• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

poniedziałek, 23 grudnia 2013

SZATAŃSKIE WERSETY - SALMAN RUSHDIE (1988)

wyd. Rebis 2013


Jedna z głośniejszych książek XX wieku. Jedno z głośniejszych wznowień tego roku. Ciekawy tytuł, fajna okładka. Do tego intrygująca historia autora, który musiał uciekać z kraju, aby przeżyć. Taką szpilę wbił w muzułmańskie serca. Książkę po prostu musiałam przeczytać. Czy żałuję? Sama nie wiem.

Zacznę od tego, co mi się podobało. Obiecuję, że będzie krótko. Doceniam zaangażowanie i  rozległą wiedzę autora. Napisał naprawdę wielopoziomową powieść. Może jest spokrewniony z Copperfieldem, bo kolejne motywy wyskakiwały z coraz to nowych ukrytych den. Niczym króliki z kapelusza, Filip z konopi, wąż z kieszeni. Na pewno można ją czytać na wiele sposobów. Nie zdziwiłabym się, gdyby dało się to czytać do góry nogami i od tyłu. Połowa królewny i ręka smoka dla tego, kto podniesie rękawicę.

To by było na tyle, jeśli chodzi o plusy. Przechodzimy do mojej ulubionej części, w której będę krytykować, narzekać i psioczyć. Na przystawkę podam... wielopoziomowość powieści. To ona jest początkiem i końcem wszelkich usterek "Szatańskich wersetów".  Jak już powiedziałam: doceniam. Jednak na tym się moja rola kończy. Jestem, zapewne jak większość osób, za głupia na tę książkę. Zrozumiałam z niej może jedną setną. Z każdą przekręcaną stroną wracała do mnie ta sama myśl: gdzie tu sens, gdzie logika? Po co pisać książkę, której nikt nie zrozumie? Mój szósty zmysł podpowiada mi, że jeśli ktoś pisze wielopłaszczyznową książkę chce coś światu przekazać. Zatem logicznym jest, że przesłanie powinno trafić do jak największej ilości odbiorców. Tu coś "nie pykło". 

Napisanie książki, której nikt nie rozumie to żadna filozofia. Wystarczy napisać ją po węgiersku :) Prawdziwą sztuką jest tak skonstruować powieść, żeby za każdym razem czytelnik wyłapał coś nowego. Za pierwszym również. Arcydziełami multi znaczeniowymi są np. "Mistrz i Małgorzata" czy "Lolita". "Szatańskie wersety" to jakieś nieporozumienie - jeśli nie posiadacie rozległej wiedzy z zakresu literatury, sztuki, religioznawstwa, wysadzania się w powietrze czy cyklu menstruacyjnego niedźwiedzi - nie czytajcie tej książki bo i tak nic z niej nie wyniesiecie. To tak, jakbyście jedli zupę krem - czujecie, że coś tu jest, ale za cholerę nie możecie tego rozpoznać.. Rushdie przynosi czytelnikowi kosz wypełniony po brzegi. Wasza rola polega na znalezieniu wśród tysiąca nieznanych grzybów jednego małego prawdziwka. Naprawdę, nie rozumiem po co pisze się takie książki - chyba tylko po to, aby zrobić dobrze kilkorgu badaczom literatury. Albo  zaszpanować.

Kolejna usterka - styl. Zakręcony jak świński ogon. Nie dość, że nadal przerzucamy grzyby, niczym leśny Sknerus McKwacz, to mamy problemy z połapaniem się, kto jest kim. Lub czym, bo niejednokrotnie nazwy miejscowości brzmią jak imiona. I vis-à-vis, czy jakoś tak. :) Żadnej książki nie czytałam tak długo. "Szatańskie wersety" to zawstydzanie szewca swym słownictwem, rzucanie czytania średnio raz na 100 stron, oraz bite trzy miesiące wyjęte z życia. A może nawet więcej - straciłam rachubę. W pewnym momencie dobrnięcie do końca nie było już chęcią poznania treści, lecz kwestią ambicji i honoru. Przegrałam wiele pomniejszych bitew, ale wojnę wygrałam. Jestem z siebie dumna.

Oczywiście mogłabym napisać recenzję po przeczytaniu połowy książki. Przynajmniej ukazałaby się na czas. Posmarowałabym obficie lubrykantem i pojechała na całość. Że książka cudowna, że głęboka i że warta wydanych pieniędzy. Niestety, książki nie doczytuję tylko wtedy, kiedy jest naprawdę beznadziejna, jak na przykład "Szmaragdowa tablica", która przebiła nawet "Dar wilka". "Szatańskie wersety" są po prostu wredne i złośliwe. Utrudniają czytanie jak tylko mogą. Ale ze mną nie tak łatwo wygrać. Mam natomiast wrażenie, że wiele osób, piszących recenzję tej książki stwierdziło, że skoro jej nie zrozumieli, to na pewno jest świetna. Do tego jest głośna, więc wątpliwości nie ma żadnych. Ja za tłumem nie pójdę i nie będzie pochlebstw. Czytałam niejedną książkę, do której jestem za głupia. Chociażby "Czytając Lolitę w Teheranie" - przykład pozostający w klimacie muzułmańskim. Ale przynajmniej nie męczyłam się podczas czytania. I swoje przemyślałam. A tutaj? Wielkie, czarne nic.

Wrócę jeszcze na chwilę do sprawy czasu, jaki musiałam poświęcić na "Szatańskie wersety". Wcale nie przesadzam - naprawdę zajęło mi to kilka miesięcy. Jednak jeśli ktoś ma więcej wolnego czasu niż ja, skończy ją dużo szybciej, powiedzmy w miesiąc. Aby czytać tę książkę ze (względnym) zrozumieniem, należy zadbać o odpowiednie warunki. Nie można być zmęczonym. Nie można do niej siadać mając tylko przysłowiowe "pół godzinki". Nie można spędzić z nią całego dnia. Nie można jej czytać w bibliotece, tramwaju, kolejce do kasy w Lidlu i w toalecie. Mi zostawały tylko weekendy. A i wtedy nie zawsze udało mi się znaleźć odpowiednią ilość czasu. Zatem osoby pracujące w domu, niepracujące lub studiujące niech się nie przerażają - na pewno przeczytają książkę szybciej niż ja. Na szczęście druk nie jest ani za mały ani za duży - to dużo ułatwia.

I na koniec "wiśniówka na torcie" - przypisy. Tego już zupełnie nie ogarniam. Książka jest trudna. Jest wiele odniesień literackich. Są, jak na odniesienia przystało, zaznaczone cyferkami i wyjaśniona na (sic!) końcu książki. Ale czemu, do jasnej ciasnej nie oznaczono cyferkami, gwiazdkami, serduszkami czy małymi muzułmańskimi bombkami tzw. trudnych słów? To na ce-ha-u-jot mi słowniczek z tyłu? Podobnie było w "Zanim przekwitną wiśnie" - sama mam się domyślać, co zostało wytłumaczone? I jeszcze wertować książkę, żeby dotrzeć na jej koniec? To wcale nie wybija z rytmu. I wcale nie jest trudno w ten rytm ponownie wpaść.

Podsumowując: jeśli jesteś dziwakiem bez znajomych i życia prywatnego, który studiuje encyklopedię PWN w 20-tomach odkąd skończył 2 lata, 90-letnim profesorem literatury, który przeczytał już wszystko, co można było przeczytać lub Doogie Howserem - ta książka jest dla Ciebie. W przeciwnym wypadku - masz dwa wyjścia - odpuścić lub przeczytać i wyrywać laski na to, że dałeś radę. Ewentualnie kup i postaw na półce obok Koranu. Będzie ładnie.



Podsumowanie: kapral**
Okładka: 10/10 - ładna, pomimo image'u na Pszczółkę Maję.











Za egzemplarz recenzyjny dziękuję
Domowi Wydawniczemu REBIS


niedziela, 15 grudnia 2013

DOKTOR SEN (2013) - STEPHEN KING

Wyd.Prószyński i S-ka, 2013

Szykowałam się tej książki jak dziewica na pierwszą randkę. Chciałabym i boję się. Jak to zwykle z dziewicami bywa, ciekawość zwyciężyła. Zapewne dlatego jest to gatunek wymierający... Było z uczuciem, lecz intensywnie. Trochę boleśnie i trochę krwawo. Ale szkoda było kończyć.

 "Lśnienie" to jedna z moich ukochanych książek, chociaż matka Danny'ego działała mi na nerwy - jak można być taką irytującą, płaczliwą mamałygą bez osobowości? Wiem, że wiele osób uważa, że "Lśnienie" to jakieś nieporozumienie i absurdalnym jest, że wymienia się je na listach najlepszych horrorów wszechczasów. Nie o tym jednak chciałam pisać i nie o "Lśnieniu" jest ta recenzja. "Doktor Sen" opowiada o dalszych losach tego rozkosznego chłopca z hotelu Panorama. Na szczęście matka się tu nie pojawia.

Pewnie nikogo z Was nie zdziwi, gdy powiem, że książka bardzo mi się podobała. Posiada prawie wszystko to, za co uwielbiam prozę Kinga. Przede wszystkim jest pokaźnych rozmiarów. King ma zatem pole do popisu i może robić to, co wychodzi mu najlepiej, czyli powoli się rozpędzać i budować nastrój, stosując znaną i lubianą technikę kuli śniegowej. Jednak poza ochami i achami zachwytu jest jedno "ale". O nim opowiem nieco później, bo najpierw muszę trochę nasmarować wazelinki. A nuż Stephen nauczył się polskiego, przeczyta moją recenzję i wyśle mi całusa? Albo czek?

Bałam się tej książki, bo mam  w głowie taki "pstryczek-elektryczek", który zawsze się przełącza, kiedy widzę wszelkiego rodzaju kontynuacje. Zapala się wielka czerwona lampka i syrena wyje na alarm. Tu było podobnie, chociaż przecież ostatnia kontynuacja, którą napisał King ("Wiatr przez dziurkę od klucza") bardzo mi się podobała. No dobra, ale przecież to nie do końca kontynuacja. To cegiełka, która zatkała dziurę w samym środku muru "Mrocznej Wieży". "Doktor Sen"  natomiast to typowy przypadek "dalszych losów naszych ulubionych bohaterów". King wybrnął z tego bardzo zgrabnie, bo nawiązań do poprzedniej części jest mało. W zasadzie można czytać tę książkę bez znajomości "Lśnienia". Tylko po co? Pomimo, że King odwołuje się do "Lśnienia" tylko tam, gdzie jest to niezbędne i tłumaczy pewne rzeczy tym, którzy zapomnieli co w trawie piszczy (lub też nigdy nie wiedzieli), to jednak znajomość wydarzeń z hotelu Panorama dodaje sporo smaczku tej potrawie. Różnica jest mniej więcej taka, jak przy jedzeniu tej samej potrawy niedosolonej i z odpowiednio doprawionej. 

Lekkostrawny, łatwo przyswajalny styl to oczywistość. Zaskakujące natomiast są niektóre pomysły na bohaterów. Dan, wbrew temu, czego z nikomu nie znanych przyczyn oczekiwałam, nie podróżuje po Stanach i nie bawi się w Robin Hooda. Do kochającego męża i ojca również sporo mu brakuje. A na dokładkę nadal nie poradził sobie do końca ze swym niezwykłym darem. Na pomysłowość Kinga zawsze można liczyć. Najbardziej jednak podobały mi się czarne charaktery. Turyści z Niemiec, zalewający latem Polskę w sowich kamperach już nigdy nie zostaną przeze mnie niezauważeni.

Wspomniałam, że mam jedno 'ale". Owszem, książkę czyta się świetnie. Właściwie to nawet się jej nie czyta, tylko płynie się wraz z nurtem. Jednak mi zabrakło dokładnej analizy psychologicznej bohaterów. Postaci nadal mają swoje własne osobowości i charaktery, nikt nie jest nijaki i za to Miszcza kocham. Jednak "Dolores Claiborne" czy "Sklepik z marzeniami" to nie jest. Ciężko mi to opisać w kilku zdaniach, ale mam nadzieję, że łapiecie, o co mi chodzi. Może wynika to stąd, że "Doktor Sen" powstał tyle lat po "Lśnieniu" i King trochę stracił "panoramowe flow"? Brakowało tu trochę prawdziwego wejścia w głowy bohaterów, niczym w powieści "To". Mimo wszystko nadal uważam, że to kawał dobrej literatury. Może niepotrzebnie czepiam się szczegółów.




Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: 10/10 - Ładna, a do tego zyskuje 
po przeczytaniu książki.









Za egzemplarz recenzyjny dziękuję


BARSZCZ UKRAIŃSKI (2013) - PIOTR POGORZELSKI

Piotr Pogorzelski miał nosa - tylko w polskich księgarniach pojawił się jego Barszcz ukraiński, w Kijowie zaczęły się dziać rzeczy ważne i wymagające szerszego komentarza. Jeszcze w październiku miałam okazję rozmawiać o europejskich aspiracjach Ukrainy z jedną z działaczek społecznych z Sum (północno-wschodna Ukraina), jeszcze w listopadzie spekulowaliśmy ze znajomymi, jak wpłynie umowa stowarzyszeniowa na sytuację w tym kraju, aż tu przełom miesięcy przyniósł nieoczekiwany zwrot wypadków. Powiem szczerze - książka Pogorzelskiego pomogła mi nieco uporządkować myśli i posiadane informacje, zobaczyć więcej, niż pokazuje TVP.

Jak w końcu jest z tymi Ukraińcami? Bliżej im do Europy czy Rosji? Jak to jest, że na proeuropejskim majdanie roku pańskiego 2013 stanęły nacjonalistyczne partie, którym jest raczej mocno nie po drodze z wieloma wartościami unijnymi? Co ich trzyma na mrozie i pcha do budowania barykad? Żeby móc odpowiedzieć sobie na te pytania, należy przede wszystkim poznać realia, w jakich na co dzień żyje się w Ukrainie. Każdy rozdział książki poświęcony został jednemu tematowi: mieszkańcy, kultura, religia, stosunki społeczne. Oczywiście, wszystkie te sfery przenikają się wzajemnie, dzięki czemu z każdą stroną krajobraz Ukrainy staje się coraz pełniejszy i wielowymiarowy. 

Autor nie unika też tematów trudnych i kontrowersyjnych. Pisze więc o bojówkach UPA, Wołyniu, o stosunku Ukraińców do ZSRR, Wielkiego Głodu i Stalina, tłumaczy jak działa ukraiński system korupcyjny. Stara się zachować obiektywność, dlatego prezentuje różne opinie, spotykane po tamtej stronie granicy. 

Piotr Pogorzelski mieszka w Kijowie od siedmiu lat, natomiast od trzynastu jest korespondentem Polskiego Radia, zajmującym się tematyką wschodnią. Wie dużo, jeszcze więcej opowiedzieli mu jego rozmówcy oraz ukraińscy przyjaciele. Te fragmenty są też najciekawsze - każdy rozdział kończy wywiad, w którym mamy szansę poznać bardziej ukraiński punkt widzenia. Bo choć Pogorzelski we wstępie do książki zapewnia, że stara się nie wartościować, to jednak w niektórych momentach między słowami przebija niepoprawne politycznie poczucie humoru. Wiadomo, wszyscy się śmiejemy z białych kozaczków czy nowobogackiego stylu, ale na piśmie może to daleko nie wszystkim przypaść do gustu.

Krótko podsumowując, posłużę się słowami publicysty Ernesta Zozunia: "książka napisana bez zadęcia i gęsta jak dobry ukraiński barszcz". Piotr Pogorzelski pisze bezpośrednio, zrozumiale, bez wydziwiania i pouczania (może tylko w kwestii gustu modowego i muzycznego pozwala sobie na małe dygresje). Barszcz ukraiński śmiało polecam zarówno tym, co już siedzą w tematyce wschodnioeuropejskiej, jak i tym, co nie wiedzą nic. Nie siedźmy w czterech ścianach polskiego "tu i teraz", zajrzyjmy za miedzę,

Podsumowanie: pułkownik*****







Egzemplarz recenzenzyjny: OnePress

środa, 11 grudnia 2013

INSPEKTOR KRES I ZAGINIONA (2013) - AGNIESZKA TURZYNIECKA

Do Inspektora Kresa podeszłam z rezerwą - do kryminałów podchodziłam parokrotnie i jakoś żaden mnie nie przekonał. Ale kiedy książka przychodzi z dedykacją od autora, trudno odmówić natychmiastowej lekturze. Panie inspektorze, czy uda się panu mnie zaskoczyć?

Tytułowy inspektor Kres jest poczciwym facetem w średnim wieku, z brzuszkiem, trochę nieporadnym i nie zawsze asertywnym. Jest też najlepszym śledczym w Piotrkowie, dlatego wszystkie poważne sprawy lądują właśnie u niego na biurku. Tak się dzieje również ze zgłoszeniem o zaginięciu Basi - tytułowej zaginionej, która przyprawi zarówno inspektora, jak i czytelnika, o prawdziwy ból głowy. 

Ale sprawa Basi schodzi na drugi plan już po siedemdziesięciu stronach, okazuje się bowiem, że autorka serwuje nam "dwa w jednym" - razem z Kresem i jego ekipą pochylamy się więc nad innymi sprawami. Jednak nawet gdy Kresowi udaje się rozwikłać zagadkowe śmierci czy to nastolatków, czy młodych kobiet, spokoju nie daje mu los Basi. Człowiek przecież nie może ot tak zwyczajnie zapaść się pod ziemię!

Na szczególną uwagę zasługuje postać inspektora. Takich ludzi nazywam społecznie niepełnosprawnymi - nie potrafi wynegocjować podwyżki, awansu, wolnego, daje się wmanipulować w obiecanie, że "wszystko będzie dobrze", nie dostrzega sygnałów sympatii od najbliższej współpracownicy, nie potrafi rozmawiać z rodziną. Choć to ostatnie można zrzucić na karb wykonywanego zawodu - życie prywatne prawdziwego detektywa zawsze jest w opłakanym stanie, wiemy to nie od dziś. Choć szczerze, żonka inspektora to jakaś patologia i mam nadzieję, że mimo swojej poczciwości, kiedyś Kres znajdzie w sobie wystarczająco odpowiednich słów, żeby przyprowadzić ją do porządku. 

Pisanie o kryminale zobowiązuje, dlatego nie zdradzę wam, że lokaj jest mordercą. Analizowanie informacji razem z inspektorem wciąga, choć czasami zbyt łatwo można się domyślić, do czego prowadzi dana poszlaka. Zabrakło mi elementu zaskoczenia, jakiegoś "bum" na koniec. Wynika to chyba z bardzo "poukładanego" stylu autorki. Czytając Kresa odnosiłam wrażenie, jakby gdzieś tam poza kadrem autorka próbowała troszkę pouczać albo moralizować, typu "przygodny seks z facetem z internetu jest niebezpieczny".

Choć powieść tę umiejscawiam gdzieś na środku skali ocen, mam też nadzieję, że autorka jeszcze podrzuci Kresowi kilka trudnych spraw, a ten ponownie będzie mógł pokazać, że dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. 


Podsumowanie: Sierżant***
Oprawa graficzna: 9/10 - bardzo fajna i klimatyczna
Wywiad z auorką, Agnieszką Turzynieczką >>

poniedziałek, 9 grudnia 2013

SEZON BURZ (2013) - ANDRZEJ SAPKOWSKI

Chyba dawno żadna książka nie wzbudziła tak skrajnych emocji w czytelniczym światku. Jedni mówią, że bardzo słaba, inni - że wspaniała. Musiałam sprawdzić, dlaczego tak jest.

Wiadomość o kontynuacji przygód Geralta bardzo mnie ucieszyła. Pamiętam, jak zarywałam nocki, bo tak mnie ten świat wciągnął. Potem nieraz wracałam do poszczególnych fragmentów i naprawdę żałowałam, że nie ma tego więcej. I nic się nie zmieniło - po Sezonie Burz również chciałoby się więcej.

Geralt a.d. 2013 nie jest obojętny na krzywdę, staje w obronie bezbronnych nawet kosztem swojego bezpieczeństwa, nie opiera się zbytnio kobiecym wdziękom, wciąż jest w doskonałej formie i wciąż popada w tarapaty. Natomiast sama historia ma zbyt wiele słabszych momentów, żeby uznać ją za dobrą kontynuację sagi. Nie będę krytykować pomysłu na fabułę, bo od wymyślania jest autor, nie czytelnik. To, co najbardziej rozczarowało, był chyba styl autora. Sapkowski wiedźmińską sagą i trylogią husycką wysoko ustawił poprzeczkę, dlatego oczekiwania również były bardzo duże. Trudno powiedzieć, czego zabrakło - może nieco staranności i polotu, przez co narracja nie była tak plastyczna, jak niegdyś.

Geralt trafia do Kerack, gdzie już od samego początku, czyli od momentu przekroczenia murów miasta, daje się wplątać w tajemniczą historię. Zostaje oskarżony o machlojki finansowe, trafia do więzienia, traci swoje miecze... A czymże jest wiedźmin bez wiedźmińskich mieczy? Teoretycznie, ponieważ w praktyce okazuje się, że wcale nie są mu aż tak niezbędne - radzi sobie doskonale nawet z krwiożerczymi bestiami. 

Na szczęście, a może na nieszczęście, w Sezonie burz jest więcej ludzkiego gadania, niż wspomnianych bestii. Nieco brakuje tajemniczych ponadnaturalnych bohaterów, które zawsze mnie najbardziej w sadze fascynowały. Dlatego smutno mi było, gdy ni z tego ni z owego zniknął z powieści przypadkowo poznany przez Geralta krasnolud, albo gdy okryty złą sławą Kot Brehen okazał się być zwykłym płaczkiem. 

Nie odświeżałam sobie poprzednich wiedźmińskich książek Sapkowskiego, dlatego niekiedy z trudem udawało mi się skojarzyć niektóre fakty i imiona (np. Nimue, którą Geralt spotyka pod koniec Sezonu burz lub opowieść o zaklętej księżniczce). Wydaje mi się więc, że powieść tę można czytać również bez znajomości całej sagi, ale pozbawia się wtedy frajdy rozpoznawania "starych znajomych". 

Sezon burz jest pewnie najsłabszą częścią wiedźmińskiej serii, ale dobrze, że się pojawił. Świat wiedźmina broni się sam, wystarczy wykorzystać jego potencjał, żeby ewentualne kolejne przygody Geralta z Rivii podbiły serca czytelników.


Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: 4/10 - ratuje tylko kolorystyka. 

piątek, 6 grudnia 2013

Pogoda #NaKawe

Wraz z pierwszym śniegiem, jesienna kawa stała się wspomnieniem. Za oknem wieje i miecie, a my chcemy ogłosić, kogo w tym miesiącu obdarujemy memoprintami Instadruk - za udział w akcji "Zabierz książkę #NaKawe". Ale zanim to zrobimy...

...chcemy podziękować za Wasze genialne książkowe instagramy ♥ ♥ ♥ Zaskakujecie pomysłowością, a i nieraz dzięki Wam odkryłyśmy ten czy inny tytuł. A teraz do sedna. Ostatnie memoprinty trafią do varia_czyta. Podrap od nas futrzaka za uchem :)


Natomiast autorzy najliczniej serduszkowanych instagramów otrzymują możliwość skorzystania z rabatu 50% na stronie Instadruk: Wiecznie Zaczytana Maja, Agnieszka i rozszczep. Ale to nie wszystko - po krótkiej naradzie z ekipą Instadruku postanowiliśmy przyznać dodatkowy kupon rabatowy dla margotany, która jest najaktywniejszą uczestniczką instaakcji. 



I to by było na tyle... na razie. Żegnamy się z Instadrukiem i dziękujemy serdecznie za niespodzianki i prezenty. Zdecydowanie nie żegnamy się z kawą i książkami, ponieważ już wkrótce będą kolejne niespodzianki. Dlatego nie zapominajcie o instagramowaniu waszych poczytań - czekamy na zdjęcia z zimowych lektur przy kominku! 

O co chodzi z #NaKawe?

1. Zrób zdjęcie książki ze swoją ulubioną kawą, dodaj na Instagram i oznacz tagiem #NaKawe
2. Zdjęcia mogą być wykonane w dowolnym miejscu: w kawiarni, ogródku, w domu, na ławce...
3. Celem akcji jest promocja czytelnictwa. Śledź nasz misyjny instagram, weź udział i podaj dalej!

P.S. Nagrodzone uczestniczki prosimy o przesłanie swoich adresów mailowych na misjaksiazka[at]gmail.com, a my prześlemy dalsze informacje.