• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

poniedziałek, 30 września 2013

SCHUDNIJ W ZGODZIE ZE SWOJĄ GRUPĄ KRWI (2013) - DOROTA AUGUSTYNIAK-MADEJSKA, BOŻENA BIERNOT

Diety odchudzające mają to do siebie, że są kompletnie nieskuteczne. Owszem, człek się stara, nie je lub je to, czego nie lubi (nie wiem, co gorsze), traci kilogramy i jak już w końcu waga pokaże dwie upragnione cyferki, w nagrodę stawia sobie piwo. Albo czekoladę. Albo porządny schabowy. Albo wszystko razem. I gdzie tu skuteczność?

Autorki książki, o której dzisiaj piszę, wyszły z założenia, że tajemnica tkwi w poznaniu własnego organizmu. Wychodząc naprzeciw jego oczekiwaniom, można nie tylko schudnąć, ale nową wagę zachować. Tak mówią i sięgają do ciekawej teorii o zakodowanym w grupie krwi jadłospisie. 

Z teorią tą już kiedyś się zetknęłam, bardzo pobieżnie, ale mniej więcej wiedziałam, o co chodzi. Sięgnąć po ten poradnik zmusiła mnie ciekawość oraz ostatnio nurtujące mnie pytanie, dlaczego dieta-cud MŻ, potocznie mówiąc "mniej żreć", zupełnie u mnie nie działa. Ograniczenie posiłków owszem, doprowadziło do zmniejszenia żołądka i najadamy się mniejszymi porcjami, jednak efektów nie widzę ani na wadze, ani w rozmiarach ubrań.

Wybiegając nieco do przodu, bo będzie to notka długa, prawdopodobnie znalazłam odpowiedź na moje pytania w Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi. Jednak moja świadomość przechodzi w danym momencie etap negacji i najchętniej w ogóle zapomniałabym, że ten poradnik przeczytałam. Ale po kolei.

Teoria grupy krwi wiąże się z etapami rozwoju ludzkości - każda z grup powstała w innym czasie, dlatego niektórzy posuwają się do stwierdzeń, że to właśnie we krwi mamy zakodowane, co możemy jeść, aby nie szkodzić zdrowiu i figurze. Organizm człowieka przystosowywał się do warunków i dostępnej w danym momencie żywności, więc odpowiednio grupa krwi, która w tym czasie miała pecha się wykształcić u homo sapiens, zakodowała w sobie te, a nie inne, upodobania naszych przodków.

Dla przykładu, "grupa A powstała, gdy dostępność do mięsa zwierzęcego stawała się coraz bardziej ograniczona. (...) W miarę zmian w sposobie żywienia ewoluował również organizm. Zdecydowanie mniejsze możliwości pozyskania mięsa spowodowały istotne modyfikacje w układzie pokarmowym." Modyfikacje te, są to m.in. inny poziom kwasu żołądkowego, który utrudnia trawienie białka zwierzęcego. Dlatego spożywanie mięsa przez nosicieli krwi grupy A ma powodować zatrzymanie płynów i ociężałość. Nie stosowanie się do gustów żywieniowych swojej krwi może prowadzić nie tylko do tycia, lecz również (jak informują autorki) do zaburzeń metabolizmu, a nawet raka żołądka. 

Argumentacja autorek jest dość logiczna - wyjaśniają, dlaczego organizm grupy A ma problemy z trawieniem pewnych substancji, albo dlaczego odkładanie się tkanki tłuszczowej może być niebezpieczne. Dlatego zanim przeszłam do zgłębienia tematu, wzięłam długopis i zrobiłam żyweniowy rachunek sumienia. 

Podstawą mojej diety jest mięso. Mięso czerwone, w postaci najróżniejszej, poczynając od kabanosów, na tatarze kończąc. Jem dużo kurczaka, choć to mięso jest dla mnie często bez smaku. Ryby. Lubię, bardzo, choć nie wszystkie. Uwielbiam wędzoną makrelę i łososia. Warzywa? Czemu nie. Pomidory, paprykę, ziemniaki, kapustę, sałatę, pieczarki, oliwki. Owoce - wszystkie, ale na porządku dziennym są te najłatwiej dostępne, czyli pomarańcze i banany. Muszę też dodać, że jem to wszystko "od zawsze".

A teraz, panie i panowie, dlaczego książka ta wdeptała mnie w ziemię tak głęboko, że można byłoby nade mną sadzić kwiatki. Jako przedstawicielka grupy A, absolutnie nie powinnam żreć mięsa. Okazuje się, że mój organizm nie potrafi trawić tego, co mięsne, mało tego, nie umie neutralizować szkodliwych substancji. Powinnam mięso zamienić rybą, byle nie wędzoną. Z warzyw koniecznie należy wykluczyć szkodliwe dla mojego żołądka paprykę, pomidory, oliwki, ziemniaki, kapustę, pieczarki. Pewnie już się domyślacie, co było dalej. "Zdrowia nie przysporzą ci również banany i rabarbar." No i pomarańcze - w moim przypadku szkodliwe dla błony żołądka. UPS.

Jeżeli wierzyć książce, to od dzieciństwa odżywiam się zupełnie nieprawidłowo, wręcz szkodliwie. Jem wszystko, z czym mój żołądek nie potrafi sobie poradzić. Okazuje się, że o wiele zdrowszy był dla mnie mój studencki jadłospis, gdy w dzień zjadałam jedną-dwie buły i dopychałam wieczorem innym shitem ze sklepu spod akademika. Mięsa nie było zbyt wiele, warzyw też, ziemniaki jedynie okazyjnie, a z owoców jedynie jabłka. 


Ja zdecydowanie jestem tym mięsożernym
Staję więc przed ogromnym dylematem. Jeżeli rady autorek poradnika wezmę do serca, musiałabym zmienić w moim jadłospisie wszystko. I, co gorsza, nawet nie mam pomysłu, co mogłabym jeść, jeżeli zrezygnuję z mięsa. Ba, nawet warzywa, te zwyczajne, z warzywniaka, będę musiała omijać z daleka. Szczerze, to już dukanowa dieta była dla mnie łatwiejsza do zaakceptowania (na marginesie: -13 kg w 3 miesiące, jojo + 20kg w rok ). Siedzę więc i dumam. 

A teraz słów kilka o samej książce. Abstrachując od wątpliwości, które przedstawiłam wyżej, Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi jest udanym poradnikiem. Opatrzony został mądrym wstępem oraz szerokim rozdziałem, poświęconym najczęściej popełnianym błędom żywieniowym. Autorki wyczulają na spożywanie odchudzających suplementów, na szkodliwe nawyki i podkreślają wagę snu i relaksu dla twojego samopoczucia i łaknienia (jest to chyba najmocniejsza strona książki). Tłumaczą też zachodzące w organizmie procesy i ich wpływ na sylwetkę. Swoją prace kończą przykładowym 10-dniowym jadłospisem, dopasowanym dla każdej grupy krwi. Wspominają też o zasadzie 1500 kcal, o której pisałam przy okazji recenzji Dziennika diety. Nowe, dobre dla twojego organizmu jedzenie, połączone z mniejszą ilością kalorii, niż potrzebujesz na codzień, ma dać widoczne i trwałe efekty. 

Zostało jedynie dać się przekonać. Jeżeli wśród naszych czytelniczek są osoby, którym udało się z powodzeniem zmienić nawyki żywieniowe z dietą, zgodną z grupą krwi, to proszę o kontakt. Ponieważ w tym temacie sama moja motywacja nie wystarczy.  



Podsumowanie: porucznik ****
Oprawa graficzna: 5/6 choć dość typowa dla tego typu poradników
Egzemplarz recenzencki: wyd. Sensus

sobota, 28 września 2013

CITY GIRL (2010) - SUZANA S.

wyd. Kurhaus publishing, Warszawa 2012


Kobieta sukcesu. Pożądana i nienawidzona jednocześnie. Niespełnione marzenie niejednej z nas. Ale czy słusznie? Przeczytaj, przefiltruj, przełóż na własny system wartości - oto przepis na odpowiedź.

Zaczyna się zupełnie niewinnie. Ot, kolejna opowieść o kobiecie, która jakimś cudem wspięła się na szczyt. Nie, żebym miała coś przeciwko - bardzo lubię takie historię bo działają na mnie motywująco i przynajmniej na chwilę zmieniam się w fightera. Jednak tym razem to historia bez happy endu. Muszę jednak zaznaczyć, że istnienie, bądź brak szczęśliwego zakończenia jest w tym wypadku wyjątkowo subiektywną rzeczą. Wszystko zależy od naszego systemu wartości. Tu nie ma odcieni szarości. Wóz, albo przewóz - białe lub czarne. Wybór należy do Ciebie.

Podziwiam i zazdroszczę Suzanie hartu ducha, wewnętrznej siły, wiary w siebie i samozaparcia. Kropla drąży skałę - tak jest i tym razem. Kobieta  w świecie zdominowanym przez drapieżnika zwanego mężczyzną ma małe szanse na przeżycie. Aby utrzymać się na powierzchni musi stać się dużo lepsza od przeciwnika. W "City Girl" bardzo silnie zarysowano wątek feministyczny - dlatego przeciwnikom radzę trzymać się z daleka - ta kobieta ma jaja.

Biorąc książkę do ręki bałam się, że połowy nie zrozumiem. Finanse zarówno w teorii jak i w praktyce nie są moją najlepszą stroną. Na szczęście książka została napisana tak, że nawet matematyczny ignorant jak ja zrozumie wszystko co do słówka. Czułam się jak prawdziwy "lew giełdowy"!

Zawsze powtarzam, że pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy - owszem. Tym razem jest inaczej. Nie uszczęśliwia nic. Owszem, mamy tu ubrania od najlepszych projektantów, pierwszorzędnych fryzjerów, drogie zegarki i gadżety z najwyższej półki. Nie braknie również imprez mocno zakrapianych (obrzydliwie drogim) alkoholem. Krótko mówiąc: luksus pełną gębą. Jednak gdy dobrze się przyjrzymy zobaczymy uśmiechnięte twarze o smutnych oczach. Chyba jednak wolę wino z Lidla (polecam półsłodkie za 9 zł).

"City Girl" ma to, czego nie miało "Pokolenie Ikea" - klasę. Pomimo, że tematyka pozostaje ta sama - wyścig szczurów i pogoń za pieniądzem. Ślepe wykonywanie poleceń. Psychiczna robotyzacja. Intensywne, żenujące odreagowywanie codzienności. To również opowieść za pogoni za marzeniami, które tym razem udaje się doścignąć, złapać i zamknąć w złotej klatce. Czy można zjeść ciastko i mieć ciastko?



Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: 10/10 Nie mogła być inna.

środa, 25 września 2013

NIEBIAŃSKA PLAŻA (1996) - ALEX GARLAND


Monotonne uderzenia wioseł nagle cichną. Wszystko zastyga w niemym zachwycie. Jak okiem sięgnąć rozciąga się lustrzana tafla lazurowej wody. Promienie słońca ozłacają rysującą się na horyzoncie samotną wyspę. Raj na ziemi.

Któż nie widział "Niebiańskiej plaży"? I nie mam na myśli tylko filmu z boskim Leo. Chyba każdy podróżował tam w swoich snach. Jako dziecko uwielbiałam historie o bezludnej wyspie, o odkrywaniu nieodkrytego, o życiu w zgodzie z samym sobą i w zgodzie z naturą. Tutaj każdy jest sobie sterem i okrętem. "Niebiańską plażę" po prostu musiałam przeczytać. Nie zawiodłam się - znalazłam tu wszystko, czego szukałam. Rajski klimat, cudowna flora i fauna, leniwie płynący czas i pozostawienie wszystkiego poza sobą oraz...szczypta niepokoju. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, zatem każda sielanka jest z automatu skazana na (bolesną) śmierć. Tak też jest i tym razem.

Wyspa, na którą trafiają książkowi bohaterowie bynajmniej nie jest bezludna. Żyje tam grupa ludzi z różnych zakątków świata. Jedyny warunek, który muszą spełnić, aby ta chwila mogła trwać, to : NO MORE PEOPLE. Niezbyt wygórowana cena za spełnione marzenia i święty spokój, zatem nietrudno się domyślić, że tajemnica o położeniu plaży jest skrzętnie skrywana. Ten motyw przypominał mi nieco "Sklepik z marzeniami" S. Kinga - zrobimy dosłownie wszystko, aby nie stracić naszego skarbu...




Jedna z moich ulubionych scen z filmu (a jest ich jak na lekarstwo)

Ludzie to zwierzęta proste jak konstrukcja cepa. Widać to dopiero po obraniu tej smrodliwej cebuli ze wszystkich wygód oraz  z tego, co "wypada", "trzeba" i "nie wolno". Człowieka bardzo łatwo odczłowieczyć i to jest bardziej przerażające niż duchy, strzygi i polskie emerytury.Wyzucie z empatii, tropikalne pranie mózgu i skrajny egoizm schowany pod pozorną otwartością i przyjaźnią. Chyba jednak wolę zakłamany cywilizacyjny syf. Przynajmniej z góry wiadomo, że trzeba mieć się na baczności. Złota zasada matematyki brzmi: umiesz liczyć, licz na siebie. Sprawdza się zawsze i wszędzie.

Wspomniałam na początku o filmie pod tym samym tytułem. Po przeczytaniu książki postanowiłam go sobie odświeżyć. Nie próbujcie tego w domu! Grozi zawałem lub skokami ciśnienia.Główny motyw zachowano, ale wyrzucono wszystko, co było fajne. W to miejsce włożono to, czego nie było - z marnym skutkiem. Z pysznej chrupiącej bułeczki przyprawionej na ostro zrobili wielkiego, tłustego pączka polanego lukrem. Ale dla tylu pięknych, męskich klat w jednym miejscu warto było się przemęczyć ;-)

"Niebiańską plażę" czyta się świetnie, szczególnie na urlopie, wygrzewając się w słoneczku. Przystępny język, ciekawe postaci, niebanalna (wbrew pozorom) tematyka. Zdecydowanie polecam książkę i odradzam film. No chyba, że pragniesz jedynie doznań estetycznych.


Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: 5/10 - nie widać gołej klaty








A na koniec zwiastun filmowy: bo jest na czym zawiesić oko :)


niedziela, 22 września 2013

Zabierasz książkę #NaKawe? Misja i Instadruk ma dla ciebie prezent

Zgodnie z zapowiedzią, śpieszymy podsumować kolejny miesiąc naszej akcji #NaKawe. W tym miesiącu, jak i w dwóch kolejnych, partneruje nam Instadruk, która funduje uczestnikom akcji prezenty: memoprinty dla autora jednego, wybranego przez jury (agentki + ekipa Instadruk) zdjęcia oraz karty rabatowe 50% dla trzech autorów zdjęć z największą ilością serduszek na instagramie. 


Nam memoprinty służą jako zakładki do książek. Liczymy na to, że nagrodzona osoba podzieli się z nami swoim pomysłem na prezent od Instadruku. Skoro już mowa o prezentach... Pakiet em wydruków zdjęć z instagramu postanowiliśmy nagrodzić Agnieszkę Werechę (instagram.com/flowcoachblog), która podbiła nasze serca typowo jesienną kompozycją :) wrzosy, pachnąca kawa i powieść z deszczem w tytule. 


Choć wybór jednego zdjecia był niezwykle trudny, ale kolejne zadanie również było niełatwe. Zabraliśmy się do liczenia serduszek na instagramie, a tych zebraliście wyjątkowo dużo. Kartami rabatowymi nagradzamy: Asię Karpowicz (instagram.com/asieji), Pannę Gogo (instagram.com/iamjurkiewicz) oraz Wiecznie Zaczytaną (instagram.com/majulla). Każde zdjęcie inne, ale każde równie smakowite.


Nasza instaakcja trwa. Wszystkie zdjęcia można obejrzeć na instagramie wyszukując po hashtagu #NaKawe. Wśród zdjęć dodanych w tym miesiącu (16 września - 15 października) obdarujemy kolejnych uczestników :) zasady pozostają bez zmian:

1. Zrób zdjęcie książki ze swoją ulubioną kawą, dodaj na Instagram i oznacz tagiem #NaKawe
2. Zdjęcia mogą być wykonane w dowolnym miejscu: w kawiarni, ogródku, w domu, na ławce...
3. Celem akcji jest promocja czytelnictwa. Śledź nasz misyjny instagram, weź udział i podaj dalej!

P.S. Nagrodzone uczestniczki prosimy o przesłanie swoich adresów mailowych na misjaksiazka[at]gmail.com, a my prześlemy dalsze informacje.  

piątek, 20 września 2013

Agnieszka Turzyniecka: "Nie umiem pisać do szuflady!"

W dobie [rzekomego] kryzysu czytelnictwa, wielu autorów decyduje się na inne, niż jesteśmy przyzwyczajeni, sposoby dotarcia do czytelnika. Powieść na facebooku? Czemu nie. A może na blogu? Też można. O tym, dlaczego warto ryzykować i postawić na innowacyjne pomysły, rozmawiam z Agnieszką Turzyniecką. Agnieszka jest autorką wielu opowiadań oraz kryminału "Inspektor Kres i zaginiona". Najnowszą powieść "Dziewczynka z balonikami" publikuje w internecie, za darmo. 

★★★

Ana Matusevic: Niedawno usłyszałam dowcip. 
"Spotykają się dwaj pisarze i jeden mówi do drugiego: 
- Wiesz, wydałem książkę!.
- To świetnie, a ile sprzedałeś?
- Ee, niewiele - dom, samochód..."
Jak było z twoim debiutem pisarskim? Swój kryminał, "Kres i Zaginiona", wydałaś w formie ebooka własnym sumptem. Często selfpublishing jest postrzegany jako literatura gorsza. Ale twoja powieść spotkała się z ciepłym przyjęciem przez czytelników. 

Agnieszka Turzyniecka: To nie do końca tak. W 2011 roku wydałam "Kresa i zaginioną" jako e-book, ale po pół roku wycofałam go ze sprzedaży. Byłam rozczarowana nikłą sprzedażą. E-booki jednak jeszcze raczkują w Polsce. Z drugiej strony, tak jak powiedziałaś, moja powieść spotkała się z ciepłym przyjęciem czytelników, uznałam to za dobry znak i postanowiłam jednak szukać wydawcy tradycyjnego. Zaczęły się długie poszukiwania... Moja książka przeszła przez kilkanaście wydawnictw i przez agencję literacką. W końcu w tym roku, po dwóch latach poszukiwań, udało się. Książka została rozbudowana, dodałam do niej nowe wątki. Ukaże się w księgarniach pod nowym tytułem "Inspektor Kres i zaginiona" w październiku. 
Wracając do e-booków: to prawda, że selfpublishing jest postrzegany jako literatura gorsza. Winę za to ponosi fakt, że e-booka może wydać każdy i niestety często robią to ludzie, którzy powinni się trzymać z daleka od pisania książek. Wśród takich autorów giną porządni twórcy. Dziś jest bardzo trudno wydać się tradycyjnie, często jedyną drogą do zaistnienia jest książka elektroniczna. Jak jednak dotrzeć do profesjonalnych e-booków? Jak je odróżnić pośród takich, które tylko udają literaturę? Otóż kupując e-booki zwracajmy uwagę, gdzie je pobieramy. Jest wiele platform selfpublishingowych, ale nie na każdej mogą wydawać wszyscy. Polecam tutaj RW2010 - to zaufana platforma, publikująca wartościowe książki, które przechodzą najpierw przez redakcję i korektę, co w przypadku innych platform nie zawsze jest oczywiste. Natomiast dowcip, który przytoczyłaś, porusza jeszcze zupełnie inny problem, mianowicie problem współfinansowania...

Czyli zdarza się, że pisarz, zamiast otrzymać zapłatę za swoją pracę, musi jeszcze dopłacić?

Niestety, wielu autorów wpada w pułapkę wydawnictw POD. Są to pseudo wydawnictwa, które z porządnymi mają niewiele wspólnego. Oferują nieświadomemu debiutantowi wpłacenie wadium, to wadium niby ma się zwrócić. W rzeczywistości jednak drukują 200-300 egzemplarzy, nie robią żadnej promocji, nie rozprowadzają książki. To jest po prostu oszustwo. W sieci jest pełno reklam krzyczących "Wydaj się z nami!". Nie dajcie się złapać, tak się nie wydają poważni autorzy. Porządny wydawca wydrukuje chociaż 1000 egzemplarzy, rozprowadzi je po kraju, zrobi promocję, nawet jeśli małą.

Początkujący pisarze często bardzo idealistycznie podchodzą do sprawy. Wydaje im się, że wystarczy napisać dobrą książkę, a wydawnictwa i czytelnicy przyjmą ich z otwartymi rękoma. Jak postrzegasz nasz rynek wydawniczy?

Mamy takie czasy, że nie wystarczy napisać dobrą książkę. Zresztą, co znaczy "dobra książka"? To jest pojęcie relatywne. To, co dla jednego wydawnictwa będzie dobre, dla innego może być nie do przyjęcia. Książka bez promocji nie sprzeda się, a promocja to droga zabawa. Jeśli jesteś debiutantem, potrzebujesz reklamy, a nie każde wydawnictwo na nią stać. I często nie ma tu znaczenia, czy tekst jest dobry. Dlatego wydawcy tak niechętnie inwestują w debiutantów. To, że dwadzieścia wydawnictw odrzuciło twoją książkę, nie musi oznaczać, że jest kiepska. To może oznaczać, że jest niekomercyjna, trudna do wypromowania. Początkujący autorzy często popełniają pewien błąd, który ja też popełniłam. Mianowicie, za bardzo skupiłam się na pierwszej książce, której nikt nie chciał wydać. Tymczasem trzeba pisać dalej, nie można żyć jednym tekstem. Jeśli nie wydasz pierwszej książki, to wydasz następną. Jeśli autor ma szczęście być niegłupim, to drugi tekst będzie lepszy od pierwszego, zwiększą się szanse na wydanie.

Mówisz więc, że po ukończeniu jednej, należy zabierać się za następną powieść. W momencie, gdy „Inspektor Kres i zaginiona” pojawi się  w księgarniach, twoi czytelnicy wciąż będą mogli czytać twoją drugą powieść - "Dziewczynkę z balonikami". Publikujesz ją w internecie, na blogu. Powieść ta ma swoje stałe grono czytelników. Zdradzisz nam, dlaczego zdecydowałaś się na bezpłatną publikację na blogu?

Widzisz, wydawcy "Kresa" szukałam bardzo długo i nie uśmiecha mi się znowu czekać latami na dotarcie do czytelników. Książka, którą publikuję na blogu, jest dla mnie bardzo ważna, jest częścią mnie. Chcę, by ludzie ją czytali. Chcę widzieć ich reakcję. "Dziewczynka z balonikami" jest też publikowana na innych portalach literackich, m.in. na Obliczach Kultury i na Dużym Ka. Marzy mi się, by dotrzeć do jak największej ilości czytelników. Znajomi pisarze mówią mi: "Publikując w sieci ograniczasz grono odbiorców". Niekoniecznie. To kwestia dotarcia do jak największej liczby portali, dlatego nie ograniczam się tylko do mojego bloga. Książka, kiedy jest już napisana, musi zacząć żyć swoim życiem, a do tego musi być czytana. Nie umiem pisać do szuflady, nigdy nie umiałam. Może to brak skromności. A może po prostu potrzebuję potwierdzenia od czytelników...? Napisałam "Dziewczynkę..." by pomóc. Pomóc sobie i innym. Mam nadzieję, że ta pomoc gdzieś do kogoś dociera.

Bohaterka "Dziewczynki z balonikami" trafia do szpitala z ciężką depresją. Jednak nawet w szpitalu często spotyka się z niezrozumieniem. Z jej rozmów z lekarzem i innymi pacjentami powoli szukamy powodów choroby oraz sposobu na wyjście z niej. Czy to nie jest przypadkiem swego rodzaju autoterapia?

Złapałaś mnie (śmieje się). Ta książka pomogła mi ułożyć pewne sprawy w moim życiu. Rzeczywiście, napisanie jej było autoterapią. Ale proszę nie mylić mnie z główną bohaterką, choć Marlena ma ze mną dużo wspólnego. Tak jak wspomniałaś, bohaterka nawet w szpitalu nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem, dlatego właśnie postanowiłam napisać tę powieść. Depresja, pomimo że jest tak rozpowszechniona, wciąż jest chorobą nierozumianą, a nawet budzącą strach, czy pogardę. Otoczenie chorego ma problemy z zaakceptowaniem, że to poważne schorzenie, a nie objaw lenistwa. Rodziny chorych często przeżywają dramat, bo nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości tego zaburzenia. Dlatego tak ważne jest, by pisać o depresji szczerze i bez upiększania. Trzeba pomóc ludziom zrozumieć. I tym, którzy chorują i tym, którzy żyją z chorymi. Mam nadzieję, że moja książka rzuca światło ten problem. Dostaję sygnały od czytelników, którzy czytając moją książkę, widzą w niej siebie lub osoby ze swojego otoczenia. Jednak chciałabym podkreślić, że nie jestem lekarzem i nie należy traktować mojej powieści jak poradnika medycznego. Ja pokazuję codzienność życia z depresją, pokazuję drogę wyjścia z niej, analizuję jej przyczyny i skutki, na tyle, na ile może to opisać osoba, która sama przeszła przez tę chorobę. Ale profesjonalnej porady trzeba szukać u lekarza, nie w mojej książce. 

Wracając do twojego pytania. Dla mnie każda książka, którą piszę, jest autoterapią. Nawet jeśli piszę o morderstwach, to w tych tekstach jestem ja, moje odsiedziane na twardym krześle kilkadziesiąt godzin, które przypomniało mi po raz kolejny, dalczego warto żyć. Pisanie jest dla mnie terapią, bo wyzwala we mnie radość i poczucie jakiejś wartości. Zanim zaczęłam pisać, miotałam się ciągle między dwoma pytaniami: co chcę robić w życiu? i: dokąd to wszystko prowadzi? Pisanie pomogło mi znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Myślę, że gdyby nie to, że publikujesz powieść na blogu, o informację zwrotną byłoby znacznie trudniej. Bierzesz pod uwagę możliwość wprowadzenia zmian do fabuły uwzględniając sugestie czytelników?

Na razie nie ma takich sugestii, więc szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się nad tym. Książka się zdecydowanej większości podoba i nie dostaję propozycji zmian. A z brakiem odzewu w przypadku książek papierowych, masz rację. Tutaj publikacja w sieci jest górą - ludzie komentują i od razu wiesz, czy im się podoba. Choć muszę powiedzieć, że tych komentarzy na blogu jest i tak stosunkowo mało, ludzie nie chcą opisywać swoich problemów publicznie, dlatego często dostaję prywatne wiadomości na temat książki. Tak, czy tak, stale mogę obserwować rekacje czytelników.

Co po "Dziewczynce z balonikami"? Jakie masz plany twórcze na najbliższą przyszłość?

Rozpoczęłam już pisanie kontynuacji "Inspektora Kresa i zaginionej", mam zamiar skończyć ją w tym roku. Planuję całą serię przygód Kresa. O czymś innym na razie nie myślę, co nie oznacza, że np. za rok nie wpadnę na szalony pomysł napisania powieści fantasy o wampirach. (śmieje się) Żartuję. Ale może w międzyczasie znowu napiszę jakieś opowiadanie? Na razie zajmuję się promocją "Inspektora Kresa i zaginionej" i "Dziewczynki z balonikami", w październiku jadę na Targi Książki w Krakowie. A potem... potem będzie zima, długa i zimna. Trzeba będzie się zakopać w liściach i przespać do wiosny.

Dziękuję za rozmowę. Z niecierpliwością czekam na premierę nowych przygód inspektora Kresa!

środa, 18 września 2013

MACKI (1986) - HARRY ADAM KNIGHT

wyd. Phantom press

Podróż do wnętrza ziemi to jedno z tych dziecięcych marzeń, które nigdy się nie spełnią. Tak, jak te o pracy którą kochasz lub słodkim piesku, który nie sika po kątach. Z wypiekami na twarzy pochłaniasz podziemny świat wykreowany przez Verne. Ogromne rośliny, rajski klimat i prehistoryczne stwory. Ale przychodzi czas, kiedy analizujesz swoje pragnienia sprzed lat. Spoglądając na nie chłodniejszym okiem widzisz, że miały wiele wad: nauczyciele zarabiają grosze, sklepowa użera się z pijakami, a policjanta nikt nie lubi. A czy zastanawiałeś się kiedyś, co przemilczał Verne? Dzięki "Mackom" będziesz lepszy od Chucka Norrisa. Nie zejdziesz do wnętrza ziemi. To wnętrze ziemi przyjdzie do ciebie. 

Horrory klasy B to stały element mojego życia. Już jako dziecko w wieku przedszkolnym oglądałam namiętnie wszystkie, które puszczali na Jedynce. Później sięgnęłam po książki. Teraz je zbieram, traktując jako inwestycję w przyszłość mojej rodziny. Będę je kiedyś czytać dzieciom do snu. Cóż, nie oczekuje się od kogoś, kto w wieku lat pięciu znał na pamięć "Wejście smoka", żeby miał w domu wszystkie sezony "Troskliwych misiów"... Mózg mam zatruty i w stanie rozkładu. I właśnie dlatego nie mogłam się oprzeć, kiedy na sklepowej półce zobaczyłam "Macki".

Poszukiwacze krwi i flaków mogą być zawiedzeni, szczególnie, jeśli lektura "Ślimaków" już dawno za nimi. Ale grzecznie też nie jest - Knight wymyślił bardzo ciekawy sposób uśmiercania. Przypominało mi to trochę żerowanie pająków - wypijasz środek, zostawiając skorupkę. Oczywiście rozsypanie w drobny mak teściowej lub osiedlowej plotkary może być przyjemne. Jednak kiedy sekundę po usłyszeniu donośnego chrupnięcia odkrywasz, że właśnie STŁUKŁEŚ psa śpiącego na środku dywanu i właśnie stoisz W NIM, zabawa przestaje być śmieszna. Oj tak, to będzie jeden z moich ulubionych motywów...




"Macki" czyta się od razu od deski do deski - Knight ma lekkie pióro, postacie oczywiście są sztampowe i przewidywalne, ale nie infantylne i irytujące - a to duży sukces. Trup ściele się gęsto, ale spokojnie można sobie coś przegryźć w czasie lektury - tutaj obrzydliwość jest tylko członkiem chóru. Pierwsze skrzypce gra wartka akcja. W swojej kategorii "Macki" to prawdziwy majstersztyk. Tak pod względem pomysłu, jak i realizacji. Aż dziwne, że nie udało mi się namierzyć filmu...




Podsumowanie: Generał******
Oprawa graficzna: 7/10; Zbyt duży freestyle ilustratora

poniedziałek, 16 września 2013

Misja w finale konkursu eBuka 2013!

Trwa trzecia edycja konkursu eBuka. W tym roku w szranki stanęło ponad sto blogów, poswięconych kulturze i literaturze. Otrzymałyśmy dziś fantastyczną wiadomość - Misja: K.S.I.Ą.Ż.K.A. w finale!

Trzeba przyznać, że wśród zgłoszonych blogów znalazły się też takie, które same lubimy i czytamy. Natomiast finaliści reprezentują naprawdę wysoki poziom - zarówno publikowanych na blogu treści, jak i estetycznej jego strony. Tym bardziej cieszy nas, że jesteśmy w finałowej dziesiątce i z niecierpliwością czekamy na werdykt jury o zwycięzcy.  

Zwycięzca konkursu zostanie ogłoszony w najbliższą sobotę podczas Targów Książki w Katowicach. Niestety, ani ja, ani Kasia nie możemy być na tym wydarzeniu, ale będziemy trzymać rękę na pulsie wirtualnie. Natomiast tych, co do Katowic mają blisko, zachęcamy do odwiedzenia Targów (dlaczego warto? Zajrzyj tu: słów kilka o targach warszawskich). 

Za portalem dużeKa publikujemy listę finalistów. 
Kto będzie tym number one?

Dzieci i młodzież: Magiczny Świat Książki, Słowem lukrowane, Z kamerą wśród książek, Moje przemyślenia o książkach i nie tylko, Królestwo Książek, My Books, Nasze recenzje, Ponieważ z książką jest mi do twarzy, Ludzka sokowirówka, Sylwia Tylkowska, sewiastrecenzje, Kopiec Kreta, Półeczka z książkami


Wciąż też trwa głosowanie czytelników na zwycięzcę tzw. Małej eBuki, czyli nagrody publiczności. Jeżeli chcesz oddać głos na Agentki Misji, wystarczy wysłać maila na adres [email protected] w temacie wpisując nazwę Misja: K.S.I.Ą.Ż.K.A.

niedziela, 15 września 2013

DOTYK (2011) - ALEXI ZENTNER

Dotyk podszedł mnie podstępem. Opowiada o rzeczach odległych w czasie i przestrzeni, a mimo to wkradł się do mego serca, do moich wspomnień, przeglądał się jak w lustrze w opowieściach, które słyszałam w dzieciństwie. 


Wyd. Wiatr od morza, 2013

Miałem dziesięć lat i pamiętam ojca jako olbrzyma.*
Pamiętam też dziadka, który już wtedy wydawał mi się być stary jak świat. Swoimi opowieściami jedynie utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Uczył mnie, że nigdy nie wiesz, co może wyłonić się z ciemnego lasu. Czasami, z nosem przy szybie, wpatrywałam się w nieprzeniknioną ciemność, która otulała tak dobrze mi w świetle dnia znane podwórko. Do dziś pamiętam to uczucie strachu zmieszanego z ciekawością, gdy gęstniejące w mroku cienie za płotem, okalającym gospodarstwo dziadka, szeptały do mnie, nęciły.

Pamiętam to i wiele więcej. Gesty, słowa, twarze. Ciężką pracę. Miłość do bliskich. I szacunek, wobec sił przyrody i tego, co wychodzi poza "mędrca szkiełko i oko". Ale nie ja jestem narratorem Dotyku, choć widzę, że moglibyśmy sobie opowiedzieć wiele. A być może nawet nie musielibyśmy powiedzieć do siebie ani słowa. 

Kiedy Stephen po latach wraca do Sawgamet, początkowo nie poznaje tego miejsca. Szczególnie, że powód jego powrotu jest bardzo smutny - chce się pożegnać z umierającą matką. Na czuwaniu przy chorej mijają dnie i noce i Stephen zaczyna czuć, że jego miejsce jest tutaj, na brzegu rwącej rzeki, na przedprożu bezkresnych lasów. Próbuje przywołać w pamięci wszystko, co usłyszał o tym miejscu od ojca, dziadka, matki. I to, czego świadkiem był sam. 

O początkach osady Sawgamet, wybudowanej przez poszukiwaczy złota, krążą różne opowieści. Opowiadane z ust do ust, nabierają niewiarygodnych kształtów. We wspomnieniach Stephena spotykamy ludzi twardych i nieugiętych, którzy z ogromnym poświęceniem oswajają kanadyjską puszczę. Muszą się trzymać razem i wsłuchiwać się w jej szepty. Puszcza nęci obietnicami, poddaje próbie, wymierza sprawiedliwość. 

Równowaga w świecie, przedstawionym w powieści Zentnera, przyjmuje zaskakujące oblicze. Być może człowiek jest zdobywcą i poskromicielem dzikiej przyrody, musi się jednak cofnąć przed siłami natury. Być może przynosi ze sobą własne zwyczaje, własnego boga, ale gotów jest podążyć za złotym karibu. 

Dotyk jest pięknie opowiedzianą historią o miłości i przemijaniu. Można doszukiwać się w niej wątków fantastycznych, ale chciałabym wierzyć, że rzeczywistość taka właśnie jest - pełna magii. Tej rodem z wierzeń miejscowych Indian, jak i magii płynącej z ludzkich serc.



Podsumowanie: pułkownik*****
Oprawa graficzna: 10/10. Doskonale oddaje klimat krajobrazu z powieści

* Cytat pochodzi z omawianej powieści
Polska premiera: 23 września










Egzemplarz recenzencki:

piątek, 13 września 2013

KIEŁBASA I SZNUREK (2012) - JERZY BRALCZYK I MICHAŁ OGÓREK


Jest takie miejsce w Gdańsku, gdzie na bardzo krótkiej uliczce znajdują się trzy knajpy. Kiedy jest ładna pogoda, zbiera się tu tłum ludzi, a jak braknie miejsc przy stolikach i na stołkach, tłum wylewa się na chodniki, na ulicę. Rozmowom, żartom nie ma końca. Tu barman tłumaczy specyfikę warzenia dobrego piwa, tam młoda dziewczyna wspomina byłego faceta, obok przechodzi mężczyzna i słychać tylko strzępek rozmowy na bliżej nieokreślony temat. 

Lubię tam bywać.  Można sobie usiąść, posłuchać, zgubić wątek, na nowo go złapać, znudzić się, zmienić rozmówcę, podsłuchać kogoś obok. I tak w kółko. W końcu przychodzi godzina rozstań i ludzie rozchodzą się do domów. A następnego dnia jest znowu to samo. Tylko zupełnie inaczej.

Kiełbasa i Sznurek jest taką imprezą. Czytasz sobie jakbyś słuchał, popijasz winem, jest chill, trochę humoru, trochę filozofowania i gdybania, czasami padnie ważna uwaga, innym razem rozmówca popada w zupełnie nieistotną dygresję. Zresztą, jest to niby wywiad-rzeka Michała Ogórka z Jerzym Bralczykiem, ale po kilku stronach można zapomnieć, kto kogo wypytuje. 

Dziwna ta książka. Z jednej strony, ma rozdziały, a każdy z nich swoją myśl przewodnią. Z drugiej - możesz otworzyć na losowo wybranej stronie i po prostu sobie czytać. Nieznane są ścieżki, którymi podąża ta rozmowa. A może rozmowy, bo czasami są jakby odrobinę na siłę połączone w całość. 

Rozmowę dwóch panów uzupełniają rysunki Jacka Gawłowskiego. 

Ja to widzę tak. Przyszedł Bralczyk do Ogórka. Albo Ogórek do Bralczyka, w zależności, kto tego dnia miał po drodze monopolowy. I sobie rozmawiają. Tu coś powspominają, tam skrytykują. I tak jakoś leci strona za stroną.

Strona za stroną leci też przy lekturze - bez pośpiechu, do kawy, do snu. "(...) opowiadamy opowiadania, a nie opowiadamy zdarzeń" - mówi w pewnym momencie Bralczyk. Tym jest też ta książka - opowiadaniem. I choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że poruszone jest w nim wiele bardzo od siebie dalekich wątków, łączy je tło. Którym są... językowe rozważania. Żadna chyba niespodzianka, prawda? A rozważania te są błyskotliwe, warte uwagi.

Kiełbasa i Sznurek jest jedną z tych książek, obok których nie przechodzi się obojętnie. I albo rozbawi, albo zirytuje. Ja się bawiłam świetnie. 



Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: 10/10, doskonała!
Fragment książki można przeczytać << TU >>








Egzemplarz recenzencki:


środa, 11 września 2013

Publikacja BIBLIOCAMPu już dostępna online

W tym roku miałam przyjemność  być częścią ciekawej inicjatywy Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku - Bibliocamp. O projekcie pisałam w momencie, gdy ruszył, teraz z kolei zapraszam do lektury publikacji, która jest efektem współpracy osób, związanych z projektem. 

Wydanie zawiera jedenaście krótkich, ikonograficznych artykułów, poświęconych nowym mediom, blogowaniu, selfpublishingowi i różnym formom czytelnictwa. We wstępie, redaktor publikacji Sławomir Czarnecki zachęca: "Znajdziecie tutaj treści przydatne czytelnikom blogów, szczególnie tych poświęconych książkom, blogerom, wydawcom oraz każdemu miłośnikowi literatury i nowych mediów. Zastanawiamy się, na co zwracać uwagę w czasie poszukiwań godnych zaufania blogów, podpowiadamy wydawnictwom jak korzystac z potencjału nowych mediów i technologii". 

Mój artykuł zainteresuje początkujących blogerów. W prezentacji punktuję rzeczy ważne, ale często traktowane po macoszemu: kwestię anonimowości, potrzebę dyskusji z czytelnikami czy znalezienia odpowiedniego dla siebie kanału w mediach społecznościowych. Publikacja dostępna jest na licencji CC-BY-SA 3.0 Polska (creative commons - uznanie autorstwa - na tych samych warunkach ), za wyjątkiem zamieszczonych w niej fotografii. Dlatego można kopiować i rozpowszechniać teksty pod warunkiem podania informacji o autorze i wydawcy.


Publikacja w pliku PDF jest do pobrania TUTAJ. 
Wydawca : Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku 
Redakcja: Sławomir Czarnecki
Autorzy tekstów: Tomasz Nadolny, Aleksandra Kozłowska, Ana Matusevic, Artur Rogoś, Maciej Rynarzewski, Dagny Kurdwanowska, Marcin Niewęgłowski, Jarek Kowal, Piotr Siuda, Sławomir Czarnecki
Dofinansowane ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

niedziela, 8 września 2013

ZASADY WYWIERANIA WPŁYWU NA LUDZI. TEORIA I PRAKTYKA (2012) - ROBERT B. CIALDINI

wyd. HELION, Gliwice 2013

Od ostatnich kilku(nastu?) lat komiks przeżywa swój renesans. Jeszcze do niedawna mówiąc "czytam komiksy" narażaliśmy się w najlepszym wypadku na złośliwe uśmieszki. Bo czy dorosły, poważny człowiek czyta komiksy? Odpowiedź brzmi: tak. Na szczęście. 

Historie obrazkowe cieszą się popularnością nie tylko wśród dzieci. Coraz częściej zaliczyć je można do takich gatunków jak fantasy, historia, horror itd. Tym razem możemy przeczytać...eee...obejrzeć(?) jak wywrzeć wpływ na innych. Mniam! Cóż za kąsek! Temat co najmniej intrygujący... Zawsze chciałam, żeby inni tańczyli tak, jak im zagram i niczym Szczurołap chwytałam się różnych instrumentów. Najlepiej wychodzi mi jednak granie na nerwach i (co było do przewidzenia) moje wysiłki zawsze szły na marne. Jak było tym razem? Niestety podobnie. 

Nie twierdzę bynajmniej, że pozycja jest nieciekawa. Wręcz przeciwnie - temat przyciąga sam w sobie. Do tego ilustracje, pomimo,że pozbawione koloru intrygują i niejednokrotnie bawią nowoczesnym i na pozór lekkim potraktowaniem treści. Tak oto doszliśmy do przysłowiowego zdechłego psa, którego należy gdzieś pogrzebać. Przypuszczam, że zdechł z nudów - na pewno czytał komiksowe dialogi. Brzmią one tak, jakby były żywcem przepisane z książki/encyklopedii/poradnika (niepotrzebne skreślić). A przecież nie o to chodzi!

Komiksy charakteryzują się przede wszystkim tym, że  podają w przystępny sposób nie zawsze przystępną treść. Cała zabawa polega na tym, żeby lekko, łatwo i przyjemnie włożyć rycerzom, zwanym również czytelnikami lub w niektórych kręgach "zakutymi pałami", trochę wiedzy. Mojego pancerza Cialdini nie przebił. No dobra - rysownikowi się udało - hełm pękł.W tych zawodach to rysownik zgarnia wszystkie wieńce laurowe. Najbardziej po tyłku dostaje scenarzysta - gdybym chciała przeczytać książkę sięgnęłabym po książkę. A nie taki był mój zamiar - dlatego sięgnęłam po komiks.

Podsumowując: czegoś tam się dowiedziałam, ale niestety poziom ilustracji tak bardzo przewyższał poziom treści, że skutecznie odciągnął moją uwagę od lekko nudnawych, uniwersyteckich dialogów. Niemniej jednak doceniam zaangażowanie autora i zachęcam do lektury tych, którym temat nie jest zupełnie obcy - to rewelacyjne kompedium wiedzy w niezbyt pękatej pigułce. Ja wracam do komiksów Gaimana.



Podsumowanie: sierżant***
Oprawa graficzna: 9/10- trochę brakuje kolorków.









Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu




 

środa, 4 września 2013

LIFE HACKER. JAK ŻYĆ I PRACOWAĆ Z GŁOWĄ (2011) - ADAM PASH, GINA TRAPANI

Amerykanie potrafią zarobić na wszystkim. Nie mam nic do zmysłu przedsiębiorczości - jeżeli jest klient, to czemu mu nie sprzedać tego, czego szuka. Nawet, jeżeli jest to instalacja internetu w komputerze.

Na pewno pamiętacie zdjęcia takich ogłoszeń. Cwany "specjalista" przychodzi do klienta i robi skrót IE na pulpicie. Przy okazji kasuje 50zł za usługę. Śmiałam się też w kiosku, gdy wpadła mi w ręce książka o zakładaniu konta na facebooku. Serously, people?

Czytając Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową próbowałam sobie przypomnieć, dlaczego po nią sięgnęłam. Dużo pracuję. Za dużo. A 90% mojej pracy to praca przy komputerze. Przeczytałam wcześniej, że lifehacking robi w Stanach furorę. Brzmi obiecująco - dzięki poradom autorów czytelnik zautomatyzuje najczęściej wykonywane zadania, maksymalnie wykorzysta potencjał posiadanych programów, nauczy się wydajnie korzystać ze swojego smartfona, tym samym zaoszczędzi swój cenny czas. "Coś dnia mnie" - pomyślałam. 

Poradnik zaczynamy od umiejętności tworzenia kopii zapasowej swoich danych. Jak bardzo potrzebna jest to rzecz najlepiej wiedzą ci, co chociaż raz z powodu awarii komputera nie mogli odzyskać plików. Kolejny rozdział odpowiada na pytanie, jak mieć dostęp do swoich plików z dowolnego miejsca na świecie? OK, też ważna sprawa, choć przy sugestii posiadania przenośnej pamięci flash moje brwi niebezpiecznie powędrowały do góry. Dalej: jak optymalnie korzystać ze swojego smartfona? Do tego momentu podchodziłam do treści z wielkim zrozumieniem. Nawet w momencie, gdy autorzy rozwodzili się nad ładowaniem plików na Dropbox. Lecz gdy w rozdziale o smartfonach znalazlam rewelacyjne rady, JAK PISAĆ NA KLAWIATURZE moja powaga uciekła i zaprotestowała. 

Z ciekawości wyróbowałam kilka sztuczek. Np. stawianie kropki poprzez double-click spacji. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy się okazało, że kropkę w moim telefonie mam obok spacji i ten "skrót klawiszowy" nie działa. Ojej. A może chcesz przypomnieć sobie, gdzie byłeś i co jadłeś? Z pomocą przyjdzie aplikacja foursquare - temu, jak się zameldować w danej lokalizacji poświęcone zostały całe trzy strony.

Być może podchodzę do sprawy zbyt surowo. Niedawno sama szukałam informacji, jak się pracuje z paper.li i zadawałam głupie pytania. Tylko naprawdę nie rozumiem, że ktoś płaci pieniądz za radę "zgraj swoje pliki na dysk zewnętrzny". Albo "korzystaj w telefonie z podpowiedzi wyrazów". Albo "przeskanuj komputer w poszukiwaniu wirusów". I robi to dzisiaj, kiedy w różnych tematycznych serwisach, forach internetowych i blogach, możemy znaleźć mnóstwo dobrej, rzetelnej, przydatnej informacji? Za darmochę.

Lifehacker to nie jest książka zła. To jest nawet dobry poradnik, bo uświadamia ludziom, że warto robić kopie zapasowe, że fajnie jest poznać swój telefon i jego możliwości, że aplikacje to nie zło, tylko użyteczne narzędzia, że drogę ci wskaże Google Maps, że... Myślę, że największym błędem autorów jest umieszczenie rzeczy oczywistych w drukowanej publikacji. Może zamiast oznaczania stopniem trudności, "łatwe" rzeczy należałoby umieścić na swojej stronie www bezpłatnie? Bowiem czytając oczywistości coraz bardziej zniechęcałam się do książki i czułam się oszukana. I mało brakowało, żebym przeoczyła rzeczy naprawdę ciekawe i wartościowe. Np. o konfiguracji serwerów, o materiałach, dostępnych na otwartej licencji (choć w tym temacie też można znaleźć dobre i darmowe publikacje w sieci) czy kilka innych. Słabe jest też to, że Helion (który lubię i szanuję) wydał Lifehackera 2 lata po publikacji w Stanach. Sorry, ale od 2011 zmieniłam już dwa telefony, komputer w wielu sytuacjach zamieniam na tablet, a na rynku pojawiły się setki nowych aplikacji, programów, nawet parę wersji różnych systemów operacyjnych. To, co w 2011 roku mogło być rewolucyjne i niezwykle pomocne, dzisiaj nie zainteresuje nikogo.

Na koniec. Krytykuję czy chwalę? Zupełnie subiektywnie - krytykuję. Ale jeżeli komputer, internet i smartfony dla ciebie wciąż są terra incognita - myślę, że nauczysz się wiele. Szczególnie, że tłumacz odwalił kawał porządnej roboty i poradnik jest zilustrowany polskimi screenami. Do tego poradnika na pewno jeszcze zajrzę. Ale z 280 stron wartość ma może z 50.


Podsumowanie: Kapral**/Pułkownik*****
(pro/noob)
Oprawa graficzna: 7/10







Egzemplarz recenzyjny: