• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

sobota, 23 listopada 2013

ZANIM PRZEKWITNĄ WIŚNIE - ALY CHA (2011)

wyd. Prószyński i S-ka, 2013


Aby do wiosny. Zanim przekwitną wiśnie na pewno wszystko się ułoży. To magiczna granica, która może nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale za to daje odpowiedzi na niektóre pytania. Kiedy tylko ostatni płatek w kolorze pudrowego różu dotknie ziemi los się odwróci. W sercach, na przekór nadchodzącemu mrozowi, nastanie czas gorących podmuchów. O tym jest ta książka. A także o tym, jak straszne jest to kłamstwo.

Ostatnio książki z fabułą osadzoną w Kraju Kwitnącej Wiśni jakiś dziwnym trafem same wpadają mi w ręce. Nie skarżę się, bo zawsze bardzo lubiłam wszelkie opowieści z tamtych stron - Wschód jest fascynujący, choć nie do końca zrozumiały. Japonia to kraj wyśmienitych horrorów, w którym granice są przesunięte (hen, hen!) poza horyzont Europejczyków. Japonia to również kraj wielkich tragedii kobiet, które starają się walczyć z przeznaczeniem. Kobiet, które zawsze zostają znokautowane. Bez litości.

"Zanim przekwitną wiśnie" opowiada o losach kobiet, które rozpaczliwie walczą ze swoim przeznaczeniem. Nie będzie to chyba zbyt duży cios dla tych, którzy jeszcze książki nie czytali, jeśli powiem, że walkę przegrywają z kretesem. Bo nie rezultat jest to najważniejszy, lecz sam proces dochodzenia do niego. Ile razy ci wmawiali, że jeśli tylko czegoś bardzo, bardzo pragniesz, możesz to mieć? Że życie należy do ciebie i to ty nim kierujesz? Determinacja, samozaparcie i konsekwencja to klucze do sukcesu. Gówno prawda.

Na początku odnosiłam wrażenie, że mam w ręku zbiór opowiadań. Później jednak każda z opowiedzianych historii wchodzi w kolejną, jak męska końcówka puzzli w damską. Po złożeniu wszystkich elementów otrzymujemy obrazek, którego nie było na opakowaniu.  Nędza i rozpacz. Przegrane marzenia. "Co źle znosisz, będziesz dobrze znosił: przywyknij tylko", jak mawiał wujek Owidiusz. Really? Bohaterki "Zanim przekwitną wiśnie" wypruwają sobie żyły. Pozwalają na poniżanie siebie samych i ich rodzin. Przecież to niemożliwe. To nie może wiecznie trwać. Kiedyś los się odmieni. Zanim przekwitną wiśnie.


 Miłym akcentem jest laleczka a'la Kokeshi dodawana do książki.

 Przy całej beznadziejności ich życia i bezsensowności walki z własnym losem zadziwia ich hart ducha i siła wiary w zmianę na lepsze. Chciałabym mieć w sobie chociaż okruszek tej woli walki i determinacji. Niemniej jednak podczas lektury raz po raz wraca myśl: niedola to genetyczne obciążenie. Rodzisz się jako gorsza kategoria człowieka i nie możesz nic z tym zrobić. Nawet, jeśli odjedziesz z księciem na białym koniu. Szkapa zdechnie a księcia zaciukają. Samo życie, jak śpiewał pewien słowiański bard.

Muszę jednak trochę ponarzekać. Po pierwsze przypisy. Są na końcu książki - nie wiem, kto to wymyślił, ale powinien porządnie dostać w mordę. Szukanie przypisów na końcu książki rozprasza uwagę czytelnika. Zamiast rzucić okiem na dół strony zaczyna się wertowanie do samego końca a potem szukanie zagubionego miejsca w którym skończyło się czytać. Po drugie - brak oznaczeń przypisów. Super, że wyjaśniono wiele terminów, tylko szkoda, że sama musiałam się domyślać, o które słowa chodzi. Nie wiem, czy to lenistwo, niedopatrzenie czy celowy zabieg. Wiem jedno - jest do dupy.

Plusem książki jest niewątpliwie przystępny język i dość poważny temat skryty pod powłoczką nostalgicznych opowieści. Czyta się przyjemnie i w przyzwoitym tempie. Pomimo lekkiej przewidywalności lektura sprawia przyjemność do ostatniej strony. Może nie są to "Wyznanie gejszy", ale nadal warto się zapoznać. Warto nawet wysupłać trochę gotówki ze swojej tajnej skrytki w skarpecie i kupić. Sobie lub bliskim. Na przykład na Gwiazdkę.
 


Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa Graficzna: 10/10 piękne kolory, 
nutka tajemniczości i nostalgii.






Za egzemplarz recenzyjny dziękuję




czwartek, 21 listopada 2013

#BFGdansk vol. 4: prawdziwy flow

Tym razem będzie bez wstępu. Rok temu, tuż po Blog Forum Gdańsk 2012, tym samym, na którym Misja otrzymała wyróżnienie w konkursie blog roku Gdańska, pisałam: 

"(...) jednym z moich postulatów do organizatorów następnego BFG jest uwzględnienie również tych blogerów, którzy nie prą do zarabiania i miliona obejrzeń na yt, tylko chcą tworzyć coś bardziej wartościowego, współpracować ze sobą, z organizacjami typu NGOsy, samorządem lub sektorem prywatnym, tworzyć przestrzeń, która nie tylko bawi, ale również kształtuje jakieś dobre postawy." 

Nie, nie popadłam jeszcze w megalomanię i cytuję siebie tylko po to, żeby podziękować organizatorom konferencji. Podziękować nie tylko za świetną organizację imprezy, ale i za to, że wysłuchali mojej prośby.

fot. Blog Forum Gdańsk
W pierwszym dniu, kiedy po pierwszych blokach tematycznych udało mi się zamienić kilka słów ze znajomymi autorami blogów, usłyszałam dość krytyczne słowa. Krytyka dotyczyła wyboru prelegentów, ale wydaje mi się, że głównie tematu przewodniego tegorocznego BFG. Rozmawialiśmy bowiem o pasji, o odpowiedzialności, o misji i chyba dla wielu są to sprawy zbyt odległe. Tymczasem ja od samego początku złapałam flow - na scenie widziałam i słuchałam ludzi, których rozumiem, którym wierzę, którzy są albo mogą być dla mnie przykładem. Rozglądałam się więc po sali i próbowałam wyczytać z twarzy, czy jest tu ktoś, kto czuje to samo co ja. Byli tacy. 

W tym miejscu chcę nadmienić, że rozumiem blogerów, których pisaniu przyświeca cel zarobkowy. Jednak jaki sens miałaby kolejna konferencja (nawet, jeżeli zrobiona z rozmachem) zdominowana przez temat marketingu czy sposoby przełożenia odwiedzin na realne pieniądze, jeżeli 2013 rok był naprawdę bogaty w spotkania blogerów na ten sam temat? Czy naprawdę chcielibyśmy słuchać tych samych ludzi mówiących o tym samym? 

Jeżeli BFG ma zamiar pozostać najlepszym blogerskim eventem w kraju, organizatorzy powinni być zawsze o krok dalej. Wyznaczać trendy. Zaskakiwać. I uważam, że właśnie to robią.


Bloger to taki nowoczesny obywatel - te słowa mogłyby zostać myślą przewodnią tegorocznego BFG. Z pojęciem "obywatela" wiążą się określone prawa i obowiązki. Można być obywatelem świadomym, odpowiedzialnym, szanującym zieleń. Obywatel może budować. Dzięki Blog Forum Gdańsk w świetle reflektorów w końcu stanęły osoby, które są takimi obywatelami. Osoby naprawdę inspirujące.

I jeszcze. Przyznaję się, że czasami czuję się zagubiona w tej wszechobecności skomercjalizowanych blogów. Fajnie, że ludzie zarabiają. Fajnie, że stają się celebrytami. Ale czasami czuję się lekko osamotniona, jak frajer. Bo piszemy o książkach, czyli totalnie niekomercyjny temat, bo robimy fajne inicjatywy zupełnie za free, poświęcając na to swój czas i nieraz pieniądze. Na BFG spotkałam podobnych mi ludzi. I choć wiem, że fajne rzeczy warto robić ot tak po prostu, to chyba potrzebowałam poczucia swoistej wspólnoty. Może i niewiele łączy nas z Zorką, ale to "niewiele" jest niezwykle ważne. Parafrazując Jobsa, może jesteśmy naiwni, ale też jesteśmy głodni większych czynów. I życzę, żeby każdy w sobie znalazł sposób na wykorzystanie swojego blogowego potencjału dla zrobienia czegoś dla innych. 

fot. Blog Forum Gdańsk
P.S. Dziękuję serdecznie za gremialne życzenia urodzinowe. To było niezwykle wzruszające. Większość pewnie nie wiedziało, komu śpiewa sto lat, więc macham do was - to byłam ja i wszystkich was mocno ściskam ;) 

niedziela, 17 listopada 2013

CHŁOPIĘCE LATA - TOBIAS WOLFF (1989)




Mam postanowienie. Wiem, że do Nowego Roku jeszcze kupa czasu, ale nie mogłam się powstrzymać. Dotyczy mojej drugiej pasji, jaką są filmy. Przyrzekłam sobie, że nadrobię zaległości w oglądaniu. Żeby jakoś usystematyzować i ułatwić dobór filmów pomyślałam, że będzie fajnie przyjąć jakąś taktykę. Oto i ona: oglądam po kolei wszystkie filmy z moimi ulubionymi aktorami, potem idą reżyserzy itd... Tak, wiem - nic Was to nie obchodzi, przecież to blog o książkach a nie o moich zaburzeniach psychicznych. Jednak w niektórych przypadkach jedno nie wyklucza drugiego. Wręcz przeciwnie. Dzięki książkom często poznaję rewelacyjne filmy i odwrotnie. Tym razem było podobnie.

Mój problem z filmami polega na tym, że jeśli wcześniej czytałam książkę nigdy nie jestem do końca zadowolona z wersji reżyserskiej. Zawsze mnie denerwuje to, że coś pominięto lub dodano (to na szczęście zdarza się rzadziej). Siłą rzeczy nie da się pokazać wszystkiego, nie tylko z racji ograniczonego czasu, ale i możliwości. Nic lepiej nie zobrazuje tego, co siedzi w głowie bohaterów niż nasza własna wyobraźnia. Dlatego staram się najpierw oglądać film a dopiero później sięgać po książkę. Co prawda potem i tak uważam, że w sumie film wcale nie był taki dobry. Ale przynajmniej nie irytuję się podczas seansu. A nawet czerpię z niego niemałą przyjemność.

Są jednak takie książki, jak np. "Dziecko Rosemary", których nie musisz czytać, jeśli oglądałeś. Ma to swoje wady, jednak mimo to uwielbiam takie odkrycia. To białe kruki kinematografii. "Chłopięcy świat" możemy spokojnie dopisać do (niedługiej) listy książek, których ekranizacje nie pozostawiają wiele do życzenia.

Film uwielbiam. Bardzo lubię Di Caprio i nadal podkochuję się w seksownym DeNiro. Tu mam dwie pieczenie przy jednym ogniu. A ja jedzenie to moja kolejna pasja. Pomimo, że film widziałam chyba sto razy dopiero niedawno zwróciłam uwagę na to, że jest oparty na powieści. Co więcej, jest to powieść autobiograficzna! Czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Od razu wstukałam tytuł w wyszukiwarkę Allegro. Książek jest sporo. Ja zdecydowałam się na wersję w oryginale, bo nie odbiegała cenowo od polskiego tłumaczenia.

Się uśliniłam...

Poza oczywistościami takimi jak żywy język, ciekawa narracja i przechodzenie ze strony na stronę w tempie Strusia Pędziwiatra jest też mała niespodzianka. Otóż jedna z części książki właściwie nie została uwzględniona w filmie! Co więcej, wcale to filmowi nie umniejsza. Dzięki temu adaptacja wielkoekranowa nadal sprawia nam przyjemność, a książka wciąż zaskakuje.

"Chłopięcy świat" to jedna z najlepszych powieści autobiograficznych, jakie czytałam. Może nie tak dobra jak "Our Kid", czy "Prochy Angeli" (znane też jako "Popiół i żar" - na pewno pojawi się recenzja, bo udało mi się w końcu je kupić!), ale nadal pozostaje na liście ulubieńców.



Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: nie znalazłam mojego wydania, 
więc nie oceniam. Moja okładka jest ładniejsza. ;-)

sobota, 16 listopada 2013

MIASTO UPADŁYCH ANIOŁÓW (2011) - CASSANDRA CLARE

wyd. MAG, 2013
O, dzięki hollywoodzkim twórcom za ekranizację Miasta kości, bo gdyby nie ona, pewnie byśmy dalej mieli serię Cassandry Clare w najbrzydszych okładkach świata. A tak na fali popularności filmu, wydawnictwo poszło po rozum do głowy. A jak z treścią, spytasz? Odpowiem bez cienia ironii: Miasto upadłych aniołów jest doskonałą kontynuacją Darów Anioła.  

Uwaga: dalsza część tekstu może zawierać spoilery z cz. 1-3 Darów Anioła.

Trudno pisać o Darach Anioła bez zdradzania fabuły, dlatego musisz mi wybaczyć te spoilery. Gdy Miasto szkła skończyło się obrzydliwym happy endem, nie miałam ochoty czytać dalej. stwierdziłam jednak, że dam autorce szansę, sprawdzę pierwszy rozdział i... po nim był kolejny, kolejny, aż do końca. 

Okazuje się, że to, co autorka jakby mimochodem wprowadziła do akcji poprzednich cześci i co na pierwszy rzut oka nie miało większego znaczenia, tutaj owocuje poważnymi konsekwencjami. Mamy więc wampira Simona, któremu nie straszne jest światło dzienne, i to wokół niego będzie budowana oś wydarzeń. Clary, przyjaciółka Simona, przed decydującą bitwą w Idrisie, naznacza go Znakiem Kaina (nawiązanie do klątwy, którą w Starym Testamencie Bóg rzucił na Kaina za morderstwo brata). Teraz Simon jest nie tylko nieśmiertelnym wampirem, ale też nikt nie może mu odebrać życia. Jednocześnie okazuje się, że sielanka Clary i Jace'a nie trwa długo - coś się dzieje i młody Nocny Łowca oddala się od swojej wybranki.

Powiem szczerze - o ile w poprzednich częściach bez trudu potrafiłam przewidzieć, jak dalej potoczą się wydarzenia, tutaj miałam zagwozdkę. Jace'a nawiedzają koszmary, które mogą być zarówno wynikiem ciężkich przeżyć w Idrisie, jak i działaniem potężnej magii. A jeżeli to wpływ magii, co oznaczają te sny? Jednak największym zaskoczeniem jest rola Simona, który dotychczas był jedynie dodatkiem do fabuły. W Mieście upadłych aniołów będziemy świadkiem wewnetrznej przemiany tego bohatera, który powoli zacznie uświadamiać, kim naprawdę jest i co go czeka w przyszłości. 

Małym rozczarowaniem jest Jace - stracił werwę, za którą go polubiłam w Mieście kości. Strata ogromna, nikt przecież nie potrzebuje kolejnego Edwarda czy Stefana. Dziewczyny wolą złych chłopców, albo przynajmniej takich, którzy nie odgrywają emoromantyków. Niestety, nie zapowiada się na zmainę w tym temacie, ponieważ autorka przygotowała Jace'owi nowe wyzwania. 

Autorka zostawia też okruchy, które prowadzą do nowych zagadek. Czego chce od Clary królowa Faerie? Czy starożytna wampirzyca dotrzyma słowa danego Alecowi? Czy Magnus Bane gotów jest poświęcić swoją nieśmiertelność dla miłości swego życia? Tak, Miasto upadłych aniołów jest jedną z lepszych książek z serii Cassandry Clare. Ma spójną i intrygującą fabułę, romantyczny wątek odsuwa na drugi plan, wprowadza nowych, ciekawych bohaterów. Słowem, dzieje się. Mocna czwórka!


Podsumowanie: porucznik****
Oprawa graficzna: 5/6

Poprzednie części Darów Anioła >>

środa, 13 listopada 2013

DOSTATEK (2009) - MICHAEL CRUMMEY


Wyd. Wiatr od morza, 2013
Gdańskie wydawnictwo książek nieprzypadkowych - tak o sobie mówią w oficynie Wiatr od morza i dla potwierdzenia tych słów prezentują Polakom tytuły dotychczas w Polsce nieznane. O fenomenalnym Dotyku Alexa Zentnera pisałam przy okazji premiery powieści, dziś chciałabym rzucić trochę światła na jeszcze jedną, równie magiczną powieść, wydaną z logo "nadmorskiego" wydawnictwa. 
To zwariowana książka. 
Naprawdę trudno o niej powiedzieć ot tak w kilku słowach.*

Michael Crummey, zafascynowany swoją rodzimą Nową Fundlandią, od lat zbiera podania, historie, materiały dziennikarskie i naukowe, obrazujące życie nowofundlandczyków. Informacje te konsekwentnie wykorzystuje w swojej twórczości - wszystkie powieści, które dotychczas wyszły spod jego pióra, osadzone są w Nowej Fundlandii.

W Dostatku autor przenosi czytelnika w surowy świat rybackich osad, zamieszkałych przez angielskich i irlandzkich osadników. Ich życie zależy od udanego połowu w sezonie oraz wzajemnych relacji, które są wystawiane na próbę przez długie zimy oraz osobiste zatargi. Osią powieści jest historia kilku pokoleń dwóch rodzin - zwaśnionych w odległych czasach z powodów, o których nikt już nie pamięta, i dziwnym trafem ciągle mających się ku sobie. 

Nawet się nie zastanawiałem, jaki to będzie miało wpływ na książke, 
ani kim może być ten mężczyzna. 

Kim jest Juda - tego nie wiedzą nawet ci, co byli świadkami jego przedziwnego pojawienia się w Paradise Deep i Trzewiach. Wyróżniający się wyglądem, zachowaniem niemowa zostaje jednak przyjęty do społeczności - ta łatwość akceptowania niewytłumaczalnych zjawisk stanowi niebywały urok powieści. Dzięki temu mroźny, wrogi wobec człowieka nowofundlandzki świat staje się miejscem niemal magicznym, gdzie wszystko jest możliwe. Obok ludowego folkloru, w Dostatku dużą rolę odgrywają motywy biblijne. Jest to również cecha charakterystyczna tego świata - podania ludowe przeplatają się z motywami religijnymi, a symbolem tego jest stara biblia, którą jeden z bohaterów znajduje w żołądku ryby. Zniszczone przez morską wodę stronice dają pole do popisu wyobraźni ludzi, którzy po swojemu próbują zakończyć biblijne historie. 

To, co przedstawiłem w Dostatku, to już inny świat. 
Tu, gdzie mieszkam, po tamtym swiecie pozostały już tylko ślady. 
To już zupełnie inne miejsce. 

W powieściach zaliczanych do nurtu realizmu magicznego bardzo łatwo jest utracić poczucie rzeczywistości. Rybackie osady, opisane w powieści Crummey'a, zostały wymyślone przez autora, jednak swego rodzaju kotwicą urealniającą sagę stanowi historyczne tło powieści, mocno zarysowane w drugiej części Dostatku. Powstanie nowofundlandzkiego związku zawodowego rybaków, udział w pierwszej wojnie światowej - te wydarzenia sprowadzają czytelnika na ziemię i stanowią granicę między mistyczną przeszłością a przyszłością, w której nie ma już miejsca dla nowożytnego Jonasza. Albo może nam się tak tylko wydawać. 

Bo czymże jesteśmy bez przeszłości i bez doświadczenia naszych przodków? Istotą bez pamięci, bez celu, nie rozumiejącą świata i siebie - jak Abel, ostatni potomek Judy. Choć z drugiej strony, uwolniony od ciężaru wiedzy i poddając się instynktowi, być może ma szansę na nowy początek?

Dostatek jest powieścią, którą każdy z nas może odczytywać na swój sposób. Można doszukiwać się symboli i czytać między wierszami. Można też pozwolić się zapomnieć i śledzić niesamowite losy bohaterów. A autorowi udało się stworzyć postaci pełne sprzeczności, dzięki czemu każda z nich zostaje w pamięci, o żadnej nie sposób zapomnieć. Piękno powieści zawiera się w wielowymiarowości.  Szkoda, że to tylko 350 stron, a nie kilkutomowa saga.


Podsumowanie: pułkownik *****
Oprawa graficzna: 6/6

* Cytaty pochodzą z filmów autora, 
będących odpowiedzią na pytania czytelników.
Wszystkie 10 filmów można objrzeć na stronie wydawnictwa. 



Egzemplarz recenzencki:


poniedziałek, 11 listopada 2013

Agentki w studio - historia pewnej bajki

Agentki i bohaterowie naszej bajki
Każdy z nas miał kiedyś pluszaka. Takiego, który pomagał, wspierał, był towarzyszem przygód. Moc tych kolorowych, miękkich zabawek jest ogromna, dlatego w trudnych chwilach każde dziecko powinno mieć przy sobie pluszową maskotkę, którą może przytulić. Dlatego IKEA organizuje zbiórkę nowych pluszaków, które trafią do karetek pogotowia ratunkowego w całej Polsce i będą wspierać najmłodszych pacjentów. 

W akcję, której partnerem jest UNICEF, zaangażowali się znani artyści, aktorzy, muzycy, sportowcy i społecznicy - my chyba możemy siebie zaliczyć właśnie do tej grupy. Pisaliśmy i nagrywaliśmy bajki, których bohaterami były pluszaki, pomagający dzieciom, uczący ważnych rzeczy i pielęgnujący najważniejsze wartości. Dołączyłyśmy do akcji z opowieścią o przygodach dwóch mysich braci, którzy odkrywają, jak ważne jest zdrowe odżywianie. Jednak napisanie bajki to była tylko część zadania - najwięcej emocji przyniosło nagrywanie audiobooka w studio. Nagranie odbyło się w bardzo przyjaznej atmosferze oraz pod okiem (i uchem) reżysera.  

Chwila skupienia...
...i nagrywamy
Bardzo jesteśmy ciekawe finalnego efektu. W ramach akcji, swoje bajki nagrali m.in. Jolanta Kwaśniewska, Maciej Miecznikowski, Małgorzata Foremniak, Julia Kamińska, Golden Life, chłopaki z Power of Trinity. Ale to jeszcze nie koniec - nagrania potrwają jeszcze przez tydzień w różnych miastach Polski.

Bezpłatny audiobook z naszą oraz innymi bajkami będzie prezentem na Mikołaja - premiera zaplanowana jest 6 grudnia. Będzie on dostępny na stronie pluszakidlaedukacji.pl oraz na płytach CD, którymi obdarowani zostaną ci, co w sklepach IKEA przekażą zakupionego pluszaka na rzecz chorych lub poszkodowanych w wypadkach dzieci, pozostających pod opieką pogotowia ratunkowego.

 Audiobook „Każdy pluszak to historia” i zbiórka pluszaków dla placówek pogotowia to lokalny wymiar akcji „Pluszaki dla edukacji. 1 euro to majątek”, prowadzonej globalnie od 11 lat przez IKEA, UNICEF i Save the Children. W ramach akcji, jak co roku, IKEA Foundation przekaże na programy pomocowe dla dzieci 1 euro od każdej pluszowej zabawki lub książeczki dla najmłodszych zakupionej w IKEA.

Przy okazji premiery audiobooka postaramy się więcej opowiedzieć i o naszych mysich bohaterach, i o wyzwaniu, przed jakim stanęłyśmy dołączając do akcji!

niedziela, 10 listopada 2013

DARY ANIOŁA: 1-3 t. (2007-2009) - CASSANDRA CLARE

wyd. MAG, Mediaway, 2013
Przeczytałaś* Harry'ego Pottera, Zmierzch, pewnie nawet Kroniki Wampirów, obejrzałaś True Blood i... chcesz więcej? Cassandra Clare ma dla ciebie to, czego szukasz: sagę pełną magicznych stworzeń, przystojniaków i akcji.

Uwaga: dalsza część tekstu zawiera spoilery.

E-book Miasta kości trafił do mnie od wydawnictwa MAG na warszawskich targach książki. Tak sobie przeleżał, aż całkiem niedawno trafiłam na ekranizację z Jamiem Bowerem. Piękna twarzyczka głównego bohatera oraz kilka odlotowych dialogów** sprawiło, że musiałam sięgnąć po książkę. Przeczytałam i pomyślałam: ale czad! Zaprawdę powiadam wam - Stephenie Meyer i autorki harlequinów mogłyby się wiele nauczyć od Cassandry. 

** - Jeśli masz ochotę, możesz wystawić głowę przez okno.
- Jestem wilkołakiem, a nie golden retrieverem.

Przede wszystkim - po co ograniczać się do jednej lub dwóch ras magicznych stworzeń, kiedy w powieści można umieścić wszystkich, kogo się zna. Tym sposobem w Darach Anioła mamy: czarowników, wampirów (tych, co nie mogą wychodzić na światło dziennie, jak i takiego, co może to robić), wróżkoelfy (tutaj: faerie), wilkołaki, demony (takie jak w serialu Supernatural) i anioły. Jednak osią fabuły powieści są Nocni Łowcy, czyli ludzie "naznaczeni" przez Anioła, specjalnie szkoleni do walki z demonami i złymi przedstawicielami wspomnianych wyżej stworzeń. 


Nocni Łowcy stanowią wcielenie marzeń każdej nastolatki i nastolatka - panowie noszą skóry, panie gorsety, kabaretki i wysokie buty, wszyscy są piękni i groźnie im patrzy z oczu (kiedy mi się zdarzyło mieć podobnego absztyfikanta, mojej mamie daleko było do zachwytu). Nic więc dziwnego, że gdy główna bohaterka Clary w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności poznaje grupę młodocianych Nocnych Łowców, nie może o nich zapomnieć. Szczególnie, że od tego momentu jej życie staje na głowie: mieszkanie zostaje splądrowane, matka znika, a Jace (jeden z tych mrocznych nieletnich o twarzy  tajemniczego przystojniaka z teledysku Florence & The Machine) twierdzi, że jest to sprawka demonów. 

Nie potrzeba jasnowidza, żeby domyślić się, jak dalej potoczy się fabuła. Na szczęście, Jace ma jaja i nie smęci jak Edward, a Clary nie jest zupełną idiotką, dlatego miło poczytać kąśliwe dialogi, zresztą, nie tylko między tymi dwoma. 

- Myślałem, że będzie większy.
- Jest w sam raz stwierdziła z urazą.
- Tak, ale spodziewałem się czegoś, no wiesz... - rzucił protekcjonalnie i nakreślił rękami kształt mniej więcej wielkości kota.
- To Kielich Anioła, a nie Muszla Klozetowa Anioła - odezwała się Isabelle.

Niestety, w kolejnych częściach jest tego znacznie mniej, a autorka skupia się na wewnętrznych rozterkach dwójki młodych bohaterów, którzy są skazani na grzeszną miłość lub bolesne rozstanie. Gdyż, panie i panowie, okazuje się, że przystojniak Jace oraz młoda dama są rodzeństwem. Nie przeszkadza to jednak gorącym wyznaniom miłości, a nawet publicznym pocałunkom. Nie ma co się dziwić - autorka prezentuje bardzo liberalne podejście do kwestii miłości fizycznej (zarówno hetero, jak i nie-hetero).

Jace uniósł brwi.
- Wiedziałem. Chcesz mnie pocałować, tak?
Simon z irytacją wyrzucił ręce w górę.
- Oczywiście, że nie. Ale jeśli…
- Chyba to prawda, co mówią - zauważył Jace. - W okopach nie ma hetero.
- Chodziło o ateistów, pacanie. W okopach nie ma ateistów.

Dary Anioła mają kilka mocnych stron. Świat stworzony przez autorkę rzeczywiście jest mieszanką wszystkiego, co już mieliśmy okazję zobaczyć lub przeczytać, ale ta różnorodność jakoś się broni. Poza tym, powieść też mocno wciąga wartką akcją: są pojedynki, bitwy, tajemnicze rytuały, mroczne odkrycia etc. Jest trochę dobrych dialogów i namiętnych chwil (Clary przynajmniej nie będzie musiała czekać na swój pierwszy raz aż do ślubu). Ale jest też dużo niedorzeczności, które przysłaniają mocne strony. 

Najbardziej żałuję, że główni bohaterowie zbyt często zachowują się jak schizofrenicy (choć to pewnie można zrzucić na karb ich nastoletniego wieku), ponieważ uniemożliwia to budowanie spójnego portretu postaci. Słabe jest też to, że niebezpieczne i zawiłe sytuacje znajdują banalne rozwiązanie - Harry Potter czy Igrzyska śmierci udowodniły, że nawet pisząc dla młodych czytelników nie zawsze należy podawać odpowiedzi na tacy, a od czasu do czasu można też kogoś brutalnie uśmiercić. W Darach Anioła naiwność bohaterów zbyt mocno kontrastuje ze śwatem demonów i zdrajców i to powoduje, że całość czasami mocno chwieje się w fundamentach. 

Jednak jeżeli jesteś w stanie przymknąć na to oko, Cassandra Clare dostarczy ci całkiem niezłej rozrywki. Bo tym ta seria jest - rozrywką w stylu tzw. Teen Fantasy. Próżno szukać drugiego dna czy morału, ale każdy z nas czasami potrzebuje mniej ambitnej lektury. 



Podsumowanie: porucznik****
Oprawa graficzna: 5/6

czwartek, 7 listopada 2013

LUBIĘ TO! (2011) - DAVE KERPEN


Wyd. One Press, 2013
Czasami mi się wydaje, że o facebooku i serwisach społecznościowych zostało już wszystko napisane i powiedziane. Lecz oto w moje ręce trafił Dave Kerpen i musiałam zrobić szybki rachunek sumienia. Wcale nie będę przesadzać, jeżeli napiszę, że Lubię to! powinno stanowić podstawową lekturę każdego marketingowca. 

Zasadą jest, że książki o serwisach społecznościowych bardzo szybko stają się przeterminowane. Dynamika zmian jest tak duża, że zanim jeszcze korekta skończy swoją pracę, zanim gotowa książka trafi do druku, opisywane funkcje zdążą zniknąć, a w ich miejsce pojawić nowe. Jednak praca Dave'a Kerpena ma charakter bardziej uniwersalny. Podobnie jak zachwalany przeze mnie  Bezmarketing, skupia się na nowym (dla niektórych wręcz nowatorskim) podejściu do klienta.

Polski tytuł jest nieco mylący, ponieważ w oryginale brzmi Likeable Social Media: How to Delight Your Costumers, Create an Irresistible Brand and be Generally Amazing in Facebook i zdradza znacznie więcej. "Be likeable" - mówi Kerpen i tłumaczy, co należy zrobić, żeby być lubianym (nie tylko na fejsie - ogólnie w social media).

Kiedyś ludzie tłumnie się zbierali przed telewizorami, więc reklama trafiała pod strzechy poprzez telewizję. Dzisiaj przesiadujemy godzinami na fejsie, twitterze i innych serwisach społecznościowych, więc, naturalnie, odbiorcę najłatwiej jest znaleźć własnie tutaj. Ale dzisiaj ludzie nie słuchają i nie oglądają reklam tak jak kiedyś, a nasz wybór coraz częściej determinuje opinia innych oraz sympatia do określonej marki. Dlatego zamiast jednostronnego nadawania marketingowcy muszą nawiązać kontakt z odbiorcą. I właśnie tej sztuki uczy Dave Kerpen. 

Jeżeli nie wiesz, po co miałbyś rozmawiać ze swoim klientem w internecie, Lubię to! jest dla ciebie. Jeżeli nie wiesz, jak reagować na krytykę w internecie - Dave Kerpen ci doradzi. Jeżeli marketingowo wciąż tkwisz w poprzednim wieku - tak, już wiesz, co należy zrobić. Poza tym, autor porusza takie tematy jak targetowanie reklam, planowanie strategii, storytelling, tworzenie dobrej treści. A wszystko podane w przystępny i zrozumiały sposób. Jednym zdaniem - must read dla każdego zainteresowanego tematem.


Podsumowanie: GENERAŁ******
Oprawa graficzna: 5/6

Inne, polecane przeze mnie książki na temat social media:




Egzemplarz recenzencki:


wtorek, 5 listopada 2013

PASTWISKA NIEBIESKIE (1932) - JOHN STEINBECK

Prószyński i S-ka, 2013
Czy można napisać książkę o niczym i o wszystkim jednocześnie? Czy można opisując rzeczywistość sprzed osiemdziesięciu lat wykreować przestrzeń, która jest aktualna również dzisiaj? Czy można dać się uwieść opowieści z kilkunastoma głównych bohaterów oraz żadnych karkołomnych zwrotów akcji?

Jeszcze jakiś czas temu nie potrafiłabym odpowiedzieć twierdząco. Jednak odkąd zamknęłam ostatnią stronę Pastwisk niebieskich, głosuję 3 x tak. W czym tkwi tajemnica Steinbecka?

Akcja opowiadań, bo Pastwiska niebieskie są zbiorem krótkich opowieści, rozgrywa się w pięknej żyznej kalifornijskiej dolinie. Żaden przejezdny nie pozostaje obojętny urokowi tego miejsca, niektórzy nawet postanawiają tu zostać na zawsze. Życie w tym miejscu musi być przecież wspaniałe - wolne od przyziemnych trosk i pełne wzniosłych chwil. Ale Pastwiska niebieskie nie są biblijną krainą mlekiem i miodem płynącą. 

John Steinbeck zagląda do każdego domu z doliny, do każdej rodziny. Spokojna narracja początkowo nieco irytuje, jednak po kilku opowiadaniach czytelnik zaczyna żyć życiem Pastwisk niebieskich, poznaje sąsiadów i historie poszczególnych gospodarstw. Oto jest farma, nad którą wisi jakaś klątwa. Oto jest znajda-sierota, ktorego myśli są tyleż tajemnicze, co jego przeszłość. Albo dziewczyna, młoda, na pierwszy rzut oka poukładana nauczycielka, która ucieka przed demonami przeszłości. Okazuje się, że tutaj ludzie także żyją normalnym życiem. Marzą, grzeszą, popełniają błędy. Przyziemne troski rzucają zmarszczki na twarz, a los nie szczędzi przykrych niespodzianek.

Mówią, że Steinbeck lubił w swojej twórczości trochę moralizować. Tutaj także można wyłapać subtelne tknięcie palcem: patrz, każdy wybór prowadzi do konsekwencji, nie unoś się pychą, bo los z ciebie zadrwi. I wcale nie jest tak, że lepiej późno niż wcale. 

Wieczór spędzony na Pastwiskach... był dla mnie czasem niezwykłym. Zżyłam się z bohaterami, niektórych nawet polubiłam. Ale przede wszystkim, w wielu z nich rozpoznałam siebie. Nie zawsze to odkrycie było przyjemne, ale tym bardziej chylę czoła przed autorem. 





Podsumowanie: GENERAŁ******
Oprawa graficzna: 6/6 - spójna dla całej serii

W nowym wydaniu w jednej książce zostały umieszczone trzy dzieła Johna Steinbecka: Pastwiska niebieskie, Złota czara i Nieznanemu bogu.






                                        
Egzemplarz recenzencki:

niedziela, 3 listopada 2013

Wyślij książkę do Wilna - charytatywna akcja Misji i przyjaciół

Półki od podłogi do sufitu - tak wygląda jedna z moich ścian w domu i marzy mi się wypełnienie ich dobrymi książkami. Takimi, do których wrócę po latach albo którymi będę próbowała zainteresować swoje dzieci. Wiem, że nie jestem odosobniona w podobnych planach, jednak czasami przychodzi moment refleksji i w miejscu "mieć" pojawia się "podzielić się". 

Gdy rok temu przy okazji konkursu Blog of Gdańsk 2013 rozmawiałam z redaktorem serwisu delfi.lt o mojej czytelniczej pasji, nawet nie podejrzewałam, że wywiad ten będzie początkiem czegoś nowego. Po jakimś czasie otrzymałam wiadomość od Dariusza Podbereskiego, który opowiedział mi o akcji "Wyślij książkę do Komańczy" - zbiórce książek dla uczniów z tej gminy. Po dłuższej rozmowie postanowiliśmy wykorzystać to doświadczenie i wspólnie zdziałać coś dobrego. Niniejszym chcę zachęcić do tego i was.

Dlaczego Wilno?

Wyrosłam przemierzając wąskie uliczki starówki wileńskiej, do której miałam rzut beretem ze szkoły. Być może dlatego tak bardzo polubiłam Gdańsk - choć architektonicznie te dwa miasta są od siebie odległe, atmosferą bardzo mi przypominał moje Wilno. Poza szkołą, wychowywałam się w otoczeniu domowej biblioteczki, zgromadzonej przez rodziców. To, a takze kilku wspaniałych nauczycieli, umożliwiło mi opanowanie polskiego w stopniu dorównującym poziomowi szkół w Polsce. Kto wie, być może bez tego nie byłoby Misji i wielu innych wspaniałych rzeczy, które przytrafiły mi się w ciągu ostatnich lat. 

Jako absolwentka wileńskiej szkoły wiem, z jakimi problemami zdarza się borykać takim placówkom. Realizując litewski program nauczania, nauczyciele języka polskiego i literatury starają się przekazać jak najwięcej ze swojej dziedziny - choć przecież wcale nie muszą. Ich praca owocuje laureatami olimpiad języka polskiego, nowymi polonistami oraz sporą liczbą studentów, wyjeżdżających na studia do Polski. Może to zabrzmi trochę patetycznie, ale jest to trud podejmowany z poczucia pewnego obowiązku i miłości do języka.

Po tym przydługim wstępnie dochodzę do sedna sprawy :) 

Informacja o akcji pojawiła się też w Dzienniku Bałtyckim,
aut. artykułu: Marek Adamkowicz

Wyślij książkę do Wilna

Młodzież ucząca się w polskich szkołach w Wilnie ma ograniczony dostęp do nowości wydawniczych. Z powodu braku funduszy, w bibliotekach szkolnych znajdują się głównie dzieła klasyków i lektury obowiązkowe. A już ze świecą szukać tytułów wydanych w ostatnich 10-20 latach.

Chcemy to zmienić, przynajmniej w takim zakresie, na jaki nas stać. Razem z Wojewódzką i Miejską Biblioteką Publiczną w Gdańsku ogłosiliśmy zbiórkę książek dla polskich szkół w Wilnie. Podzielmy się tymi książkami, które sami pokochaliśmy!

Jak dołączyć do akcji?

Dołączyć do akcji możesz na dwa sposoby:

1. Przynieś lub prześlij książki pocztą (z dopiskiem WILNO) do Filii Gdańskiej (ul. Mariacka 42, 80-833 Gdańsk). Książki muszą być nowe lub używane, ale w stanie idealnym.

2. Przekaż informację o akcji wszystkim, kto może być zainteresowany przekazaniem książek. Dodaj info na fejsie, napisz o nas na blogu lub w inny sposób nagłośnij sprawę. Dzięki tobie informacja o możliwości wsparcia szkolnych bibliotek w Wilnie dotrze do większej ilości potencjalnych darczyńców.

Jakich książek szukamy?

Uczniowie, którzy korzystają z bibliotek szkolnych to najczęściej młodzież w wieku 12-18 lat. Dlatego szukamy książek dla młodzieży i dorosłych, głównie polskich autorów, a także wartościowe tytuły zagranicznych autorów w przekładzie na polski. Szkoła nie potrzebuje podręczników (z uwagi na inny program nauczania) oraz klasycznych lektur (bo te już są w bibliotece).

Jeżeli ktoś ma też nadprogramowy egzemplarz jednego z poniższych tytułów, to są one także mile widziane w paczce dla biblioteki:
  • T. Konwicki: Kronika wypadków miłosnych
  • D. Terakowska: W krainie kota, Poczwarka, Samotność Bogów lub inne
  • B. Rosiek: Pamiętnik narkomanki
  • S. Piasecki: Zapiski oficera Armii Czerwonej
Z wielką radością zostaną przywitane też książki Tokarczuk, Sapkowskiego (uwierzycie, że Wiedźmina przeczytałam dopiero w Polsce, na 3 roku studiów? Wcześniej nawet o nim nie wiedziałam!), Hugo-Badera, Ostałowskiej. Pomyśl, jaka książka porwała cię w młodości, jaka wywarła największe wrażenie? Takiej właśnie szukamy.

Na książki czekamy do 7 stycznia. Do tego czasu postaram się odpowiedzieć na wszystkie pytania, przesyłane mailem (misjaksiazka[at]gmail.com) oraz opowiedzieć co nieco o szkołach, do których trafią zebrane książki. 

Chcesz być na bieżąco? Dołącz do wydarzenia na facebooku. 






Wspierają nas:




piątek, 1 listopada 2013

SYSTEM BIAŁORUŚ (2013) - ANDRZEJ POCZOBUT

Andrzej Poczobut pisząc "System Białoruś" sięgnął po sprawdzony przepis na dobrą książkę: najpierw naszkicował świat na miarę tego z "Folwarku zwierzęcego" i osadził w nim bohatera tak niezwykłego, że aż trudno uwierzyć w jego prawdziwość. Fabułę doprawił tajemniczymi zaginięciami, malwersacjami i licznymi intrygami, pozbawił czytelnika happy endu dla mocniejszego wrażenia i tylko o jednym zapomniał. Napisać we wstępie, że wszelka zbieżność postaci i wydarzeń jest przypadkowa. 

Bardzo bym chciała, żeby opowieść Poczobuta można było zaliczyć do fikcji. Jednak tak się składa, że niczego nie musiał wymyślać. Najpierw więc był rozpad ZSRR i zamęt, jaki zapanował w krajach postradzieckich. Każde z państw, które po kilkudziesięciu latach odzyskało niepodległość, zaczęło podążać własną drogą - wyboistą, ale zmierzającą do demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Białoruś nie była wyjątkiem - już w 1991 roku powiewała tam biało-czerwono-biała flaga niepodległej republiki. Nieraz zachodziłam w głowę, jak doszło do tego, że dziś o tym kraju mówimy jako o ostoi totalitaryzmu w Europie. Ta książka odpowiedziała mi na wiele pytań.

Przede wszystkim: on. Prezydent, dyktator, "baćka". Pojawił się znikąd i stał się głównym bohaterem białoruskiej wersji snu o karierze "od pucybuta do milionera".  Zaczynał jako nauczyciel i instruktor ideologiczny, żeby po mniejszych wzlotach i upadkach w końcowym okresie ZSRR znaleźć się na fotelu przewodniczącego kołchozu. Ironia losu, ale to właśnie pieriestrojka i demokratyczne procedury pozwoliły Aleksandrowi Łukaszence na przebicie się do parlamentu. Tutaj też nie od razu udało mu się rozwinąć polityczne skrzydła, ale jako wnikliwy obserwator i zdolny manipulator potrafił wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, żeby zrobić kolejny krok do przodu. W końcu, po burzliwej i brudnej kampanii wyborczej, został zaprzysiężony na pierwszego prezydenta niepodległej Białorusi. Od tego momentu konsekwentnie zaczął koncentrować całą władzę w swoich rękach: począwszy od wpływu na najważniejsze urzedy państwowe, poprzez zbudowanie silnej administracji prezydenckiej, aż po utworzenie wyższej izby parlamentu, podległej wyłącznie prezydentowi. Dzięki obsadzeniu wszystkich istotnych stanowisk swoimi ludźmi, likwidacji najwazniejszych konkurentów i zbudowaniu autorytetu na poczuciu strachu w ciagu kilku lat stworzył system, w którym jest jedynym decydentem.    

Po drugie: system. Ni to komunizm, ni to wolny rynek; ni to demokracja, ni to totalitaryzm. Regularne wybory, referenda, a mimo to zawsze ten sam wynik. System jedyny w swoim rodzaju, choć wykorzystuje dobrze znane narzędzia: propagandę, cenzurę, represje. Andrzej Poczobut tłumaczy zawiłości ekonomiczne, wyjaśnia tajemnicę stałego wzrostu gospodarczego oraz bezrobocia na poziomie 1%. Według autora, tajemnica Łukaszenki tkwi w odpowiednim dawkowaniu tego, czego lud potrzebuje najbardziej: chleba i igrzysk. Gdy dodamy do tego niepewność jutra oraz uczucie strachu, otrzymamy machinę doskonałą. 

Na koniec: człowiek. Czyli trybik w systemie. Wbrew pozorom, społeczeństwo białoruskie nie jest homogeniczne i nie stoi murem za prezydentem. Owszem, to głosom wyborców Łukaszenko zawdzięcza swoją wygraną prawie 20 lat temu, ale te nastroje dawno przeszły do historii. Młody białoruski naród został doświadczony po raz kolejny i stracił wiarę w sens walki. Nikt już nie wierzy w to, że ktoś mógłby wykorzystać władzę dla dobra ogółu, wsłuchać się w potrzeby ludzi, stworzyć warunki dla samodzielnego podejmowania decyzji. Dlatego też nawet tym, co po cichu swego prezydenta krytykują, trudno jest przekonać się do poparcia opozycji. Obok strachu o swoją przyszłość (za zaangażowanie się w działalność opozycyjną grozi utrata pracy, a nawet więzienie), ważną rolę odkrywa brak wiary w to, że walka ma sens. "Raz już byliśmy niepodlegli i demokratyczni" - zdaje się mówić ich postawa. - "I na dobre nam to nie wyszło".

Do książki Poczobuta miałam podejść z dystansem. Uważam, że autor jako ofiara represji białoruskiego systemu może widzieć świat wyłącznie w czarnych barwach. Jednak "System Białoruś" jest pozycją dość wyważoną. Dziennikarz rzeczywiście skupia się na systemie, tłumaczy mechanizm jego działania i choć krytykuje, robi to przytaczając fakty. Niektóre informacje od razu sprawdzałam u moich znajomych Białorusinów, ponieważ wydawały mi się zupełnie nieprawdopodobne, ale wygląda na to, że autor był daleki od fantazjowania.   


Myślę, że dla wielu będzie to lektura wstrząsająca. Mną najbardziej wstrząsnął fakt uświadomienia sobie, że mimo wszystko najbardziej winnymi istnieniu białoruskiej dyktatury są sami Białorusini. To oni karmią system. To oni nie chcą dokonywać wyborów. Godzą się na odejście w niebyt białoruskiego języka i kultury. Nie chcą podjąć wysiłku identyfikacji własnych potrzeb, tych ważniejszych, niż tylko chleb. I popadają w coraz większy marazm. Z całym szacunkiem do wszystkich moich bliższych i dalszych białoruskich przyjaciół, ale przyszłość systemu zależy wyłącznie od was. Jeżeli odpowiada wam rzeczywistość, jaką widzicie za oknem, nie widzę powodu, żeby ktoś inny (Zachód, Europa, Polska, ktokolwiek) miał narzucać wam swoją pomoc. 

Pozostaje tylko ogromny żal, że ten piękny kraj z fantastycznymi ludźmi staje się własnością prywatną jednego człowieka. 


 
Podsumowanie: GENERAŁ******
Oprawa graficzna: 6/6






                                           Egzemplarz recenzencki: