIEK (2013)

wyd. Fabryka Słów, Lublin 2013

Wreszcie znalazłam swojego superbohatera. Sami przyznajcie - nie ma za bardzo w czym wybierać - Przylizany hipster Clark Kent, nieco maminsynkowaty Spiderman... Batman dawałby radę, gdyby nie to, że tak jak wspomniany Superman nosił gacie na spodnie. Nigdy nie kumałam tej dziwnej mody. Podobał mi się Mrożo z "Iniemamocnych", ale niestety królem mody też nie był. I w końcu jest! Ćwiekowi udało się zapełnić lukę w mym sercu.

Dreszcz to postać bez nadęcia. Stary (ale nadal jary) rock'n'rollowiec z długimi siwymi włosami i gitarą w kościstej dłoni. To superbohater w czarnej ramonesce i przypinką "TAK, TWOJĄ MATKĘ TEŻ". Za młodu rozpłodowy buhaj, teraz... właściwie nic się nie zmieniło. Nie lubi pracować. Za to uwielbia spędzać czas popijając piwko, jarając blanty i słuchając AC/DC. Kiedy obrywa piorunem zyskuje supermoc. Żal nie wykorzystać.

Być może wspomniana przypinka wyglądała właśnie tak ;)

Książka dostarcza sporej dawki rozrywki i humoru. Postać sąsiada Dreszcza, Ślązaka Alojza wywołuje niepohamowane wybuchy śmiechu. Nie wiem, na ile jego wypowiedzi są stylizowane na gwarę, a ile w nim prawdziwego "ślonskiego chopa", ale powiadam Wam: boki zrywać!  Duet jest jednym z lepszych, jakie spotkałam w tego typu literaturze. Zbudowany na różnicach i konfliktach, a jednocześnie na bezgranicznej przyjaźni. Coś w stylu "Bad Boys". Uśmiałam się za wszystkie czasy.

Książkę postawiłabym na półce "lekka lektura dla fanów rocka, fantasy i komiksów". Nie ma sensu doszukiwać się tu jakiejś głębi poza zapewnieniem całkiem solidnej dawki rozrywki. Owszem, jest tu sporo wulgaryzmów, ale uważam, że trzymają się konwencji i przyjętej estetyki tematu. Nie tylko nie kłują w oczy, ale są nawet wskazane! Mi to pasuje, bo lubię wulgaryzmy. "Dreszcz" to typowa książka na jeden wieczór. Lekka, łatwa i przyjemna. Dobra w podróży lub na plaży. Pozwala się lekko odmóżdżczyć, ale nie mieli szarych komórek na trociny w kolorze brudnej szmaty. 
Książka jest na tyle dobra, że chętnie przeczytam drugą część. Jest jednocześnie na tyle "lekkostrawna", że przeżyję, jeśli jednak nie dowiem się, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. Niemniej jednak: Panie Ćwiek, gratuluję pomysłu!





Podsumowanie: NEVER TOO OLD TO ROCK!!!
                         
Znaczy się Porucznik****
Oprawa graficzna: 10/10 Super okładka i super
 obrazki w środku.


poniedziałek, 24 marca 2014

MURY HEBRONU - ANDRZEJ STASIUK (1992)


wyd. Czarne, Wołowiec 2011

Mam przyjaciela, który Stasiukiem się zachwyca. Ba, na zachwycie się nie kończy, on go ubóstwia i przy każdej okazji wychwala jego prozę. Ja niestety, jak zwykle, nie miałam z autorem do czynienia. Aż nadszedł dzień urodzin mojego osobistego chłopa. Wraz z pierwszych siwym włosem na skroni oraz dodatkową porcją mięsa na obiad otrzymał z tej okazji "Mury Hebronu". "Dla Ciebie, dla rodziny" samo ciśnie się na usta. Bo tę książkę powinien przeczytać każdy.

Zakochałam się bezpowrotnie. Od pierwszego zdania. Książka wprost emanuje już od pierwszej strony tym, czego brakowało recenzowanemu ostatnio "Wybranemu" - autentyzmem. Stasiuk w więzieniu spędził półtora roku. I to się czuje. Nawet jeśli nie opisywał prawdziwych wydarzeń, wiemy, że to mogło się wydarzyć gdziekolwiek. I prawdopodobnie tak było. Uwielbiam ten typ książki, gdzie autor wręcz wyrzyguje to, co schował głęboko w sobie. W ustach jeszcze długo pozostaje kwaśny posmak, nie pozwalając zapomnieć.

Książka opowiada o więzieniu i więźniach. Ich sposobie myślenia, mówienia, sposobach na przeżycie, pojmowanie moralności. Nic więcej nie powiem, bo książka jest właściwie tylko o tym. A raczej AŻ O TYM, bo to temat rzeka. Jak to dobrze, że Stasiuk to rozumiał i skupił się na tym jednym aspekcie ludzkiego życia. Niby błahy, a jednak zawierający w sobie właściwie wszystkie ważkie kwestie życiowe. Genialne.

Narracja jest nie tylko jedną z lepszych jakie czytałam ostatnio, ale mogę spokojnie wpisać ją na listę "narracji mojego życia". Dość powiedzieć, że najczęściej powtarzanym przeze mnie słowem było: "ja pierdolę...". Wiesz, że to się dzieje naprawdę. Może nawet w tym momencie, kiedy przewracasz stronę. Mimo to nie umiesz w to uwierzyć.Po pierwsze: krótkie, treściwe zdania. Uwielbiam, kiedy jest jasno, zwięźle i do rzeczy. Bez zbędnych ozdobników. Po drugie: słownictwo.  Poznałam wiele nowych słów, choć żargon więzienny jest obecny w moim życiu od dziecka. Mój tata, obecnie na emeryturze, pracował w areszcie śledczym. Nie raz mnie straszył, że jak nie posprzątam w pokoju, to zrobi mi kipisz. :) Raz mi zrobił. Sprzątałam to chyba dwa dni  :) Swoją drogą to świetna metoda wychowawcza...

"Mury Hebronu" wędrują na półkę z napisem "ulubione" z jeszcze jednego powodu. Podoba mi się estetyka wykreowanego świata. A właściwie jej brak. Tak jak w "Piekielnym Brooklynie"  - wszystko jest zgniłe, szaro-bure i bez przyszłości. Do mnie taki obraz przemawia sto razy bardziej niż malownicze pejzaże, tęcza i szczęśliwe zakończenie. Życie to nie jebajka. Przed tym światem nie ma ucieczki. Nawet jeśli próbujesz, prędzej czy później powracasz w jego objęcia. W ramiona zakończone ostrymi szponami, rozdzierające gardło przy najmniejszym fałszywym ruchu.

Kocham. Dzięki, Dominik!

Podsumowanie: Generał! ******
Oprawa graficzna: 10/10 Przystojny wydziergany facet. 
Do tego na temat. Miodzio.


sobota, 22 marca 2014

UCZNIOWIE SZATANA (1988) - HUGH B. CRAVE

wyd. Phantom Press, Gdańsk 1993r.

Zawsze chciałam pojechać na jakąś wyspę. W przypadku, jeśli chwilowo zabraknie tych bezludnych, zadowolę się Jamajką. Będę pić drinki z palemką i  ubrana w spódniczkę z trawy pląsać topless do rytmu wybijanego przez szalenie przystojnego tubylca. Nigdy bym nie przypuszczała, że w raju na ziemi może czaić się niebezpieczeństwo...

I całkiem słusznie, bo w tej książce nie czaiło się nic. Zapowiadało się ciekawie. Krwawo, brutalnie i boleśnie. Autor albo bardzo starał się, żeby nie wyszło, albo wręcz przeciwnie - przeholował. Opis na tylnej okładce obiecuje "wypadki, które potoczą się w zawrotnym tempie". Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Właściwie nie wiem, jaki sens miała ta książka.

Na pewno zaraz powiecie, że sensu nie musiała mieć, bo klasa B z definicji jest go pozbawiona. Otóż powiem Wam, że bardzo się mylicie. Pierwszym z brzegu, aczkolwiek nie jedynym powodem dla któreego ludzie sięgają po tego typu literaturę jest rozrywka. Znaczna część czytelników nie oczekuje od niej niczego więcej. Cóż, w tym wypadku nawet oni się zawiodą...

Pomysł był niezły. Młody nauczyciel dowiaduje się, że jego brat bliźniak tak zaszedł za skórę pewnym podejrzanym typkom, że musi się ukryć na Jamajce, żeby zbiry nie pomyliły się i przypadkiem nie capnęły jego zamiast winnego. Nieświadomy, że został użyty jako żywa przynęta sprowadza się do słonecznej krainy, gdzie rozwija swoje zdolności czytania w myślach. Przecież każdy bliźniak ma jakieś paranormalne zdolności, prawda? Szkoda, że wykonanie nie było tak dobre jak pomysł, bo mogłaby z tego wyjść całkiem przyzwoita historia. A gdyby babcia miała wąsy, to była by dziadkiem.

Jest nudno. Nic się nie dzieje. Jeśli już pada jakiś trup to bezkrwawo i prawie niezauważalnie. Z głównego bohatera większa cipa niż ze Scorupco w "Ogniem i mieczem". Akcja toczy się tak wolno, że walka Songo z Komórczakiem to było mgnienie oka. Właściwie to nie do końca ma się co toczyć - ciężko tu mówić o jakiejkolwiek akcji. Doszłam do dwóch wniosków. Pierwszy: autor chciał napisać bardziej ambitny tekst klasy B. Nie wyszło. Drugi: autor wcale nie chciał pisać horroru klasy B, tylko bezkrwawy tekst, gdzie sama atmosfera przyprawia o dreszcze. Takie "Dziecko Rosemary". Również nie wyszło. Jedyny plus jest taki, że da się to czytać.

Książka nie spełnia swojej podstawowej roli, nie mówiąc już o tych nieco bardziej ambitnych. Nawet o okładce niewiele mam do powiedzenia- co z tego, że fajna, skoro wprowadza potencjalnego czytelnika w błąd? Ponieważ nie ma za bardzo o czym mówić - nic więcej nie napiszę.



Podsumowanie: Kapral**
Okładka: 2/10 Wszystko już zostało powiedziane.

sobota, 15 marca 2014

KUPA WIEDZY - PAUL KLEINMAN (2011)


Jest nas wielu, choć niektórzy ukrywają się przed rodziną i znajomymi.Czasami ciężko przyznać nawet przed samym sobą, że TO sprawia nam przyjemność. Miotamy się wówczas pomiędzy pragnieniem a wyrzutami sumienia. Inni natomiast mają gdzieś zdanie całej reszty. Robią to przy każdej okazji i mówią o tym bez zażenowania. Wszyscy, którzy byli w mojej toalecie zapewne nie będą mieli problemów z określeniem, do której grupy należę. Czytam na kiblu. I dobrze mi z tym.

Kiedy usłyszałam, co jest do wygrania wiedziałam, że nie przepuszczę takiej okazji. Chwyciłam za telefon, wysłałam smsa o żenującej treści i...WYGRAŁAM! "Kupa wiedzy" to książka dla czytających w toalecie. To moje trofeum, nagroda w radiowym konkursie. Kiedy zasiadam na tronie, dumnie dzierżę ją w dłoni niczym berło. A kiedy już rozgryzę sens życia i nadchodzi kres kontemplacjom, z Komnaty  Tajemnic wychodzę nie tylko lżejsza o jakieś 5 kilo, ale i mądrzejsza! I wcale nie dlatego, że co nieco przestało uciskać mój mózg, wskutek czego mam mniej gównianych pomysłów. Zdradzę Wam sekret. Ta książka to prawdziwa skarbnica wiedzy wszelakiej!

Książka podzielona jest na lekcje, oznaczone cyframi. Każda lekcja składa się z kilku "podlekcji", oznaczonych literkami. Po każdej lekcji jest test wiedzy. O jakiej tematyce? Właściwie każdej! Znajdziemy tu języki obce, historię, starożytne cywilizacje, matematykę,filozofię, literaturę i co tylko sobie wymyślimy. Ale spokojnie, w niczym nie przypomina to podręczników szkolnych! Bliżej jej do kompendium maturzysty, pod warunkiem, że egzamin byłby z wiedzy "wymieszanej, nie wstrząśniętej". Oznacza to ni mniej, ni więcej niż to, że po prostu autor zamieścił tu kilka zdań na każdy z podanych zagadnień. Coś w stylu "Czy wiesz, że...", które pamiętam ze "Świata wiedzy" i innych czasopism, które czytywałam za młodu. Czasem wymaga skupienia, ale o to w Świątyni Dumania raczej nie musimy się martwić.

Właściwie nie ma o czym pisać - ot, zbiór ciekawych faktów do poczytania, kiedy jesteśmy sami, a nasza ostrość widzenia cudownym sposobem nagle się polepszyła. Dość gruba, mi starczy chyba na 3 lata. Papier podobny do toaletowego, zatem książka ma co najmniej dwa zastosowania. Za to okładka przyjemna w dotyku, zgrabnie  zabawiono się fakturą. No i projekt graficzny  - do mnie trafia, pomimo, że nie jestem wielką fanką pomarańczowego.

Jeśli często bywacie tam, gdzie król piechotą chodzi to jest pozycja dla Was. Ale polecam ją wygrać, bo jest dość droga.


Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: 9/10 Jak wyżej.

środa, 12 marca 2014

Lektury o zapachu kawy - wasze zdjęcia #NaKawe 2014


Idealna towarzyszka lektury? Dobra kawa. I małe co nieco. Nie musimy do tego was przekonywać, bo widzimy, że nasza instaakcja zaczęła żyć własnym życiem! Coraz więcej fantastycznych książek i ślicznych zdjęć pojawia się w Instagramie pod hashtagiem #NaKawe. Co czytają kawosze w 2014 roku? Gdzie czytają kawosze? O tym niech opowiedzą wasze instagramy. 

poniedziałek, 10 marca 2014

WYBRANY (1969) - BERNICE RUBENS


Wyd. Wiatr od morza, Gdańsk 2013

Zweck jest szanowanym londyńskim rabinem. Ma trójkę dzieci i wciąż wraca myślami do swojej zmarłej żony. "Wybrany" nie miała być powieścią o Żydach. Miała natomiast być opowieścią o prześladowaniu samego siebie. Rewelacyjnie to ujęłam: miała...

"Wybrany" to kolejna książka, która lepiej się zapowiada, niż jest w rzeczywistości. To trochę tak jak z kolorowymi, słodkimi babeczkami, na widok których leci Wam ślinka. Kiedy już zatopicie w niej zęby okazuje się, że wygląda zdecydowanie lepiej niż smakuje. Czuć tylko sztuczny posmak ulepszaczy. 

Niestety, po raz kolejny zetknęłam się z pozycją, której brakuje autentyzmu. Owszem, poruszane problemy są ważkie, ale podane w zły sposób. To tak, jakbyśmy do pysznej zupy podali widelec. Nijak nie da się tego zjeść, a wlanie całości prosto do gardła grozi poparzeniem i niestrawnością. Autorka poruszyła sporo kwestii, dlatego postaram się omówić najważniejsze z nich po kolei, żeby stworzyć przynajmniej pozory uporządkowania. 

1. Uzależnienie od narkotyków i umieszczenie w zakładzie zamkniętym. Czytałam wiele lepszych książek na ten temat. Widać, że autorka również. Zabrakło tu polotu, wcześniej wspomnianego autentyzmu. Wszyscy, którzy czytali "Lot nad kukułczym gniazdem" i "Requiem dla snu" wiedzą, o co mi chodzi. Na szczęście nie było tak źle jak przypadku "Matni". Da się czytać, ale mnie bycie średniakiem nie satysfakcjonuje.

2. Kazirodztwo i co z tego wynika. I jedno i drugie potraktowane po macoszemu. A mógł być z tego kawał dobrej literatury...

3. Uzależnienie od rodzica/żony. Temat liźnięty podobnie jak poprzedni, choć tym razem autorka wysunęła trochę więcej języka. Szkoda, bo to jest zjawisko dość powszechne. Zagadnienie ciekawe również pod kątem psychologicznym i wychowawczym. Niestety nie wyniesiemy z lektury wiele więcej niż to, że  "czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci".

4. Wykluczenie z rodziny. W kulturze żydowskiej nie jestem zbyt obeznana, ale nie tylko w tych kręgach zdarza się, że rodzice wyrzucają własne dzieci na ulicę. Trauma dla obu stron. Autorka ponownie jedynie zaakcentowała problem, pomimo, że poświęciła mu sporo linijek. Marnotrawstwo miejsca...

5. Wychowanie. Rzecz niełatwa. Nierzadko okupiona łzami i krwią. Ten temat wyszedł autorce najlepiej. Strach rodzica o to, jak będzie wyglądało życie dorosłych już dzieci. Co będzie, jak nas zabraknie? Czy sobie poradzą bez nas? I tak dalej... Szkoda, że ten problem lekko ginął wśród wszystkich innych. Miał potencjał.

6. Współuzależnienie. Rodziny nałogowców nie mają lekkiego życia. Często ich psychika jest na tyle zdewastowana, że potrzebują pomocy specjalistów i odpowiedniego leczenia. Gdyby "Wybrany" skupiał się tylko na tym problemie, miałby szansę być odrobinę lepszą książką.

Jak widzicie: groch z kapustą. Nie od dziś wiadomo, że jak coś jest od wszystkiego, to jest do niczego. Dlatego nie do końca rozumiem zachwyty nad tą książką. Czytałam tysiąc lepszych. Zdarzyło się też kilka gorszych. "Wybranego" umiejscowiłabym powyżej, aczkolwiek bardzo blisko "cienkiej czerwonej linii". Zdecydowanie nie jest to książka, do której chciałabym kiedyś wrócić. Znajomym raczej też nie polecę. Chyba, że nie mają nic lepszego do czytania.

Podsumowanie: Sierżant***
Oprawa graficzna: 4/10 Ujdzie w tłumie.








Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu




niedziela, 9 marca 2014

PAN LENIWIEC I PANTOFELEK KOPCIUSZKA (audiobook)

Jadę samochodem, dzieciarnia szaleje, więc włączamy bajkę. Dzieciaki znają bajkę na pamięć, więc razem śpiewają, klaszczą, nawet mówią chórem z aktorami. Taki obrazek na pewno nie jest obcy żadnemu rodzicowi - audiobooki, słuchowiska z bajkami dla dzieci stały się nie tylko narzędziem edukacyjnym, ale też środkiem uspokajającym dla maluchów. 

Nie mam dzieci i na co dzień nie słucham bajek - z tymi mam do czynienia w mojej rodzinie sporadycznie. Pamiętam jednak doskonale momenty, gdy słuchane dialogi w puszczanych dla młodszych kuzynów bajkach raziły swoją infantylnością i najzwyczajniej w świecie wkurzały. Stoję na stanowisku, że do dzieci należy rozmawiać jak do mniejszych siebie, traktować z szacunkiem i nie wciskać kitu. 

Tyle tytułem wstępu, przejdźmy do rzeczy. Niedawno trafił w moje ręce audiobook wydany przez Stare Radyjko. Stare Radyjko to trójmiejski projekt, w którym skupiają się działania artystyczne i edukacyjne skierowane do najmłodszych. Autorzy projektu najpierw wydali płytę z piosenkami dla dzieci, a później ruszyli z warsztatami muzyczno-dźwiękowymi. Po tym doświadczeniu, część ekipy postanowiła na dłużej zostać w tematyce dziecięcej i tak powstał pomysł nagrania bajki z autorską historią i oprawą muzyczną. 

Efektem współpracy z aktorami teatru Miniatura i Wybrzeże, rysowniczką Grażyną Rigall i muzykami jest audiobook "Pan Leniwiec i pantofelek Kopciuszka". I jest to, moim zdaniem, tytuł wart uwagi dzieci i rodziców. 

Przede wszystkim historia. Jest jak dobry detektywistyczny film, w którym każdy jest podejrzany i każdy może coś mieć za uszami. W toku wydarzeń, słuchacze wędrują razem z głównymi bohaterami po bajkowej krainie odwiedzając wszystkim dobrze znane postaci: Kopciuszka i jej Księcia, królewnę Śnieżkę i jej Krasnoludów, Babę Jagę, Królową Zimy... Mamy wiec okazję skonfrontować swoje wyobrażenie o tych bajkach i jej bohaterach, przekonać się, że... nie zawsze wszystko jest takie, jakie na pierwszy rzut oka może się wydawać. 

Obok fajnej historii, na uwagę zasługuje muzyka. Jest naprawdę świetna! Pamiętacie kreskówkę "O dwóch takich co ukradli księżyc"? No więc, utwory z bajki mogłabym przyrównać do kawałków Lady Pank - dodają niesamowitego klimatu całemu słuchowisku, wpadają w ucho jednocześnie nie będąc chóralnym śpiewem Arki Noego, która najbardziej kojarzy mi się z muzyką dla dzieci.

A także, nie zapomnijmy o aktorach, grających w słuchowisku. Tutaj, z bólem serca, muszę napisać, że nie przekonała mnie główna bohaterka Ela, Leniwiec też trochę chyba się polenił. Ale za to role drugoplanowe są mistrzowskie. Przegenialny jest Królewicz Kopciuszka, fantastyczne są Krasnoludki, całkiem fajnie wypadła też Baba Jaga. 


Na koniec dodam, że bajka sama w sobie jest fajną zachętą dla dzieci, żeby poznać te historie, których jeszcze nie znają. Taka subtelna promocja czytania dla dzieci, a także wskazówka, że w świecie bajek może się dziać tyle niesamowitych rzeczy. Ja wysłuchałam z zapartym tchem, co rzadko się zdarza przy "dorosłych" audiobookach. Myślę więc, że bardzo młoda młodzież również da się porwać tej opowieści.
Podsumowanie: generał  ****** (z małym minusem)
Dziękuję autorom audiobooka za udostępnienie płyty. I życzę nowych, świetnych realizacji!

piątek, 7 marca 2014

Europejski Poeta Wolności. Nasze propozycje

Wielkimi krokami zbliża się festiwal Europejski Poeta Wolności. Już za niecałe dwa tygodnie będziemy mogli spotkać się z nominowanymi poetami oraz ich tłumaczami, ale w tym roku organizatorzy przygotowali wielowymiarowe święto dla zmysłów. Gdzie warto być i czego za nic w świecie nie przegapić - nasze propozycje.


Spotkania autorskie

Spotkania z nominowanymi poetami i ich tłumaczami będą odbywać się podczas festiwalu codziennie.  Zapamiętajcie dwa adresy: biblioteka przy ul. Mariackiej 42 oraz IKM na Długim Targu. To tutaj będzie okazja poznać i porozmawiać z poetami wolności. Spotkania poprowadzą znani dziennikarze kulturalni i literaturoznawcy, m.in.: Kazimiera Szczuka, Max Cegielski, Agata Passent.

19 marca, 2014 r. - biblioteka przy ul. Mariackiej 42
godz. 17:00 - 20:00
Pandelis Boukalas (Grecja) i jego tłumacz Michał Bzinkowski
Erwin Einzinger (Austria) i jego tłumacze Sława Lisiecka i Zdzisław Jaskuła
Dorga Jagić (Chorwacja) i tłumaczka Małgorzata Wierzbicka

20 marca, 2014 r. - Instytut Kultury Miejskiej
godz. 17: 00 - 19:00
Toktarali Tanżaryk (Kazachstan) i tłumacz Henryk Jankowski
Guy Goffette (Belgia) i tłumaczka Anna Wasilewska

21 marca, 2014 r. - Instytut Kultury Miejskiej
godz. 16:00 - 18:00
Jaan Kapliński (Estonia) i tłumacz Aarne Puu
Iren Baumann (Szwajcaria) i tłumacz Ryszard Wojnakowski

Muzyka i film

Obok spotkań ze poetyckim słowem pisanym, warto się wybrać na ucztę dla uszu i oczu. Tę mają zapewnić koncerty i pokazy filmów poetyckich. 

Nowe dźwięki 
Koncert symfoniczny inspirowany poezją w Centrum św. Jana (Świętojańska 50).
20 marca, 2014 r. godz. 20-21.30

ZEBRA. Poetry Film Festival
Pokaz filmów poetyckich w Teatrze w Oknie (Długa 50/51)
22 marca, 2014 r., godz. 19-20.30

Miasto

I coś, co moim zdaniem zasługuje na szczególną uwagę - Literackie Spacery po Gdańsku z Pawłem Huelle i Mieczysławem Abramowiczem. Paweł Huelle to znany gdański pisarz, laureat Paszporu Polityki, również nominowany do Nike. Mieczysław Abramowicz jest pisarzem, a poza tym historykiem, publikującym o Gdańsku. Dlatego spacery te zapowiadają się na intelektualną przygodę. 

Literackie Spacery po Gdańsku
22 marca, 2014 r., godz. 11:00-14:00

Zaproponowane spotkania to oczywiście nie wszystko. Pełny program Festiwalu znajdziecie na stronie europejskipoetawolnosci.pl - w tym propozycje dla najmłodszych. To co, do zobaczenia w Mieście Wolnej Poezji?

środa, 5 marca 2014

Badania PIK: grono czytelników e-booków nie rośnie

Jak wynika z badania Polskiej Izby Książki (PIK), ponad 90 proc. Polaków nie miało styczności ani z e-bookami, ani z audiobookami. Choć oferta elektronicznych publikacji jest coraz większa i rośnie ich sprzedaż, to odsetek ten wcale się nie zmniejsza. Przyciągnięcie nowych grup czytelników utrudniają wysokie ceny e-booków. Te zaś wynikają z tego, że na książki w wersji cyfrowej nałożony jest 23-proc. VAT. W przypadku tradycyjnych publikacji stawka podatku wynosi 5 proc.

W wywiadzie z agencją informacyjną Newseria, prezes PIK Włodzimierz Albin tłumaczy te wyniki w następujący sposób: jeżeli 90 proc. Polaków nie zetknęło się z e-bookiem ani z audiobookiem, a mimo to sprzedaż e-booków rośnie, to znaczy, że kupuje je ta sama grupa czytelników. "A my chcielibyśmy, żeby to było powszechnie dostępne" - mówi.

Co ciekawe, z prognoz branży wydawniczej wynika, że rynek książek w formacie cyfrowym w latach 2011-2016 urośnie nawet dziesięciokrotnie. Dziś rynek e-booków w Polsce wart jest ponad 40 mln zł, a jeszcze dwa lata temu - 10 mln zł. Uważa się, że główną barierą rozwoju publikacji elektronicznych w Polsce są kwestie podatkowe. Książki w wersji cyfrowej obłożone są 23-proc. stawką VAT, podczas gdy w przypadku tradycyjnych, papierowych książek jest to 5 proc.

Trzy lata temu została obniżona stawka VAT na książki papierowe do 5 proc. E-booki i audiobooki, zgodnie z unijną dyrektywą pozostawiono z wyższym podatkiem. O zrównanie stawek dla elektronicznych i tradycyjnych publikacji do 5 proc. wydawcy zrzeszeni w Sekcji Publikacji Elektronicznych Polskiej Izby Książki apelowali już m.in. do rzecznika praw obywatelskich, ministrów finansów, kultury, nauki, edukacji, a także do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Taka deklaracja znalazła się w przyjętym w ubiegłym roku przez rząd projekcie Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego 2020. 

Jednak prezes PIK ocenia, że na razie na deklaracjach sprawa się kończy i nawołuje rząd do śmiałych decyzji. Według słów Włodzimirza Albina, niektóre kraje europejskie nie zamierzają podporządkowywać się tym regulacjom - np. Francja czy Luksemburg. Obniżenie podatku VAT na elektroniczne wydania książek pozwoliłoby obniżyć ceny e-booków, co z kolei przyczyniłoby się do popularyzacji tego formatu. Ale temat wraca jak bumerang już od dobrych kilku lat, a żadnych konkretnych kroków ze strony ustawodawców nie widać. Dlatego wybierając między książką papierową i tylko nieco tańszą elektroniczną zawsze wygra papier. 

Zanim jednak poprzemy działania PIKu, warto zwrócić uwagę, że to właśnie ta organizacja jest autorem pomysłu (i projektu jego realizacji) wprowadzenia jednolitej ceny na książki. Pomysł ten jest ostro krytykowany nie tylko przez czytelników, ale i liczne wydawnictwa. Powstaje więc pytanie - kogo reprezentuje Polska Izba Książki? 

Andrzej Kuryłowicz z wydawnictwa Albatros wystosował list otwarty w tej sprawie i zwraca uwagę, że PIK zrzesza 200 wydawców, a na rynku funkcjonuje ich kilka tysięcy. Poza tym, zmowa cenowa oraz sztuczne regulowanie rynku nie może doprowadzić do wzrostu czytelnictwa czy wzrostu sprzedaży, czego się spodziewają autorzy pomysłu. 

"Projekt PIK jest dobitnym dowodem na całkowitą bezużyteczność tej instytucji, rozpaczliwą próbą udowodnienia sensu jej istnienia. Powiedzmy sobie szczerze - gdyby z dnia na dzień PIK po prostu zniknął, na rynku książki, czy w poziomie czytelnictwa w Polsce, nic by się nie zmieniło - ani na lepsze, ani na gorsze. Nikt by nawet tego faktu nie zauważył. Więc niech już lepiej nie szkodzą" - pisze w liście Andrzej Kuryłowicz.  Wskazuje też, że takie rozwiązanie będzie bardziej na rękę monopolistom typu Empik, którzy krzywo patrzą na tanie książki dostępne w Biedronkach lub Żabkach. 

Kuryłowicz wskazuje też na ciekawą rzecz - wyniki badań, o których mowa w pierwszej części niniejszego tekstu, są dostępne tylko wąskiej grupie. A wykonane zostały za publiczne pieniądze.  Stawia to PIK w bardzo niekorzystnym świetle. 

fot. Megan Trace (CC licence)


niedziela, 2 marca 2014

Echa Majdanu - Łukjanienko nie chce być wydawany po ukraińsku

Polityka budzi skrajne emocje, szczególnie, gdy w konflikt zaangażowane są narody z bogatą wspólną historią. O wydarzeniach, jakie rozegrały się w ostatnim miesiącu w Kijowie, znany rosyjski pisarz fantasy i science-fiction Siergiej Łukjanienko nieraz wyrażał się ostro i negatywnie. Natomiast w ubiegłym tygodniu zabronił wydawać swoje powieści po ukraińsku i zapowiedział, że nigdy więcej nie przyjedzie do tego kraju na spotkania i konwenty.

Ukraińskiej sprawie pisarz poświęcił wiele wpisów na swoim blogu. Ostro skrytykował ruch Majdanu oraz tok wydarzeń, który doprowadził do zmiany władz w Kijowie, co więcej, zapowiedział, że nigdy więcej nie odwiedzi Ukrainy i nie weźmie udziału w ukraińskich konwentach. Nowe władze ukraińskie nazywa "nazistami", natomiast Krymowi życzy odłączenia od Ukrainy, co ma zaowocować rozwojem krymskiej gospodarki i napływem inwestycji w tym regionie.

Jednak to, co najbardziej razi w wypowiedziach Łukjanienki, jest niewybredny język. Wszystkim "normalnym Ukraińcom" radzi emigrować do Rosji lub Białorusi, ponieważ Ukraina - zdaniem pisarza - "jest ziemią przeklętą, która swoją podłość i tchórzostwo będzie musiała odpokutować przez następne trzy pokolenia". Pisze też m.in. o tym, że będzie się sprzeciwiał zapraszaniu na rosyjskie konwenty fantastyki ukraińskich pisarzy, którzy stanęli po stronie Majdanu. Zapowiedział, że zrobi wszystko, żeby ich twórczość nie była więcej wydawana na terenie Rosji. 

Trudno powiedzieć, czy takie groźby mogą odbić się na sprzedaży książek ukraińskich pisarzy. Nie należy jednak zapominać, że Łukjanienko, autor wielu znanych powieści, w tym zekranizowanych "Nocny patrol" i "Dzienny patrol", jest jedną z najważniejszych postaci w świecie rosyjskiej literatury fantastycznej. 

Na ostre wypowiedzi pisarza reagują ukraińscy fani. W geście protestu, wiele osób postanowiło odesłać Łukjanience jego książki. Tatiana z Kijowa, na profilu której znalazłam zdjęcie paczki z książkami, dołączyła również list, w którym tłumaczy swoją decyzję: "W moim domu nie ma miejsca na nienawiść, co znaczy, że brak tu miejsca na pana książki. Wraz z książkami zwracam pana złość, jad, arogancję. I dziękuję - dzięki pana słowom mój kraj stał się dla mnie jeszcze droższy."

W ramach protestu, Ukraińcy zwracają książki pisarza (źródło)
W ubiegłym roku autor był gościem na Warszawskich Targach Książki. W świetle polskiego zaangażowania w sprawy ukraińskie, należy założyć, że Polska również może trafić na "czarną listę" pisarza. Z drugiej strony, czy naprawdę chcemy czytać, wspierać i gościć osobę, która odmawia innemu narodowi nie tylko decydowania o systemie politycznym w swoim kraju (moje sympatie są oczywiste, ale polityczne kwestie wolę zostawić z boku), lecz przede wszystkim samookreślenia narodowego, narodowej tożsamości? 

Na spotkaniu z Łukjanienką byłam w Warszawie. O swoich powieściach mówił ciekawie, w interesujący sposób nawiązywał do twórczości innych pisarzy, opowiadał o rosyjskich konwentach. Jednak po lekturze bloga stwierdzam, że szkoda mi czasu i energii na takich ludzi. Jeszcze nie wiem, czy dołączę do protestu i również odeślę książki (z autografem i dedykacją, który teraz przestał zupełnie stanowić dla mnie jakąkolwiek wartość), wiem jednak, że na pewno nie sięgnę więcej po jego powieści. Jeżeli ktokolwiek z czytelników bloga czuł solidarność z Ukraińcami, nie powinien też pozostać obojętny na tak krzywdzące i niesprawiedliwe słowa.