• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

niedziela, 28 lipca 2013

MATNIA (2013) - ANNA PIECYK

wyd. Oficynka, Gdańsk 2013

Mamusi znów nie ma w domu. Mamusia dużo pracuje, często wychodzi wieczorami i bardzo długo nie wraca. Zawsze na nią czekamy, ja i mój braciszek. Czasami strasznie długo. Kiedyś nie było jej przez trzy dni, ale my byliśmy dzielni. Ciężko tak czekać we dwójkę, bo chce nam się jeść. Ja umiem już posmarować chleb masłem, ale często nie ma ani chleba, ani masła. Wtedy pijemy wodę z cukrem. A jak nie ma cukru to samą wodę, wtedy nie jesteśmy tak bardzo głodni. Ale mamusia zawsze wraca. Trochę brzydko pachnie i jest bardzo zmęczona, dlatego od razu kładzie się do łóżka. Chyba jest chora, bo czasami wymiotuje do umywalki. Wtedy muszę odgarnąć jej włosy, żeby sobie ich nie pobrudziła, a potem biorę ją za rączkę i prowadzę do sypialni. To chyba jakaś poważna choroba... 

Lubię trudne książki. Poza oczywistą funkcją ukazania konkretnego problemu, rozwijają empatię i ogólną wrażliwość. Igrają z uczuciami jakby były zabawkami z Kinder Niespodzianki. Muszą spełnić tylko jeden, jedyny warunek: autentyzm.Tym razem się nie udało.

"Matnia" jest jak pączek bez nadzienia. Od pierwszego kęsa wiesz, że coś jest nie tak. Równie dobrze niewidomy mógłby napisać książkę o kolorach. Jeśli ktoś nigdy nie zetknął się z problemem alkoholu w jakikolwiek sposób, nie powinien pisać o nim książek.To, że temat jest autorce obcy czuje się od pierwszej strony. W posłowiu dowiadujemy się, że przeczucie nas nie zawiodło. Jeśli miałabym pójść w ślady Anny Piecyk, napisałabym książkę o narkomanach. Przecież czytałam o nich tak wiele! To wcale nie takie trudne - wstęp do recenzji napisałam sama. I wierzcie mi, niezbyt odbiega od książki - brak im tego samego. Gdyby to było takie proste, każdy mógłby napisać książkę o nałogach.

Trudne tematy są trudne między innymi dlatego, że nie każdy może i nie każdy potrafi o nich mówić. Problem "trudnych książek" komplikuje się jeszcze bardziej, bo dodatkowo nie każdy powinien je pisać. Niestety, trzeba to przeżyć na własnej skórze, w najgorszym wypadku pośrednio. W przeciwnym razie nic z tego nie będzie. Tak jak w tutaj. Ta książka nie ma duszy.

Na szczęście jest krótka. Ot, czytadło na jedno popołudnie. Sprawdzi się w tramwaju lub na plaży. A potem można ją komuś oddać. Bez obciachu, ale i bez żalu. "Matnię" da się czytać, ale nic poza tym. Spodobała mi się okładka, pomimo, że ma w sobie coś z treści: jest zbyt dosłowna. Mimo to podoba mi się, bo wizualnie trafia w mój gust estetyczny zarówno kompozycją, jak i kolorystyką.



Podsumowanie: Kapral**
Oprawa graficzna: 7/10 ładna, ale trąci banałem.








Za egzemplarz recenzyjny dziekuję wydawnictwu
OFICYNKA




wtorek, 23 lipca 2013

WIĘCEJ NIŻ BRZYDKA (2007)- CONSTANCE BRISCOE


Wyd. 2013

Jak zapewne pamiętacie, "Brzudula" zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przeczytała ją cała moja rodzina, a kolejka znajomych którzy przyszli zaciągnąć książkową pożyczkę bynajmniej nie maleje. Na kontynuację wstrząsającej historii Constance czekałam od momentu przekręcenia ostatniej strony. No i doczekałam się.

"Więcej niż brzydka" to kontynuacja wspomnień już nie małej Clare, a studentki Constance. Ciężka praca, głodówka, szereg operacji plastycznych, zakuwanie do rana i czterogodzinny sen. Tak właśnie wygląda jej codzienność. Jeśli nie śpię ośmiu godzin na dobę, nie wiem jak się nazywam, wyglądam jak zombie i nie ogarniam kuwety zwanej życiem. Jeśli nie zjem raz dziennie jakiejś padliny w postaci kotleta, podanego z ziemniakami i surówką kręci mi się w głowie, nie mogę myśleć i ślinię się na widok co tłustszej muchy. Dlatego trudno mi uwierzyć w to, że można tak żyć. Okazuje się, że nie tylko można, ale dla niektórych ludzi tak właśnie wygląda szczęście i spełnienie marzeń.

Niejednokrotnie zastanawiałam się jak to możliwe: praca na nocne zmiany, dzienne studia, praktyki i  życie towarzyskie. Jedzenie suchego chleba, aby oszczędzić na operację nosa. Potem na operację ust. Potem na operację czegoś innego. I tak bez końca. Dodatkowo być najlepszym. Zawsze i we wszystkim. Najlepsza pielęgniarka, najlepsza przyjaciółka, najlepsza uczennica. Constance jest kimś, kim ja nigdy nie byłam i nie będę, choćbym robiła przysiady na uszach. Sorry, Winnetou. A jednak wcale jej nie zazdroszczę.

Dlaczego? Bo nie mam w zwyczaju zazdrościć osobom, których mi szkoda. Zdana na siebie, samotna i opuszczona. To widzę w najgorszych snach. Constance miała takie życie. Wciąż głośne echo słów matki "Jesteś brzydka, brzydka, brzydka!" rozbrzmiewa w jej głowie. Wciąż próbuje zmienić siebie. Operacja za operacją. Przymusowa dieta. Zero życia erotycznego. Przecież jest brzydka, nikt jej nie zechce. Nikt nawet nie pomyśli o niej w "ten" sposób. Dzieciństwo zrujnowało jej życie.

Ktoś gdzieś napisał, że Constance opowiada o swojej przeszłości obojętnie, wręcz lakonicznie. A jak inaczej opowiadać o takim życiu, nie znając innego? O życiu, w którym nawet spełnione marzenia są gorzkie?

 Książkę czyta się bardzo szybko - to się nie zmieniło. Język również jest wciąż świeży, i łatwo przyswajalny. Jednak czegoś jej brakuje. "Brzudula" zostawiała ślad: wielką czarną dziurę w psychice. Później jest tylko walka o normalność. I taka właśnie jest "Więcej niż brzydka": normalna. Warto ją przeczytać, jednak to pierwsza część kradnie duszę i umysł.




Podsumowanie:Porucznik****
Oprawa graficzna: 10/10. Nadal mi się podoba.








Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu






środa, 17 lipca 2013

TOP 10 miejsc do czytania

Jeżdżę komunikacją publiczną. Normalnie nie wspomniałabym o tym, bo w moim wieku wypada mieć już własny środek lokomocji, jeżeli nie auto, to chociaż rower, bo modnie i ekologicznie. Mimo to jeżdżę autobusem, pociągiem, czasami tramwajem i trolejbusem (uroki Trójmiasta!) i z trudem wyobrażam sobie przesiadkę na własne cztery kółka. 

Dlaczego? Bo, słuchajcie, zabraknie mi czasu na czytanie. To w drodze czytam najwięcej i w największym skupieniu. I, jak się tak rozglądam po współpasażerach, książka lub czytnik jest bardzo popularnym towarzyszem podróży.

Robiąc poranną prasówkę trafiłam na tekst Bena Umsteada, który rozpisuje się nad zaletami i wadami różnych miejsc do czytania. Polska to nie LA, wiadomo, dlatego przyszło mi spojrzeć na sprawę krytycznym polskim okiem. A więc, gdzie czytamy?


Na ławce w parku 
+ świeże powietrze
+ w przerwach można pokruszyć miejscowym gołębiom 
+ doskonałe miejsce na nawiązywanie znajomości ("hej, co czytasz?")

- jesteś zależny od pogody
- mogą cię zaczepiać nie tylko fajne chłopaki


W bibliotece
+ tyle ksiażek w jednym miejscu!
+ tyle książek w jednym miejscu, a wszystkie można czytać za free!

- przerażająca cisza; dzwonienie w uszach skutecznie odwraca twoją uwagę od czytanego tekstu
- nie można podzielić się swoimi wrażeniami z lektury z najbliżej siedzącą osobą, bo patrz punkt wyżej


W samochodzie 
+ zamiast "Highway to Hell" odpalasz sobie audiobooka i już jesteś w innym świecie

- musisz mieć podzielność uwagi: zbyt mocno skupiając się na fabule tracisz refleks za kółkiem, natomiast zbyt mocno skupiając się na mijanych znakach i autach, tracisz wątek w fabule 

Japoński wynalazek ułatwiający "czyste czytanie"

Przy stole, jedząc
+ 2w1: zjadasz obiad, jednocześnie jesteś kolejny rozdział do przodu
+ zjadasz wszystko, co nawinie się pod rękę, nie wnikając, czy to jest smaczne czy nie, ponieważ myślami jesteś zupełnie gdzie indziej

- książka może oberwać jajecznicą, zupą, okruszkami
- przesądni ludzie twierdzą, że czytając przy jedzeniu zjadasz swoją pamięć. Uważaj więc, dobrze przeżuwaj, chyba nie chcesz mieć niestrawności...


Na kanapie w domu
+ sześciogwiazdkowa lokalizacja. Poduszka i kocyk pod ręką, do kuchni rzut beretem

- pod ręką masz też najczęściej, komputer, telefon, telewizor, które (uwierz mi) nie są najlepszym kompanem czytania


fot, photolibrary.com

W wannie
+ sam seks i marzenie wielu, pachnąca kapiel z górą piany, twój ulubiony pisarz, świece dla nastroju

- woda szybko stygnie
- ksiązka/czytnik może wpaść do wody
- nawet jak będziesz bardzo się starać, to i tak zamoczysz kartki przewracając na następną stronę
- 15 min to maks, jaki daję rady usiedzieć w wannie (ktoś siedzi dłużej?!)


W kawiarni
+ masz do dyspozycji kelnera
+ niektóre kawiarnie posiadają własne półki z książkami, na pewno znajdziesz coś dla siebie
+ rozglądasz się dokoła i myślisz "a więc to tak czuła się Rowling pisząc Pottera"

- w niektórych kawiarniach czytający (i zajmujący stolik) są niemile widziani
- na odchodne musisz zapłacić :(


W księgarni
+ dużo książek, dużo nowości

- sprzedawca pochrząkuje i dziwnie na ciebie patrzy, gdy trzecią godzinę z rzędu nie możesz oderwać sie od jednej książki
- na stojąco średnio wchodzi

fot. Kennedy Garret

W łóżku
+ wygodna piżama (lub bez)
+ zawsze jest czas na "jeszcze jeden rozdział"

- "jeszcze jeden rozdział i idę spać" skutkuje zarwaną nocką i nieprzytomnym wzrokiem z rana
- jedzenie i chrupanie raczej odpada
- możesz zasnąć i zauważyć to dopiero, gdy zadzwoni budzik o 6:40


Transport publiczny
+ nie musisz słuchać, dlaczego Mariola rzuciła swojego trzeciego chłopaka i co misiowi zrobi na kolację dziunia jadąca naprzeciwko
+ dziesięć przystanków mija jak z bicza strzelił
+ promujesz czytelnictwo i to o wiele skuteczniej, niż wszystkie drogie kampanie społeczne razem wzięte 

- możesz przegapić swój przystanek (been there, done that)
- żałujesz, że masz tak blisko do pracy 



Poza topką znalazło się czytanie na plaży (szkoda marnować czas na samo leżenie plackiem) i czytanie w toalecie (wiem, że wielu to praktykuje). A ty, gdzie najczęściej czytasz?

piątek, 12 lipca 2013

TWÓRCZA KRADZIEŻ. 10 PRZYKAZAŃ KREATYWNOŚCI - AUSTIN KLEON


O tej książce nie da się pisać nie sypiąc cytatami. Myślę jednak, że autor wcale by się nie obraził - w końcu sam promuje twórczą kradzież jako najlepszy sposób na kreatywność. 


Jak artysta patrzy na świat? 
Po pierwsze, najpierw decyduje, co warto ukraść, a następnie przechodzi do kolejnej rzeczy. *


W dobie dyskusji o granicach praw autorskich oraz poszukiwań odpowiedzi na pytanie „kto wymyślił to pierwszy?”, Austin Kleon wychodzi z rewolucyjną radą: podglądaj, inspiruj się, kradnij! Okazuje się jednak, że pojęcie „kradzieży” może być bardzo pojemne.

Austin Kleon, pisarz i artysta, wychodzi z prostego założenia - wszystko już zostało wymyślone. Dzisiaj geniusz wielkich twórców polega na odtwarzaniu cudzej pracy i uczeniu się na doświadczeniu innych. I choć wielu z nas nie zgodzi się na kojarzenie kreatywności z kradzieżą, co sugeruje tytuł książki, same rady autora są godne uwagi. 

Rzeczy dzielą się na te, które warto ukraść i te, które nie są warte kradzieży. Te ostatnie nie są warte też twojej uwagi. Wybierać należy mądrze, a ci, co potrafią to robić, mają szansę na sukces twórczy. Pod nieco prowokacyjnym sformułowaniem głównej idei poradnika, kryją się sposoby Austina Kleona na pozostanie produktywnym w każdych warunkach. I są to sposoby, które naprawdę warto ukraść.



Kleon pisze o niebezpieczeństwie odkładania pracy na później, o tym, jak ważne jest dzielenie się swoją pasją z innymi oraz zdradza kilka sposobów na przywołanie twórczego natchnienia. Zdaniem autora, naśladownictwo jest najlepszym sposobem na naukę. Zachęca też do tworzenia czegoś własnego - jeżeli czegoś ci w życiu brakuje, najlepiej, jeżeli wymyślisz/zrobisz to sam. Bo nikt inny nie wie, czego ci brak i jakie są twoje oczekiwania. 

Musisz być ciekawy świata, w którym żyjesz. Szukaj informacji. Goń za wszystkimi odniesieniami i nawiązaniami. Zagłębiając się w coś bardziej niż inni, zrobisz wielki krok naprzód.

Ważne jest wszystko, co robisz. Twoje hobby i projekty poboczne mogą stać się kopalnią inspiracji i motorem dalszego działania. Otaczaj się fajnymi ludźmi, dziel się z nimi swoją pasją - ucząc i inspirując innych zrobisz znacznie większe postępy, niż zamykając się przed światem. To tylko kilka pomysłów Kleona. Niby oczywiste, ale tak zebrane "do kupy" i uzupełnione świetną oprawą graficzną, zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Sam Kleon pisze o sobie "a writer who draws" (pisarz, który rysuje). Jest autorem tomiku wierszy "Newspaper Blackout", pisanego wycinkami z gazet. Ma twórcze ADHD, z wykładami o kreatywności wystąpił m.in. w Pixarze, na konferencji TEDx, Google.  "Twórcza kradzież" ląduje na półce "ulubione" - za każdy razem, gdy do niej zaglądam, znajduję kolejną inspirującą perełkę. 




Podsumowanie:  pułkownik *****
Oprawa graficzna: POZA SKALĄ - treści, zawarte w obrazkach, tworzą dodatkowy wymiar książki


* Cytaty pochodzą z omawianej książki






Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy




środa, 10 lipca 2013

Maciej Jastrzębski obala mity o Rosji




Maciej Jastrzębski, wieloletni korespondent Polskiego Radia oraz autor książki "Matrioszka Rosja i Jastrząb" w wywiadzie dla serwisu bankier.pl obala najpopularniejsze mity o życiu w Rosji. 

"Udawanie bezdomnego, chociaż kosztuje tysiące dolarów, jest już oklepane. Ciągle natomiast w modzie pozostają drogie nieruchomości w snobistycznych dzielnicach i przyłapywanie na łamaniu przepisów kierowców rządowych limuzyn" - w wywiadzie z Malwiną Wrotniak mówi Jastrzębski. W publikacji krok po kroku wyjaśnia, co jest prawdą, a co nie w powszechnym mniemaniu o naszych wschodnich sąsiadach.

Moskwa jest "tylko dla bogatych"? Stolicę Rosji, jedno z najdroższych miast na świecie, zamieszkują zarówno bardzo bogaci, jak i bardzo biedni ludzie. "Jeśli chcemy żyć na średnim polskim poziomie, o musimy przeliczać wszystko razy pięć. Ceny w sklepach, restauracjach, a nawet koszt przejazdu taksówką jest znacznie wyższy niż w Polsce" - tłumaczy Jastrzębski. 

W Rosji litr paliwa kosztuje mniej niż litr wody mineralnej. Autor książki o Rosji nie pozostawia złudzeń: "Jeśli przyjmiemy, że butelka wody mineralnej kosztuje w przeliczeniu na złotówki około 4 zł, a litr najtańszej benzyny nieco ponad 3 złote, to różnicę widać gołym okiem". Wynika to jednak głównie z faktu, że ceny paliw są regulowane przez państwo.

Rosjanie obdarowują kobiety nietypowymi, drogimi upominkami - jest to element kultury.  Ogólnoprzyjętym zwyczajem jest podarowanie kobietom czegoś więcej, niż tylko kwiaty. "Jest to możliwość podziękowania na przykład za wykonaną pracę. W wielu wolnych zawodach podstawowemu honorarium towarzyszą drogie upominki. Zapewne tego typu podarki są też traktowane jako łapówka czy zachęta do współpracy" - tłumaczy Jastrzębski.

W Rosji trwa moda na montowanie kamer w samochodach. Jednak jak tłumaczy korespondent Polskiego Radia - nie jest to moda, lecz konieczność. Ze względu na wszechobecną korupcję policji drogowej oraz niechęć firm ubezpieczeniowych do wypłacania należnych odszkodowań, dokumentacja filmowa jest niezbędna, żeby udowodnić, kto w wypadku drogowym ponosi winę. 

Moskwa w Rosji ma poważnego konkurenta... i jest nim Sankt Petersburg. Jak tłumaczy Jastrzębski, Petersburg jest miastem równie bogatym, tajemniczych i "z duszą": "Życie tam płynie inaczej niż w Moskwie. Spokojniej. To miasto artystów, turystów i bogaczy. Petersburg i Moskwa jednak nie konkurują, one się uzupełniają. Oba są symbolami Rosji i miejscem pielgrzymek emigrantów z innych regionów kraju, poszukujących pracy lub chcących zrobić karierę". 

W swojej książce, Maciej Jastrzębski opowiada o wielu sprawach, które dla nas, Polaków, mogą się wydawać niezwykłymi. Jednak odwołując się do własnego doświadczenia, dziennikarz potrafi wytłumaczyć wiele nietypowych rzeczy. "Z której strony byśmy na Moskwę nie spojrzeli, zawsze będzie ona pełna mitów, stereotypów, dobrych i złych zdarzeń. Moskwa ma swoje tajemnice, legendy i ludzi przynoszących na podeszwach butów pył z każdego zakątka Rosji" - tłumaczy. 

poniedziałek, 8 lipca 2013

E-WANGELIŚCI (2012) - TOMASZ CISEK, PAWEŁ NOWACKI


 

Twój ulubiony komunikator, serwis plotkarski, skrzynka mailowa - to wszystko nie pojawiło się znikąd. Za tymi wynalazkami stoją realni ludzie, pełni pasji i energii, pionierzy polskiego internetu. E-wangeliści. Ta książka to siedemnastu rozmówców, piętnaście historii i niesamowite kulisy powstawania najpopularniejszych polskich serwisów. 

Początki internetu w Polsce to czasy na miarę Dzikiego Zachodu. Liczyła się werwa, pomysł, odwaga i szybkość. Gadu-Gadu wyprzedziło Tlen i podbiło rynek. Pudelek jako pierwszy dał to, czego szukali miłośnicy plotek z high life'u - dziś jest serwisem-instytucją. Merlin, choć mocno inspirowany Amazonem, wniósł nową jakość w polski świat zakupów internetowych. Choć często błądzili po omacku, twórcom pierwszych serwisów i innych ciekawych projektów w polskim internecie nie można odmówić zasług. Jednak mało kto wie, w jakich warunkach powstawał polski internet. 

Kulisy start-upów i biznesów, bez których dzisiaj trudno wyobrazić nasz polski internetowy nieboskłon, odsłaniają Tomasz Cisek i Paweł Nowacki. W nieraz szczerych do bólu rozmowach z tytułowymi e-wangelistami pytają nie tylko o źródło pomysłów, lecz i powody porażek. Jest to jednak książka bardzo nierówna. Wywiad jest niezwykle wymagającą formą dziennikarską i choć widać dobre przygotowanie merytoryczne autorów, niektóre rozmowy czyta się z trudem. Kładę to na barki niechęci niektórych rozmówców do zdradzenia czegoś więcej, niż powszechnie znane informacje.


"Trochę odwagi; to nie my wymyśliliśmy internet, ale to my go zmieniamy"
motto, jakim kierują się twórcy  o2.pl i Pudelka

Zaskakujące jest, jak często wielkie biznesy rodziły się z przypadku. Albo z jak przyziemnymi problemami musieli walczyć na początku swoich działalności. Na przykład, Michał Brański, Jacek Świderski i Krzysztof Sierota (moim zdaniem, najbardziej udani rozmówcy wśród cytowanych e-wangelistów) nie byli programistami z wykształcenia. A stworzyli najpopularniejszy niegdyś system kont pocztowych, Tlen, Pudelek, Wrzutę. Serwisy te tworzyli w piwnicy, a konta pocztowe tak zapychały łącza w okolicy, że musieli przewozić serwery z miejsca na miejsce. Albo Arjan Bakker. Studiował chemię, jednak udało mu się stworzyć Allegro, podwaliny którego trafiły do niego od programisty na małej dyskietce... 

Ta książka obfituje w liczne zabawne (z punktu widzenia dzisiejszego internauty) smaczki - są na wagę złota. Sama miałam okazję przyglądać się z bliska narodzinom kilku serwisów internetowych, dlatego cenię "E-wangelistów" za to, że niewiele jest tu wytartych frazesów. Na pierwszy plan wysuwa się też coś, co łączy wszystkich rozmówców: pasja, determinacja,  innowacyjne pomysły i gotowość na sukces. Właśnie tego, moim zdaniem, można się nauczyć od e-wangelistów. Ale nawet pomijając tematy czysto biznesowe, "E-wangeliści" pozostaną zajmującą lekturą. 

Podsumowanie:  porucznik ****
Oprawa graficzna: 5/6 - dobry pomysł i na tytuł, i na okładkę










Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy
Wydawnictwu One Press

sobota, 6 lipca 2013

KSIĘŻYC I MIEDZIAK (1919) - W. SOMERSET MAUGHAM

wyd. PIW, Warszawa 1974

Maughama poznałam wbrew własnej woli na studiach. Była to jedna z niewielu pozytywnych rzeczy wyniesionych ze studiów (nie licząc telewizora i DVD). Omawialiśmy na zajęciach jego opowiadania. Były genialne. Następnie miałam małą przerwę w czytaniu jego utworów, jednak wciąż wracały do mojej głowy, nie dawały chwili wytchnienia. W końcu natknęłam się na "Księżyc i miedziak" w antykwariacie. Nie zwlekając nabyłam, wyrzuciłam obwolutę i pochłonęłam treść.

Wklepując tytuł w Google od razu znajdujemy informację, że "Księżyc i miedziak" to biografia Paula Gauguina. Rzeczywiście, wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują. Jednak nigdy nie zostało to potwierdzone. Taki już urok Maughama - nigdy nie wiesz, co jest prawdą, a co fikcją. Ja będę się trzymać wersji z Pudelka z dwóch powodów: jest to wersja prawdopodona i lubię Gauguina. Jego obrazy znają wszyscy. Ale jak nietrudno się domyślić, nie zawsze tak było.





Z Gauguinem jest trochę jak z Nabokowem. Uwielbiam to, co robili, ale nie chciałabym spotkać ich osobiście. Burak i egoistyczny prostak - takim człowiekiem był jeden z najsłynniejszych malarzy. Nie dbał ani o siebie, ani co gorsza, o innych. Nie pochwalam takiej postawy, chociaż przyznaję - chciałabym kiedyś wygarnąć co niektórych osobnikom co tak naprawdę o nich myślę i mieć gdzieś konsekwencje. Nie martwić się o opinię.

O samej postaci można rozprawiać w nieskończoność. Z jednej strony robi to, o czym zawsze marzyłam: rzuca wszystko i umieszczając całe swoje dotychczasowe życie głęboko w dupie rusza w świat. Z drugiej strony moje pokłady empatii (niektórzy wątpią, że takowe posiadam) nie pozwalają mi zrozumieć, jak można postępować w sposób, na jaki zdecydował się artysta. A może tak trzeba? Nie wyszedł na tym tak źle - w końcu udało mu się odnaleźć siebie.

Jak widzicie, książka nie pozostawia czytelnika obojętnym zarówno na to, co dzieje się wokół, jak i na to, co gotuje się wewnątrz. Aby oszczędzić Wam moich osobistych wywodów (a do tego zaczyna zmierzać ta recenzja) napiszę jeszcze tylko kilka słów zakończenia i już Was puszczam wolno.

Chciałabym wyprowadzić z błędu tych, którzy sądzą, że jest to kolejna nudna biografia. Nic bardziej mylnego! Nie ma tu suchych faktów, nudnych dat i zbędnych nazwisk, których i tak nie zapamiętamy. To bardziej malowanie słowem obrazu, przedstawiającego Gauguina. Bez ozdobników i zniżek studenckich. A wszystko wplecione we wciągającą fabułę. Fani malarza wyniosą z lektury więcej niż ja ze studiów (w telewizji same powtórki). Ci, którzy jakimś cudem nie spotkali się do tej pory z Gauguinem, mają szansę wzbogacić się o nowe doświadczenia estetyczne. Dla tych, którzy chcą po prostu przeczytać coś wartościowego, również się coś znajdzie. Kolejna lektura wielokrotnego użytku.


Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: 0/10 - żadna, nie ma czego oceniać.

czwartek, 4 lipca 2013

WIEKI GATSBY (1925) - F. SCOTT FITZGERALD

wyd. Poznań 2013

Wyobraźcie sobie, że we wsi pojawia się obcy. Tak, wiem, to samo w sobie jest już wystarczająco przerażające, ale na dokładkę wyobraźcie sobie, że ten obcy ma największy dom ze wszystkich  - chata sołtysa wygląda przy nim jak szopa na drewno. Obcy nie może być bogaty po cichu - jak na złość wyprawia wielkie potańcówki, na które zjeżdżają furmanki z całej okolicy. Miód leje się strumieniami, a kaszy z omastą nie brakuje nikomu.  Kobiety zrzucają czepce, śmiech mężczyzn z każdym kwadransem staje się bardziej rubaszny. Każdy z gości płaci za wjazd na imprezę taką samą cenę - brak pytań na temat gospodarza. Niestety zawsze znajdzie się ktoś, kto chce się wbić na krzywy ryj.

Kto czyta bloga, ten wie, że bardzo lubię klasykę. Kiedyś o mało nie wylądowałam u czubków, kiedy publicznie przyznałam się, że lubię Sienkiewicza. Dlatego też ucieszłyłam się, kiedy do kin wszedł "Wielki Gatsby"*. To oznaczało wznowienia książkowe, a tym samym okazję do nadrobienia zaległości w światowej klasyce. Do tego w nowej oprawie z boskim Leo na okładce. Żyć nie umierać!

Słyszałam kilka opinii, że książka fajna, ale właściwie to nie wiadomo dlaczego została okrzyknięta klasykiem. Przecież nie ma tam niczego odkrywczego, a w Rosji pisano o tych samych problemach "lata świetlne" wcześniej. Absolutnie się nie zgadzam z tym poglądem. Jest to AMERYKAŃSKA klasyka. Bardzo dobra zresztą. Każdy kraj ma swój "kanon lektur" i gwarantuję, że w każdym z nich znajdziecie setki książek o podobnej tematyce. Dlatego ten argument nie przemawia do mnie wcale-a-wcale.

Jedną z najfajniejszych rzeczy w "Wielkim Gatsbym" jest to, że w przystępny sposób przekazane zostały podstawowe wartości, o których często zapominamy w naszym owczym pędzie, z wrażliwych słoni przeobrażając się w głupawe lemingi, które myślą, że są tygrysami.** "Wielki Gatsby", czytany mądrze, pomaga przewartościować swój świat, pozwalając na spojrzenie świeżym okiem na to, co nas otacza. To tak, jakbyście wpisali w Google Maps swoją drogę życiową i dzięki temu określili, czy chcecie dalej podążać obraną trasą czy też może najwyższy czas na wybór jednej z dostępnych opcji.

Język ma w głębokim poważaniu upływ lat i nadal jest zrozumiały dla przeciętnego Kowalskiego, czyli dla mnie. Chociaż przyznam bez bicia, że był jeden moment, kiedy nie za bardzo wiedziałam o co chodzi i zajęło mi chwilę zanim odkryłam, co artysta miał na myśli. Jasne, fajnie się czasem odchamić, ale jak pewnie zauważyliście już w moich recenzjach nie lubię nadymania się i wzniosłych słów tam, gdzie ich nie potrzeba. "Wielki Gatsby"  idealnie wpasowuje się w ten wymóg.


Niestety - pomimo, że "Gatsby" bardzo mi się spodobał, nie traci na wartości oraz nadal jest stosunkowo łatwy i przystępny, daleko mu do naszych "Chłopów"*** i nigdy nie zostanie generałem Misji.


Podsumowanie: Porucznik ****
Opawa graficzna: 3/10 - zbyt pstrokata





 

*Film jeszcze przede mną- bardzo jestem ciekawa!
** Wybaczcie zwierzęce porównania i tę całą oranżerię, ale nazwisko do czegoś zobowiązuje.
*** Arcydzieło totalne!



Za egzemplarz recenzyjny dziękuję




poniedziałek, 1 lipca 2013

FRANKENSTEIN. 100 LAT W KINIE (2013) - RAFAŁ DONICA

wyd.Wrocław 2012

Frankensteina znają wszyscy. Przynajmniej większość. No dobra, mało kto wie tak naprawdę kim był - o przeciwległych "obozach" oraz o problemie tożsamościowym "kwadratowego łba" pisałam w recenzji książki Mary Shelley. Doszły mnie nawet plotki, że większość ludzi nigdy nie czytała, ba, nawet nie macała cudownej wersji drukowanej. Skąd zatem ta sława? Ano z wielkiego ekranu, a następnie z mniejszego - szklanego cycka.

Jeśli myślisz, że wiesz o nim wszystko, bo czytałeś książkę - jesteś w błędzie. Jeśli myślisz, że wiesz naprawdę dużo, bo nie odpuściłeś ani jednego filmu na jego temat, z "Frankenweeniem" włącznie - jesteś w błędzie. Rafał Donica niczym Chuck Norris zawstydza tłumy. Czytał chłopak. Oglądał. A potem jeszcze bezczelnie usystematyzował wiedzę i napisał książkę. Czułam się jak przygłup (czyli właściwie wszystko w normie) - wiedza autora powala*. Spokojnie oprzecie na tej książce swoją pracę dyplomową.

Wiecie, co jest najfajniejsze? Pomimo, że Frankensteina lubiłam zawsze, nie byłam zapaleńcem. Jak na "Odrażające, brudne, złe" rzuciłam się niczym Mozambijczyk na chleb, tak "100 lat w kinie" jadłam małymi kęsami. Jest jak fura pysznego żarcia - chcesz, a nie możesz więcej. Czekasz, aż się uleży i wcinasz znowu. Co prawda nie idzie w cycki**, ale za to nie ma żadnych wyrzutów sumienia po skończeniu posiłku. Jak mawiał wielki poeta: "Om nom nom nom!" Donica potrafi przekonać do swoich pasji i zainteresować. Podejrzewam, że jest niebezpieczny prywatnie - jak już zacznie opowiadać, jesteście skończeni. Wsiąkliście.

Językowi nie mam nic do zarzucenia. Jest na tyle łatwy i przyjemny, na ile pozwala forma. Zdania nie są zbyt długie, dzięki czemu po pierwsze łatwiej przyswajamy przedstawianą wiedzę,  po drugie nie nudzimy się podczas czytania. A wiadomości, jak już wspomniałam, jest naprawdę całe morze. Nie wiem jak Wy, ale ja byłam lepsza od tego gościa co to kiedyś był słynnym polskim murarzem - wypłynęłam na tratwie, wróciłam okrętem. ;-) Osobiście jestem wielką fanką wszelkiego rodzaju ciekawostek i zapamiętuję je milion razy szybciej niż wszystkie inne zbędne rzeczy, takie jak kod PIN. "100 lat w kinie" to ciekawostkowy raj!

Przystojniaki muszą się trzymać razem ;)

Format książki też bardzo mi odpowiadał -zbliżony do A4 w twardej oprawie Co prawda nie nadaje się w podróż, ale nawet gdyby była w wydaniu kieszonkowym, nie wzięłabym jej do tramwaju - pomimo wszystkich "ochów i achów" językowych "100 lat w kinie" bardziej uczy niż "rozrywa". Duży format sprzyja większej czcionce, co sporo ułatwia. No i najważniejsze: jest więcej miejsca na obrazki! I tu się pojawia mały minus (wreszcie!). Czemu zdjęcia nie są kolorowe, pytam?!

Książkę polecam dosłownie wszystkim. Mole książkowe poznają swojego ulubieńca***. Miłośnicy kina znacznie poszerzą swoją wiedzę. A ci, którzy niczym się nie interesują dowiedzą się przynajmniej skąd się wziął ten dziwny zielony ludek ze śrubami w szyi, którego ostatnio dodają jako gratis do paczki chipsów i dlaczego wszędzie go pełno.

Podsumowanie: Pułkownik*****
Oprawa graficzna: 8/10 Okładka cudowna, 
ale czemu zdjęcia są czarno-białe, 
pytam grzecznie po raz kolejny?!
* Również na trzeźwo - przerobiłam wszelkie możliwe scenariusze i sposoby przyswajania wiedzy. ;-)
**Szkoda, że czytałam książkę latem - nie noszę wtedy czapek i ciężko mi określić, czy poszło w mózg.
*** Mowa o Frankensteinie, nie o Rafale Donicy, ale wszystko jeszcze przed nim. ;-)





Za egzemplrz recenzyjny dziękuję
Wydawnictwu YOHEI