• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Jestem w fejsie zakochany. Rozmowa z autorem Lubieżnego Karła

To już czwarty tydzień istnienia Lubieżnego Karła na facebooku. Bardzo możliwe, że jest to pierwsza polska powieść, publikowana na fejsie. O tym oryginalnym pomyśle i motywach, jakie mogły przyświecać autorowi, rozmawiam z Sebastianem, twórcą Lubieżnego Karła. 

★★★

Ana Matusevic: Publikujesz powieść na fejsie. Na razie nie pytam, dlaczego wybrałeś ten, a nie inny sposób dotarcia do czytelnika, zacznę od początku. Masz już napisaną całą powieść?

Sebastian: No jasne, że tak. Inaczej bym nie odważył się na taką publikację. Mógłbym, na przykład, w trakcie stracić wenę i zawieść czytelników, którzy czekają na kolejny fragment. Lubieżny Karzeł napisany jest już w całości, ale… No właśnie, dzięki temu, że publikuję powieść na fejsie, mam ten komfort, że mogę przed publikacją każdego rozdziału coś zmienić. Mogę coś dodać, coś usunąć, poprawić. Wiesz, niestety należę do perfekcjonistów i nigdy nie jestem do końca zadowolony. Wiem, że zawsze może być lepiej. I faktycznie tak jest, każdego dnia wpada mi do głowy coś nowego. Coś mnie zainspiruje, wracam do domu i wiem, który fragment mogę odrobinę zmienić, aby był ciekawszy. Wtedy jestem zadowolony i publikuję. Powieść jest już napisana, ale treść ulega czasem zmianie. Czasem są to kosmetyczne poprawki, a czasem gdzieś dopisuję kilka zdań, dopasowuję Lubieżnego do czasu i miejsca.

AM: Sugerujesz się sugestiami czytelników wprowadzając zmiany? Bo na pewno takie padają.

S.:Konkretne sugestie zmian od czytelników jeszcze nie padają, zapewne dlatego, że to dopiero początek. Mam już swoich stałych czytelników i wszystkie komentarze są mega pozytywne, dostaję wiele niezwykle miłych prywatnych wiadomości. Nie ma w nich sugestii, a jedynie opinie i info, że jest fajnie i że mam pisać dalej, bo są ciekawi, jak to się rozwinie i co się jeszcze wydarzy. Nie było na profilu jeszcze żadnego hejtu, choć jestem pewien, że negatywnych opinii na temat tej publikacji nie brakuje. Nie było też żadnej uwagi, sugerującej, że coś powinienem zmienić lub o czymś napisać. Jedynie moi najbliżsi przyjaciele coś tam mi mówią, ale nimi się raczej nie sugeruję [śmieje się]. W końcu za dobrze się znamy!


AM: Próbowałeś ze swoją powieścią wydać się w wydawnictwie? Czy przypadkiem publikowanie powieści w internecie nie jest wynikiem tego, że nie potrafiłeś zainteresować wydawcę?

S.:Dość długo zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem to komuś pokazywać. Cały czas miałem wrażenie, że nie jest to tak dobre, jak bym tego chciał. Wspominałem ci zresztą o tym, że jestem perfekcjonistą i że ciągle bym coś poprawiał i poprawiał. Dlatego też najpierw czytali to głównie moi znajomi. I zaczęli mnie namawiać, abym to gdzieś wysłał, pokazał. Jest szerokie grono osób, które taki właśnie humor i ostry język lubi. Miałem sporo wątpliwości, ale chyba już do tego dorosłem i wysłałem z ciekawości fragmenty do kilku małych wydawnictw. Chcą współfinansowania wydania. Jedno odpowiedziało, że jest dobre, ale za bardzo zalatuje Witkowskim. Inne, że mają już plany wydawnicze na najbliższe 2 lata, więc w tym czasie nie ma szans. Całość wysłałem do dwóch wydawnictw, które najbardziej mnie interesują, ale tylko drogą mailową, więc nawet nie wiem, czy dotarło i czy ktoś to w ogóle zauważył. Wiem też, że wielu debiutantów wydaje teraz na własny koszt, bo innej możliwości nie ma, na szczęście jest mnóstwo wydawnictw, które to oferują. Dlatego, jeżeli żadne wydawnictwo nie będzie chciało Lubieżnego wydać, kiedy już zacznę szukać na poważnie, zrobię to sam. Uważam, że trzeba spełniać swoje marzenia i pokonywać wszystkie trudności.

Poza tym, najbardziej znani blogerzy też kiedyś byli zupełnie nieznani, a spróbowali, więc czemu ja miałbym nie zaryzykować. Internet to dobre miejsce na weryfikację i sprawdzenie, co na temat twojej twórczości sądzą czytelnicy, którzy są najważniejszymi krytykami.

AM: A teraz najważniejsze. Kasa. Publikując na fejsie pozbawiasz siebie zarobku ze sprzedaży książki... Zaobserwowałam dwa podejścia pisarzy do bezpłatnych publikacji. Jedni uważają, że jest to dobry sposób na wypromowanie swojego nazwiska, inni z kolei zarzucają "psucie rynku". Bo czytelnik wybierze darmówkę, zamiast kupić książkę. Jak ty to widzisz?

S.:Wiedziałem, że padnie to trudne pytanie. Jestem ogromnym miłośnikiem literatury i uwielbiam kupować tradycyjne książki. Dlatego jednym z moich marzeń jest wydanie Lubieżnego Karła w wersji papierowej, żeby czytelnik mógł wziąć do ręki, powąchać, postawić na półce. I będę chciał tego dokonać. Mam pewien fajny pomysł, którego nie zdradzę. Chcę być pierwszym, który to zrobi. Dlatego, jeśli znajdzie się wydawnictwo, które będzie chciało to wydać - super. Może nawet już powinienem zacząć szukać? Zwłaszcza, że w komentarzach i wiadomościach czytelnicy mówią wprost, że powinienem i pytają, kiedy będzie książka. Mam kilka asów w rękawie, więc publikacja książkowa (o ile się pojawi) nie będzie dokładną kopią tego, co jest na fejsie.

Co do „psucia rynku”. Wydaje mi się, że moi czytelnicy są bardziej związani ze mną, niż z autorem, który nie rozmawia z nimi codziennie na fejsie. Mogą mnie trochę poznać, rozmawiają ze mną, jestem dla nich dostępny. Myślę więc, że chcieliby mieć tę pozycję na swojej półce. Ja bym chciał i na pewno już w dniu premiery poszedłbym do księgarni. Nie psuję rynku, po prostu wychodzę do nich i się z nimi zaprzyjaźniam. Tego też wymagają od nas współczesne czasy, teraz nie czytelnik szuka literatury, tylko literatura musi szukać swojego odbiorcy. Dlatego zdecydowałem na ten, a nie inny sposób. I cieszę się, bo minęło dopiero kilka tygodni tygodni, a to co się dzieje, dało mi dużo radości. Pewnie, że chciałbym zarobić, nie ma co się oszukiwać, bo to w końcu moja ciężka praca. Ale nawet jeśli mi się nie uda teraz, zrobię to przy drugiej powieści, która powolutku się rodzi. Poza tym mam fajną pracę, więc nie czuję spiny.

AM: Czyli najpierw dajesz sie poznać z bardziej prywatnej strony, jako człowiek, osoba stojąca za powieścią, a potem zaoferujesz czytelnikom swoją twórczość. Zupełna odwrotność, niż czytelnik jest przyzwyczajony.

S.:Publikuję swoją powieść na fejsie i jednocześnie daję się odrobinę poznać. Ale, oczywiście, stopniowo. Robię to bardziej przez demoty, które wrzucam, przez dowcipy, język, jakim się posługuję na co dzień - to może nieco zdradzać mój charakter, osobowość, moje poczucie humoru. Bez żadnych większych szczegółów właściwie. Funkcjonuję na fejsie jako Lubieżny Karzeł, bez prawdziwego imienia i nazwiska. Nie podaję zawodu, miejsca zamieszkania czy temu podobnych rzeczy. Czytelnicy nawet nie wiedzą jak wyglądam. I chciałbym, żeby na razie tak zostało, żeby sami mnie poznawali poprzez własną interpretację i wyobrażenie.

Na co dzień jestem zwyczajnym facetem, jak każdy inny, tylko może odrobinę bardziej szalony i nieprzewidywalny [śmieje się]. Jak każdy pracuję, bo przecież za coś żyć trzeba, lubię się bawić, lubię ludzi, lubię wielkie miasta. Sporo można o mnie wyczytać z Lubieżnego, ale oczywiście należy to potraktować z dystansem i przymrużeniem oka, wszak nawet autobiografia jest fikcją literacką. Na jednym z profili na facebooku pojawił się komentarz, że „koleś fajnie pisze i jest zabawny, ale trzeba być nieźle walniętym w cymbał, żeby opisywać swój pierwszy raz”. I cóż ja mogę wtedy powiedzieć?

AM: Lubieżny Karzeł - sam tytuł sugeruje, że będzie pikantnie, odważnie. Dużo ciebie znajdziemy w głównym bohaterze?

S.:Lubieżnych karłów jest dwóch. Jeden pojawił się epizodycznie, drugi to Marcel, główny bohater. Właściwie to Marcel przywłaszczył sobie miano Lubieżnego Karła, bo świetnie do niego pasuje. A czy pasuje do mnie? Nie wiem. Nie da się jednak ukryć, że faktycznie mnie jest w nim całkiem sporo. Na przykład, naprawdę nie lubię wsi i boję się starości. Ale też bez przesady, to w końcu kreacja.

AM: Ostatnie pytanie. Dlaczego akurat na fejsie? Na blogu czytanie byłoby łatwiejsze.

S.:Może odpowiedź wyda się dziwna, ale po prostu jestem w fejsie zakochany. Nie jestem w stanie określić, ile godzin dziennie na nim spędzam. Zwłaszcza, że jest to związane z moją pracą. Niektórzy się śmieją, że płacą mi za siedzenie na facebooku. Poza tym widzę, że większość znanych blogów przeszło na Facebooka, teraz każdy ma swój profil. Są i takie, które mają kilkanaście tysięcy fanów, a na blogu raptem 300 czytelników. Czytanie powieści na fejsie może być trudne, wiem, że sporo ludzi może się na wejściu poddać, dlatego co jakiś czas zbieram całość „do kupy” i publikuję ponownie. Poza tym staram się pisać tak, żeby każdy rozdział był jedną historią. Tym sposobem można je czytać  w oderwaniu od całości, ale dopiero czytane po kolei tworzą pełnię treści. Zresztą, bardziej w tym przypadku chodziło mi o zabawę językiem i dowcip słowny niż o skomplikowaną historię. No i jak sama zauważyłaś, chyba wszystko robię na odwrót, więc może bloga założę potem.

Dzięki za rozmowę. Życzę wielu lubieżnych czytelników!

P.S. Po zapowiedzi wywiadu na fanpage'u Lubieżnego wywiązała się dyskusja - czy autor powinien się ujawnić? "Część czytaczy może uznać iż bardziej wyobraźnię pobudza brak zdjęcia" - napisał jeden z fanów. Zdjęcie portretowe na prośbę autora zostało zastąpione takim, które nie ukazuje całej twarzy pisarza.

Lubieżnego Karła można czytać >> TUTAJ <<

czwartek, 22 sierpnia 2013

PANIKA (2012) - GRAHAM MASTERTON

wyd. Rebis, Poznań 2013
 Polska - jaka jest, każdy widzi. "To widać, słychać i czuć", jak to śpiewają gwiazdy karaoke. Rozpisywać się nie będę, bo zanim skończę podetnę sobie żyły. Fakt, że w codziennych wiadomościach oglądamy bohaterów Disney'a mówi sam za siebie. Masterton stwierdził jednak, że w kraju jego żony za mało jest grozy dnia codziennego i postanowił dorzucić coś od siebie.

Masterton to zagadka, której nie potrafię rozwikłać. Przygodę zaczęłam w liceum, kiedy w moje ręce trafił "Rytuał", który wbił mnie w ziemię. Następnie dorwałam "Manitou" i... nie przebrnęłam do końca. Potem było długie, długie nic, po którym nastąpił okres opowiadań. No i wreszcie - "Panika". Wnioski? Masterton powinien przerzucić się wyłącznie na opowiadania. Stanowiliby z Kingiem niezły duet - król powieści i mistrz krótkiej formy. Nie wierzycie? Przeczytajcie opowiadanie "Erik Pasztet".

"Panika" zaintrygowała mnie polskim wątkiem. Nie ukrywam, że chciałam troszeczkę podkarmić nim moją złośliwość - bo co o Polsce może wiedzieć gryzipiórek z kraju, gdzie wszyscy piją herbatę z (sic!) mlekiem? Ze smutkiem stwierdzam, że całkiem nieźle sobie poradził. ;-) Widać, że napisał to obcokrajowiec dla obcokrajowców, jednak nie mam się tu do czego przyczepić - wszystko było zgodne z prawdą i dość zgrabnie wplecione w całość.

Na szczęście nie musiałam głęboko grzebać, żeby znaleźć coś, na co mogłabym ponarzekać. Swoją drogą, ta cecha Polaków została taktownie przemilczana... Co było drzazgą pod paznokciem? Autentyczność. Masterton traci dar przekonywania po jakichś 50 stronach, w najlepszych przypadkach po 52. Dlatego uważam, że powinien pisać opowiadania - wartka akcja, szybka masakra i zeskrobywanie wnętrzności z chodnika na koniec. Siusiu, paciorek i spać - bez zbędnej gadaniny.  Chcecie konkretów? Oto one: trudniej było przekonać ludzi o istnieniu ogromnego rekina ludojada w "Szczękach" niż w duchy lasu z "Paniki". Dialogi przypominały trochę te z "Morderczych ryjówek"*: - Co to było? - Zmutowane ryjówki. - Czemu wcześniej mi nie powiedziałaś?!

Drugą dość irytującą rzeczą była eko-paplanina, szczególnie nasilona pod koniec. Przypominało mi to trochę przedstawienia w podstawówce, gdzie kolega pomalowany na zielono, ubrany w spódniczkę z liści kasztanowca grał Eko Ludka i mówił, że nie wolno śmiecić w lesie.


Mimo wszystko "Panikę" da się czytać. To idealna pozycja na wakacje lub do tramwaju. Jeśli macie jakiegoś znajomego, który lubi horrory można mu ją nawet pożyczyć, ale nie obiecujmy zbyt wiele. Gdyby "Panika" była opowiadaniem, byłaby rewelacyjna. Jako powieść jest jedynie dobra, zbliżająca się niebezpiecznie do czerwonej krechy oznaczającej granicę z "mierna".



Podsumowanie: Sierżant***
Oprawa graficzna: 4/10 - ładne kolory, przyjemna w dotyku, 
jednak nieco infantylna okładka
 
*Kultowy film kasy B - polecam!


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję 
Domowi Wydawniczemu Rebis


wtorek, 20 sierpnia 2013

EDYNBURG: śladami J. K. Rowling

Edynburg - miasto, do którego płyną pielgrzymki fanów Harry'ego Pottera. Wystarczy jeden dzień i spacer po starym mieście, żeby odwiedzić dwa intrygujące miejsca nierozerwalnie już związane z J.K. Rowling i historią młodego czarodzieja. Dziś opowiem wam, skąd się wziął Voldemort i co się dzieje, gdy fan Harry'ego idzie do toalety.

Edynburg robi wrażenie. Szczególnie wśród przybyszy, którzy po raz pierwszy postawili stopę na szkockiej ziemi. Po wyjściu z głównego dworca kolejowego usłyszysz muzykę dud, która odtąd będzie ci towarzyszyć niemal nieprzerwanie. 

J.K. Rowling wcale nie urodziła się w Edynburgu. Być może dlatego tak bardzo podziałał na nią urok miasta. Zamczysko na skale, górujące nad miastem, wiekowy cmentarz, uważany za najbardziej nawiedzony w Europie, a wystarczy wyjechać w głąb Szkocji, żeby nie chcieć już stamtąd wracać.

W drodze do Hogwartu? fot. singletrackworld.com

Wróćmy jednak do Edynburga. Legenda głosi, że J.K. Rowling zaczęła pisać Pottera w niezbyt dobrym momencie swojego życia. Żeby skupić myśli, chodziła na długie spacery, przesiadywała w kawiarniach, gdzie pisała brudnopis książki, która potem przyniosła jej miliony i sławę. Jednym z lokali, który chwali się jako miejsce urodzenia Harry'ego jest The Elephant House. 

Pod adresem 21 George IV Bridge zawsze jest tłoczno. Kolejki (głównie turystów) ustawiają się od godzin śniadaniowych, co chwilę ktoś robi sobie i innym zdjęcie. J.K. Rowling nie zaprzecza opowieściom o tym, że to tu, z widokiem na stary cmentarz i zamek, wymyśliła część przygód Pottera. Mogłabym cynicznie stwierdzić, że biznes się kręci i kasa się zgadza, ale mnie także urzeka atmosfera Edynburga, więc postanawiam sprawdzić.

"Birthplace of Harry Potter" - głosi napis na witrynie kawiarni. Dalej wcale nie jest skromniej - zdjęcia i obrazy, przedstawiające siedzącą przy jednym ze stolików J.K. Rowling nie pozostawiają złudzeń - to naprawdę musi być tu. Jeżeli wierzyć  poniższemu malunkowi, siedzę dokładnie w tym samym miejscu, co znana pisarka. 


Myślę, że przed potteromanią było to znacznie spokojniejsze miejsce, ponieważ w takim hałasie, który panuje tu teraz, nie można byłoby napisać nawet kilku sensownie brzmiących zdań. Czas na kawę. Ale zanim przejdę do delektowania się zapachem wielkiej literatury (ok, może to zabrzmiało zbyt cynicznie, sorry), zamawiam też szkocki specjał - pieczone ziemniaki. Człowieku, tak dużego ziemniaka to ja w życiu nie widziałam! 

Kontynuując kulinarną dygresję nadmienię, że za specjał szkockiej kuchni uważa się haggis. Przyrzadzany jest z owczych wnętrzności (wątroba, serce, płuca), wymieszanych z mąką, cebulą, przyprawami, i duszonych w zaszytym owczym żołądku. To też nie omieszkałam spróbować, nota bene, w jednym z najstarszych pubów Edynburga (chwalą się datą założenia biznesu w 1516 roku). Zjadłam. Żyję.

Innym specjałem, bardziej życzliwym dla oka i świadomości, są pieczone w mundurkach ziemniaki, podawane z różnymi dodatkami. Zapiekane z serem, z szynką, z łososiem etc. Taki ziemniak jest wielkości dwóch moich pięści i jest naprawdę sycący. Nasze wyglądały tak:



I były naprawdę dobre. W osławionym Elephant House długo siedzieć się nie da. Turyści napierają, hałas wzmaga z każdą godziną, pora więc w drogę. Zanim jednak do tego dojdzie, odwiedzam toaletę. Normalnie nie byłoby to warte wspomnienia na blogu, jednak to, co tam zobaczyłam, zamurowało mnie! Tak wygląda prawdziwa Komnata Tajemnic.








Wpisy potteromaniaków z całego świata, z wyznaniami i życzeniami, wszędzie, zaczynając od luster, kończąc na drzwiach i spłuczce.  Czuję, że muszę wyjść.

Tak też robię i droga moja prowadzi na tajemniczy Greyfriars Kirkyard. Powiadają, że tutaj straszy, że cmentarz jest nawiedzony przez złośliwego poltergeista. Jest też piękna historia, związana z tym miejscem - Greyfriars Bobby. Bobby był psem, a raczej niewielkim pieskiem. I po śmierci swojego właściciela, warował przy jego grobie przez 14 lat. Po tym, jak odszedł, został pochowany przy wejściu na cmentarz, a jego historię opowiadają do dziś. Doczekał się nawet pomnika - zobaczysz go po drodze z The Elephant House na moście Jerzego IV.

Fascynują mnie stare cmenatarze, z rodzinnymi grobowcami i stuletnimi nagrobkami. Ale wielu na Greyfriars przychodzi w poszukiwaniu jednego, konkretnego nagrobku - Thomasa Riddell Esq. Znajomo brzmi? Jeżeli czytałeś Pottera - na pewno. I znowuż, legenda głosi, że J.K. Rowling nieraz przechadzała się alejkami cmentarza w poszukiwaniu natchnienia. Szukając imienia dla okrytego złą sławą Voldemorta, znalazła je tutaj.



Z kamienia nagrobnego panów Riddell, bo Thomasów było dwóch - ojciec i syn, można wyczytać, że jeden zmarł w 1806 roku w wieku lat 72 w Edynburgu, natomiast junior zginął w Indiach w 1802 roku. Był wojskowym, kapitanem. Jaka historia kryje się za tymi datami, trudno powiedzieć. Nie wiem też, czy żyją jacyś potomkowie Riddellów. Ale nikt z nich na pewno się nie spodziewał, że ten grób (a dokładniej - kamień nagrobny) stanie się tak licznie odwiedzanym miejscem .

Znajduję to, czego szukałam. Niebo się zachmurza, nadchodzi ulewa. Klątwa Voldemorta?



niedziela, 18 sierpnia 2013

LATARNIK (2010) - KAROL KŁOS


Karol Kłos to człowiek o wielu pasjach. Na co dzień - latarnik, po godzinach fotograf i pisarz. Czy zbieżność zajęć i zainteresowań z głównym bohaterem "Latarnika" jest przypadkowa? I jeżeli nie, to czemu można wierzyć, a co jest czystą fikcją?

Na to pytanie w "Latarniku" nie ma odpowiedzi. Czytelnik sam, kierując się czy to intuicją, czy wyobraźnią, zdecyduje, co może być prawdą. Zresztą, nic na siłę. Można po prostu oddać się zabawnej lekturze i powędrować nad polskie morze, do Jastarni, do Trójmiasta. 

Powieść Karola Kłosa jest utrzymana w formie dziennika. I tak, jak w większości dzienników, bohater powieści opisuje w nim swoją codzienność. Sąsiedzi, życie rodzinne, bezrobocie znajomych, perypetie z lokalną władzą, turystami (wszak latarnia morska jest obiektem turystycznym)... "Nic śmiesznego" można by pomyśleć. Jednak autor stworzył bohatera, który ujmuje czytelnika sprzecznościami, rządzącymi jego życiem. 

Na kartach powieści z lekkim rozbawieniem, a czasami irytacją, obserwujemy przygody trochę nieporadnego, zadziwiająco odważnego, oddanego swojej pracy obywatela. Bo do rangi "przygody" urasta nawet wizyta w urzędzie. Z dziennika latarnika wieje również lekką nostalgią. Bo kiedyś telewizor oglądało się u sąsiadów, do tego znało się wszystkich mieszkańców swojej ulicy, a teraz?

Pomimo zmian w stosunkach międzyludzkich, rzeczywistość polityczno-społeczna pozostaje siermiężna. "Latarnik" Kłosa to lekko przyblakłe kolory fotografii z lat osiemdziesiątych. To taki trochę mniej zgorzkniały Adaś Miauczyński. To także zagadki, które być może pomoże czytelnikowi rozwikłać "Latarniczka", kolejna książka Karola Kłosa. Zadziwiające, ponieważ po przeczytaniu 250 stron dziennika okazuje się, że jego autora wcale nie udało się poznać za dobrze. 

Łatwo natomiast można poznać miejsca, opisywane przez latarnika. Jastarnia, gdzie znajduje się miejsce pracy głównego bohatera, Jurata i letnia rezydencja prezydenta, Hel, Kaszuby, Trójmiasto... Miejsca, które tętnią życiem w sezonie, natomiast jesienią i zimą stawiają czoła sztormom i zimnym morskim falom. Jeżeli cię tu jeszcze nie było, to na co czekasz?

piątek, 16 sierpnia 2013

SKANDALIŚCI W KORONACH (2013) - ANDRZEJ ZIELIŃSKI

wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013

Historia. To jedno słowo już niejednego wyleczyło z bezsenności. Na żadnej innej lekcji nie grało się tak w statki... Lista dat i dziwnych nazwisk jest dłuższa niż moje listy do świętego Mikołaja. Powiem wprost: nie jest to moja dziedzina, choć do ostatnich matołów też nie należę, pomimo, że zdarzało się zostawać w kozie za zbyt głośne zatapianie okrętów przeciwnika. Powiem więcej, są nawet takie elementy historii, na których udało się podnieść głowę znad kartki i odłożyć rozgrywkę na później. Jakie? Skandale! Krew, rozboje, gwałty i mroczne tajemnice.

To, co niczym hipnotyzer z "Klątwy Skorpiona" sprawia, że moje powieki stają się ciężkie, jest nadęcie. Nie lubię nadętych ludzi i ich nadętego języka. Niestety zwykle podręczniki do historii właśnie takie były - jednym slowem: nuuuuda. Zapisanie się do klasy filologiczno-historycznej grozi narkolepsją! Jednak niedawno zobaczyłam światełko w tunelu. 

W radiowej Czwórce usłyszałam audycję, kórej bohaterem był Andrzej Zieliński, promujący swoją najnowszą książkę - "Skandaliści w koronach". Opowiadał o niej po mojemu, czyli łopaologicznie, bez wziosłych słów i niezrozumiałych nikomu terminów. Bardzo mnie zainteresowała pozycja, o kórej mówił. Do tego stopnia, że postanowiłam po nią sięgnąć. Było to nie lada wyczynem, bo naprawdę nie narzekam na brak książek na półce, czekających cierpliwie na swoją kolej. Tym razem przeczucie mnie nie zawiodło.

Czy wiecie, czemu tak naprawdę wygasła dynastia Jagiellonów? Który z polskich władców miał sześć palców u nóg, a który był transwestytą? Co groziło łamaczowi niewieścich serc (i pękacielowi...ekhem... ich baloników)? Jak zachowywały się Niebiosa, kiedy na kogoś rzucano klątwę? Nie wiecie? A ja wiem! ;-)

"Skandaliści w koronach" to zbiór ciekawostek, nieznanych faktów oraz postaci, które miały na zawsze zostać wymazane z ludzkiej pamięci. Jak widać bezskutecznie. I bardzo dobrze, bo bez tego nie powstałaby ta książka. Napisane ludzkim językiem, ułożone chronologicznie opowieści (prawie) z krypty, podzielone zostały na całkiem rozsądnej długości rozdziały, co znacznie usprawnia czytanie. Nie ukrywam, nie każdy z nich przypadł mi do gustu, choć pewnie zapaleńcy historyczni oraz osoby z szerszą wiedzą niż moja (ale za to jestem mistrzem w statki!) nie będą się nudzić ani przez moment.




Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: 3/10 przypomina znienawidzone podręczniki







Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu


środa, 14 sierpnia 2013

Nowy partner akcji "Zabierz książkę #NaKawe"

wero_szka pochwaliła się kawą z Cynamonu na instagramie :)

Instaakcja #NaKawe nabiera tempa. Co chwilę ktoś z was dodaje na instagramie nowe zdjęcie z ulubioną bądź aktualną lekturą, a w tle... Cóż, kawa staje się powoli skrótem myślowym. Zabieracie swoje książki również na coś mocniejszego i zdarza się, że taka randka kończy się śniadaniem. Mamy dla ciebie dobrą wiadomość. Akcja ma nowego partnera, Instadruk, z którym przygotowaliśmy nowe niespodzianki.

Zanim jednak przejdę do rzeczy, pragnę podziękować Restauracji Cynamon z Gdyni, która pierwsza z tak wielkim entuzjazmem podeszła do naszego pomysłu i uczestników akcji zaprosiła w lipcu do siebie na kawę. 



Lato chyli się ku końcowi, czasu na lektury będzie coraz więcej (choć nigdy zbyt wiele, prawda?), więc liczymy na wasze bookporny. A te najbardziej kreatywne i lubiane na instagramie nagrodzimy prezentem od Instadruk: memoprintami dowolnie wybranych zdjęć z instagramu oraz kuponami rabatowymi.

Memoprinty to wydruki wybranych przez ciebie zdjęć z instagramu. Dodatkowo możesz dodać datę, miejsce, cytat... Świetnie się sprawdzą w roli zakładek do książki!

Zasady udziału w akcji pozostają bez zmian, ale na wszelki wypadek przypominam, o co chodzi. 

1. Zrób zdjęcie książki ze swoją ulubioną kawą, dodaj na Instagram i oznacz tagiem #NaKawe
2. Zdjęcia mogą być wykonane w dowolnym miejscu: w kawiarni, ogródku, w domu, na ławce...
3. Celem akcji jest promocja czytelnictwa. Śledź nasz misyjny instagram, weź udział i podaj dalej!


Prezenty od Instadruk otrzyma:

  • Memoprinty - zdjęcie miesiąca, czyli najbardziej kreatywny instagram (wyboru dokona komisja w składzie agentki i ekipa Instadruku);
  • rabat 50% na ofertę partnera akcji - 3 zdjęcia z największą ilością serduszek na instagramie;
  • nagrodzonych planujemy ogłosić 20 września, 20 października i 20 listopada.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

UNIWERSUM METRO 2033: PITER (2010) - SZYMUN WROCZEK

Dmitrij Głuchowski otworzył puszkę Pandory. Stworzył mroczny i duszny postapokaliptyczny świat, a potem wpuścił do niego innych pisarzy. Metro 2033 Głuchowskiego połknęłam w jeden dzień podróży z Białorusi - czytać zaczęłam jeszcze w mińskim  (nomen omen) metrze, skończyłam w pociągu z widokiem na polskie lato za oknem i zatęskniłam.

Świat Metro 2033 budzi grozę i pociąga jednocześnie. Dlatego po powrocie postanowiłam sięgnąć po więcej, a najlepsze recenzje wśród książek z całej serii (poza pierwowzorem, ofkors) miał Piter.


Insignis Media, 2011

Tak mówią w Rosji na Petersburg. Peterburskie metro nie jest aż tak rozbudowane, poza tym, zbudowane na podmokłych terenach grozi zatopieniem i zawaleniem. Jednak podobnie jak w Moskwie, o metrze krążą różne legendy. Podobnie jak w Moskwie, w dniu Katastrofy ludzie schronili się na stacjach metro i już więcej nie dane było im wyjść na powierzchnię ziemi. 

Wyjątek stanowią diggerzy, w innych książkach zwani stalkerami. Rewolwerowcy dzikiego podziemnego świata, kierujący się swoim kodeksem. Zahartowani w walce o każdy krok na powierzchni. Jak mawia główny bohater, Wania: diggerzy zawsze są jedną nogą po drugiej stronie życia. 

Powieść Wroczka jest bardzo nierówna. Akcja toczy się wartko, jednak wiele wątków zostało potraktowane po macoszemu. Niektóre postaci i miejsca pojawiają się i nagle znikają nie odgrywając większej roli. Miałoby to swoje uzasadnienie, gdyby Wroczek planował kontynuację Pitera. A może planuje?

Świat widziany oczami autora jest równie niebezpieczny i niepokojący, co Metro 2033 Głuchowskiego. Obok zmutowanych stworów i roślin, pojawiają się też istoty jakby paranormalne, przekraczające rozumne pojmowanie człowieka. Są tu też swoje tajemnice i intrygi. Sama fabuła w wielu miejscach wydaje się być trochę infantylna. Ale znowuż - podobnie jak u Głuchowskiego - fabuła jest tylko pretekstem do zarysowania spraw wyższej wagi.

Niezależnie od zaawansowania postępu technologicznego, człowiek człowiekowi pozostaje wilkiem. Władza zawsze budzi największe emocje, a więzy krwi są najsilniejsze. Pytaniem otwartym pozostaje to, czy człowiek jest ewolucyjnie doskonałą istotą i może  przetrwać  Katastrofę? Czy jednak są to ostatnie podrygi, a na jego miejsce przyjdą istoty nowe, zrodzone z ciała i promieniowania nuklearnego? Do kogo należy świat, gdy człowiek jak ślepy kret kryje się w podziemiach?

Podsumowując. Warto dotrwać do końca, choć miejscami może być trudno. Ostatnie kilkadziesiąt stron zmusza do myślenia i głęboko zapada w pamięć. Warto też sięgnąć po oryginał, jak ktoś potrafi czytać po rosyjsku - autor prezentuje cały wachlarz fajnych powiedzonek i anegdot. 



Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: 9/10 bardzo mi się podoba spójna oprawa całej serii!







piątek, 9 sierpnia 2013

DZIŚ WIECZOREM NIE SCHODŹMY NA PSY. AFRYKAŃSKIE DZIECIŃSTWO (2001) - ALEXANDRA FULLER



wyd. Czarne, Wołowiec 2013



Rozgrzana ziemia, gorące słońce unoszące się wysoko ponad horyzontem, niezmordowanie  przemierzające nieboskłon. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, nad czerwonym piaskiem unosi się delikatna, różowawa mgiełka kurzu, wzbijanego raz za razem przez większe lub mniejsze zwierzęta. Jeśli mamy szczęście, zobaczymy nieparzystokopytne, skubiące mięsiste liście afrykańskich krzewów. 

Jeśli mamy jeszcze trochę sił, dotrzemy niebawem do domu, oddalonego od sąsiadów o dobrych kilka kilometrów. Przed wejściem siedzi, wywaliwszy jęzor niczym w szerokim uśmiechu, pies. Dwa psy. Trzy psy. Dużo psów. Nieopodal stoi zagroda, a w niej krowy i konie. Patrzą na nas spod gęstej firany rzęs swoimi wielkimi, szklistymi oczami i mielą leniwie jakieś roślinki, które udało  im się wyskubać chciwej ziemi. Pomiędzy domem a zagrodą siedzi dziewczynka. Chwilę przygląda się przybyszom, lecz zaraz wraca do zabawy, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Ma brudne stopy, a jej strój jest mieszanką afrykańskiego i europejskiego stylu. Idealnie wpasowuje się w krajobraz, stając się jego integralną częścią. Biała Afrykanka.

Na ganku pojawia się kobieta z wysuszoną od długiego przebywania na słońcu skórą i nierówno obciętymi włosami. Zaprasza nas do środka na herbatę. Wypijamy jej hektolitry, a kiedy się ochładza znajduje się też i coś mocniejszego. Zostajemy na dłużej i słuchamy ich opowieści. Afryka nie lubi konkurencji. To monarcha rządzący twardą ręką, żądający pełnego posłuszeństwa. Nie wolno sprzeciwiać się również duchom, zamieszkującym ten zaborczy kontynent. Albo siedzisz cicho, albo wracaj skąd przyjechałeś. Afryka to trudna kochanka - nie toleruje konkurencji, nie toleruje egoizmu, chciwości i braku empatii. Jeśli przekroczymy linię stracimy wszystko, by znów zacząć od nowa.

Życie w Afryce "to nie jebajka." Tu trzeba być twardym i pracowitym. Nie ma miejsca na łzy i zbędne uśmiechy.  Wóz albo przewóz. Tracisz wiele, jednak Afryka potrafi być hojna. Ci, którzy respektują prawa, otrzymują przywileje. Świeże mleko prosto z krowiego cyca. Karkołomne przejażdżki konne lub samochodowe w poprzek czerwonej ziemi - bez zakazów i przepisów. Orzeźwiające kąpiele w stawach o kolorze karmelu. Własna sowa. Herbata i papieros, trzymany w afrykański sposób: pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Najlepiej smakuje, palony w kucki. Jak tu się nie zakochać?




Podsumowanie: Generał******
Oprawa graficzna: 10/10 Pokochałam od pierwszego wejrzenia.


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu



czwartek, 8 sierpnia 2013

EDYNBURG: miasto, które żyje literaturą

Tylko tu spotkasz Harry'ego Pottera. Odwiedzisz grób Voldemorta, pogłaszczesz małego Bobby i, jeżeli masz wystarczająco bujną wyobraźnię, zobaczysz przechadzającego się krętymi uliczkami Doktora Jekylla. A jeżeli wyobraźnia zawiedzie, paliwo dla niej znajdziesz w jednej z dziesiątek księgarni i książkowych antykwariatów. 

Witaj w Edynburgu, światowej stolicy literatury!

O miejscu narodzin najsłynniejszego młodocianego czarodzieja opowiem następnym razem. Dziś chciałabym pokazać to, czym żyje Edynburg. 


  
W 2004 roku Edynburg został pierwszą Europejską Stolicą Literatury. Gdyby to zależało ode mnie, byłby nią co roku. Na starym mieście praktycznie nie ma ulicy, przy której nie znajdowałby się jakiś punkt związany z jednym z licznych pisarzy i poetów, którzy tworzyli w tym mieście, lub bohaterami ich książek. 

To tu został wydany pierwszy tom kultowej Encyklopedii Britannica. Dziś w Edynburgu działa około 80 domów wydawniczych. Tak, osiemdziesiąt. W jednym mieście. 

Nie powinna więc dziwić liczba księgarni. Ale stare miasto okupowały głównie księgarnie-antykwariaty. Jedne się specjalizują w określonej tematyce, inne stawiają na ciekawy element wystroju, jeszcze inne po prostu są. Książki z drugiej ręki w ogóle są tu dość popularne. Zapraszam na krótki fotospacer po księgarnianym Edynburgu.

Antykwariat pod chmurką

Jedna z najbardziej znanych i polecanych księgarni 
Literacki zakątek. Stąd rusza wycieczka po literackim Edynburgu

Oko, które czyta

Antykwariaty...

...antykwariaty...

...wszędzie antykwariaty!

A tak wygląda Biblioteka Narodowa Szkocji. Miejsce niezwykłe z kilku powodów. Przede wszystkim, jest to centrum ogromnej ilości literackich wydarzeń: wystaw, spotkań, warsztatów etc. Po drugie - w pobliżu znajduje się kilka znanych literackich miejsc. 

Główny budynek Biblioteki Narodowej Szkocji. Zdjęcie bierze udział w konkursie, szczegóły TUTAJ.

Biblioteka Narodowa Szkocji przechowuje ok. 7 mln książek, 14 mln drukowanych przedmiotów i 2 mln map. To tu znajduje się m.in. Biblia Gutenberga, listy Darwina, duża kolekcja dzieł Johna Murray'a. 

W Edynburgu spędziłam prawie tydzień i codziennie starałam się odwiedzić chociaż jedno literackie miejsce. Wierzcie mi, przeciętny turysta nie ma szans zobaczyć wszystkiego, co jest warte uwagi... Edynburg to ogrom atrakcji, miejsc i ciekawostek. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jeszcze tu wrócić i kontynuować przerwaną literacką podróż.

W kilku kolejnych notkach postaram się przybliżyć kilka ciekawych miejsc i podpowiedzieć, co warto odwiedzić przeciętnemu molowi książkowemu ;)

Zdjęcia mojego autorstwa, kopiowanie jedynie za zgodą Misji. 

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Metro 2033. Hipnotyzujący zew tuneli

wyd. Астрель, Moskwa 2012
Wyobraź sobie świat, w którym apokalipsa jest początkiem. Człowiek staje się zwierzyną łowną. Szczurem, którego napędza jedynie instynkt przetrwania. Każdy pokonany w ciemnościach metr to krok w nieznane. Każda wyprawa w ciemność może kosztować życie.

Metro moskiewskie to 12 linii o łącznej długości ponad 300 kilometrów. Codziennie przez jej 180 stacji przewija się około 2,5 miliona pasażerów. Tyle oficjalnych statystyk. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że od głównych dróg podziemnej kolei miejskiej odchodzą kilometry mniej znanych odnóg. Pierwsze linie powstały w latach 30. XX wieku - w czasie apogeum stalinowskiego reżimu. Przez kolejne dekady metro obrosło w legendy: o tajnych pomieszczeniach i przejściach, o specjalnych liniach Metro-2 (tajny system metra w Moskwie, przeznaczony do ewakuacji notabli politycznych), o ukrytej broni, o potworach, zamieszkujących najgłębsze i trudno dostępne odcinki.

Podczas drugiej wojny światowej metro w Moskwie służyło jako schron przeciwlotniczy. Wielu twierdzi, że sprawdziłoby się również jako schron przeciwatomowy. Jeżeli jeszcze dopuścimy możliwość istnienia połączeń ze schronami pod najważniejszymi budynkami rosyjskiej stolicy, naszym oczom ukaże się ogromne podziemne miasto.

(po lewej: polskie wydanie, Insignis Media, 2012)

Dmitrij Głuchowski nawet chyba nie podejrzewał, ze jego debiut literacki stanie się początkiem wielotomowej sagi, kontynuowanej przez licznych autorów fantastyki. Że stworzy podwaliny uniwersum równie przerażającego, co fascynującego. Nuklearna zagłada, mutanci, walka o przetrwanie - nie jest to rzecz nowa. Jednak Metro 2033 Głuchowskiego jest  powieścią wciągającą i niezwykle przekonującą.

Metro 2033 można czytać z mapą w ręku, autor wykorzystuje autentyczną topografię miasta. Powołuje się też na moskiewskie urban legends, które zna prawie każdy mieszkaniec rosyjskiej stolicy. Konstrukcja powieści pozwala pominąć wątki egzystencjalne i skupić się jedynie na przygodach głównego bohatera. Jednak bez pytań, które ten sobie stawia, postapokaliptyczny świat Głuchowskiego byłby niepełny. Czy instynkt przetrwania jest jedynym motorem działań człowieka? Czy wiara w Boga lub w ideę jest rzeczywiście niezbędna dla ludzkości? Czy ludzkość wciąż jest istotą nadrzędną na Ziemi?

Świat Metra 2033 widzimy oczami młodego chłopaka, który przemierzając kilometry ciemnych tuneli i poznając mieszkańców podziemnego świata, podróżuje też w głąb siebie. Dojrzewa z każdym przemierzonym kilometrem, zaczyna podważać status quo. Uświadamia sobie, że jest wybrańcem, marzy o gwiaździstym niebie nad głową.

W ogromnej sieci metra można doszukiwać się metafory ludzkiej duszy i umysłu - równie mrocznego i nieprzewidywalnego. Nie każdy ma wystarczająco odwagi, żeby spojrzeć przeznaczeniu w oczy. Pokonać ten strach nie jest łatwo, jednak jeszcze trudniej pogodzić się z tym, że prawdę o sobie poznaje się zbyt późno. 

Ana Matusevic
Recenzja została opublikowana w AlterPOP, nr 12

niedziela, 4 sierpnia 2013

ZGAGA (1983) - NORA EPRHON

Jedna z najśliczniejszych okładek, jakie ostatnio widziałam, dlatego musiałam sprawdzić, co jest w środku. W sumie, babska literatura też bywa fajna, a gdy zabiera się za nią legendarna scenarzystka komedii romantycznych... może wyjść coś naprawdę smakowitego. 

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013

Główna bohaterka to zawzięta kulinarka, tylko zamiast bloga pisze książki i prowadzi telewizyjne show. Między jednym a drugim "jak żyć?", dzieli się z czytelnikami przepisami: fasola z gruszkami, zupa szczawiowa (moja ulubiona!), tarta z brzoskwiniami, ziemniaki po szwajcarsku... Trochę tego jest. Ale zostawmy to na deser. Głównym daniem jest bowiem historia Rachel. I nie wiem, czy to kwestia gustu, czy nad literacką ucztą Ephron rzeczywiście unosi się lekki zapach spalenizny.  

"Popatrywałam na koleżanki - szczęśliwe żony - które nie gotowały, i nie mogłam pojąć, jak one to robią. Czy ktokolwiek mógłby mnie kochać, gdybym nie umiała gotować? Zawsze myślałam, że to część pewnej umowy. Uwaga! Idzie Rachel Samstat: kobieta inteligentna, dowcipna i potrafiąca gotować!" *

Rachel, szczęśliwa żona, dziecko, drugie w drodze, dowiaduje się o zdradzie męża. Taki niby idealny był, a tu patrz, skurwiel. Szok! Co robić? Odejść? Ale tak w ogóle bez męża to też bez sensu. Z drugiej strony, ze smrodem zgniłego jajka w idealnym pięknym domu długo się nie da wytrzymać. Mamy więc dylemat. Na kilkaset stron.

Z niespodziewanym problemem Rachel sobie radzi wyjątkowo słabo. A raczej nie radzi w ogóle, a im dalej, tym bardziej. Brnie w pułapkę, w którą trafiają kobiety nieświadome swojej wartości - bez mężczyzny jestem nikim! Życie i myśli toną w chaosie. 

Podobno Zgaga była swoistą autoterapią autorki - N. Ephron pisała ją jako fabularyzowaną autobiografię. Rozpad małżeństwa zabawnym tematem nie jest, być może dlatego autorka utrzymuje duży dystans wobec swojej bohaterki. Bo Rachel lubić się nie da. Można jej wspołczuć, wręcz litować, ale nie lubić. Obracająca się w światku amerykańskiej klasy wyższej, gdzie romanse i zdrady są na porządku dziennym, jakby specjalnie zamyka oczy na wszystkie symptomy sygnalizujące zbliżanie się końca.

Zgaga jest w zasadzie książką o wszystkim i o niczym. O wszystkim, bo jest zapisem wydarzeń i przemyśleń bohaterki od dnia odkrycia zdrady męża. O niczym, ponieważ w co drugim polskim domu mamy podobne historie. Fabuła więc mało zaskakująca, a punkt kulminacyjny iście amerykański. Trzeba jednak przyznać, że całość jest bardzo zgrabna. Dokładnie tak: "zgrabna". Zarówno styl autorki, jak i tłumaczenie, wątki humorystyczne, niezauważalnie wplatane przepisy - wszystko miłe dla oka, lecz niezbyt porywające. Typowa wakacyjna lektura. 



Podsumowanie: Sierżant***
Oprawa graficzna: 10/10 prześliczna!

* Cytat pochodzi z omawianej książki






Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Proszyński i S-ka