• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

niedziela, 30 czerwca 2013

Meandry social media - z Michałem Sadowskim i Anną Miotk


Dwa znane w branży nazwiska, dwie książki o social media. Dwie różne okładki (ogień i lód?), dwa różne spojrzenia. Którą wybrać? I czy w ogóle wybierać - może obie, a może żadnej?



Niniejsza recenzja będzie nieco nietypowa. Zamiast rozpisywać się osobno o każdym z powyższych tytułów, przygotowałam krótkie zestawienie. Na pierwszy rzut oka, "Skuteczne social media" Anny Miotk i "Rewolucja w social media" Michała Sadowskiego traktują o tym samym - jak dobrze korzystać z mediów społecznościowych w celach marketingowych? Poruszają te same problemy, przytaczają podobne przykłady, powołują się na te same case'y (tj. konkretne przykłady kampanii). Coś je jednak różni.

Rewolucyjna gorączka vs. koło ratunkowe

Był to zamysł autorów czy tylko moje wrażenie, z książek przebijają nieco różne nastroje. Sadowski zauważa zmiany, jakie wywołała dokonana przez social media rewolucja, zgłębia nowe możliwości i próbuje podać, jak sam pisze, "zbiór biznesowych recept na sukces w świecie zdominowanym przez media społecznościowe".  Natomiast Miotk uderza w mniej optymistyczny ton: krajobraz po rewolucji społecznościowej jest pełen chaosu, a "marketingowy Graal, do którego jeszcze rok czy dwa lata temu pielgrzymowali reklamodawcy z  całego świata, traci pozłotkę". 

Za tę sytuację, zdaniem Miotk, odpowiada brak możliwości rzetelnego mierzenia efektów komunikacji w mediach społecznościowych. Tej kwestii poświęcone zostało w "Skutecznych social mediach" dużo miejsca. Autorka przedstawia różne modele mierzenia efektów działań, tłumaczy, dlaczego takie pomiary należy uwzględniać już na etapie planowania strategii, jak wybrać najlepsze narzędzie. 

Z kolei autor "Rewolucji..." skupia się bardziej na dobrych praktykach i działaniach, dopasowanych do profilu firmy. Pomiarowi skuteczności zostały poświęcone tylko dwa rozdziały, w tym jeden prezentuje możliwości monitoringu internetu - jest to niezwykle interesujący fragment książki, wyjaśniający, jak można prześledzić, dajmy na to, nastroje klientów, a nawet próbować przewidzieć przyszłość. 

Naukowiec vs. luzak

Obaj autorzy są zgodni - media społecznościowe namieszały tak bardzo, że śmiało możemy mówić o nowych zasadach w marketingu, PR, sprzedaży, obsłudze klienta. W obu tytułach znajdziesz całe mnóstwo case'ów: strategii, działań, kampanii. I choć Miotk jakby dogłębniej analizuje przytoczone przykłady, to wydaje mi się, że Sadowski posługuje się bardziej przystępnym językiem. I tu tkwi kolejna istotna różnica - do kogo autorzy chcą dotrzeć?

"Skuteczne social media" jest pozycją utrzymaną w tonie popularno-naukowym. Wykresy, tabele, graficzna prezentacja omawianych modeli. Jest to, oczywiście, niezwykle cenny element książki, jednak przeciętnego czytelnika może nużyć. Na tym polu znacznie zyskuje więc "Rewolucja...", która ma dynamiczną konstrukcję (krótkie podrozdziały, pogrubienia, obrazki). Czyta się ją za jednym przysiadem, a i do co ciekawszych treści łatwiej jest wrócić. 

Na uwagę zasługują źródła informacji, polecane przez autorów. Sadowski przygotował całą listę blogów o szeroko pojmowanych social media, a Miotk przy każdym rozdziale poleca książki, w których można znaleźć więcej informacji na poruszane tematy. 

Podsumujmy

Jak skutecznie działać w social media - temat modny i poczytny. Szczególnie w przypadku małych marek (firm, blogerów, artystów) internet i książki, jak te, są podstawowym źródłem informacji w danym temacie. Jeżeli działasz sam, a do tego jesteś zupełnie początkującym social media ninja, to "Rewolucja w social media" jest dla ciebie. Autor skupia się na działaniu, konkretnych krokach, radzi, jak powinno zmienić się twoje podejście do klienta i sposób komunikacji, jak możesz zaznaczyć swoją obecność w różnych mediach społecznościowych i na co powinieneś uważać to robiąc. Przytaczane przykłady są inspirujące, a pomysły można łatwo zaadoptować do własnych potrzeb.

Natomiast po "Skuteczne social media" powinieneś sięgnąć jeżeli temat marketingu w mediach społecznościowych nie jest już ci zupełnie obcy. Choć autorka również wyjaśnia, co to są serwisy social media i jakie zmiany wywołuje ich obecność w internecie, więcej miejsca poświęca teorii, w szczególności zagadnieniu pomiaru skuteczności działań. Jest to dobry tytuł dla osób kontynuujących zgłębianie tajników marketingu w social media, motywujący do łączenia kreatywności z solidniejszym teoretycznym przygotowaniem. 

Sięgając po książki-poradniki z zakresu social media należy pamiętać, że ta sfera jest niezwykle dynamiczna i bardzo szybko się zmienia. Zmieniają się nie tylko usługi i funkcje, oferowane przez serwisy, lecz i preferencje użytkowników. Dla osób, zainteresowanych marketingiem w mediach społecznościowych, polecam jeszcze książkę Scotta Strattena "BEZMARKETING" - tytuł, który zrewolucjonizował moje postrzeganie social media.






Podsumowanie: aspirujący porucznik ****
Oprawa graficzna: 6/6 są po prostu fajne ;)







Egzemplarz recenzencki:

czwartek, 27 czerwca 2013

GWIAZDY DRUGIEJ RZECZYPOSPOLITEJ - SŁAWOMIR KOPER (2013)

Od jakiegoś czasu mamy do czynienia w naszym kraju z modą na II Rzeczpospolitą. Często można usłyszeć ludzi, wzdychających z melancholią: „ach, co to były za czasy!”. Co ciekawe, im młodsze pokolenie, tym bardziej wyidealizowany obraz tamtych dni. Księgarnie pełne są sentymentalnych publikacji o polskim ziemiaństwie, przedwojennych samochodach, przedwojennych miastach… W ten klimat świetnie wpisują się książki Sławomira Kopra, które wprowadzają nas w ten zaczarowany świat, świat, którego już nie ma, a za którym tak bardzo tęsknimy.

Żeby była jasność - jestem daleka od idealizowania czasów II RP. Miałam możliwość nasłuchać się w dzieciństwie opowiadań mojego dziadka, rocznik 1910, o biedzie, analfabetyzmie i autorytaryzmie tamtych dni. Dzisiejsza moda na II RP dotyczy stylu życia, na które mogło sobie wtedy pozwolić zaledwie kilka procent społeczeństwa, i o tym należy pamiętać. Dla całej reszty były to bardzo trudne czasy. Niemniej jednak II RP miała to szczęście, że istniała w czasach, które były magiczne, w czasach pierwszych niemych filmów, w czasach przejścia z kina niemego na dźwiękowe, w czasach Charlestona, bladych i tajemniczych twarzy filmowych amantów, którzy byli dostępni na wyciągnięcie ręki, bo ich adresy były zamieszczane w gazetach (wcale nie żartuję, mam kilka przedwojennych egzemplarzy magazynu „Kino”, gdzie można znaleźć adres domowy samego Eugeniusza Bodo). Słowem - w czasach pierwszych prawdziwych gwiazd, które zdobywały popularność dzięki takim nowym wynalazkom jak radio i film.

Książka przybliża sylwetki kilku najbardziej rozchwytywanych gwiazd tamtych dni: Stefana Jaracza, Eugeniusza Bodo, Konrada Toma, Lody Halamy, Jadwigi Smosarskiej, Toli Mankiewiczówny, Antoniego Fertnera i Aleksandra Żabczyńskiego. Już sama okładka nie pozwala przejść obojętnie: widzimy na niej scenę z filmu „Czy Lucyna to dziewczyna?” z Eugeniuszem Bodo i Jadwigą Smosarską. Dla samej okładki kupiłabym tę książkę, nawet gdyby w środku nie byłoby nic godnego uwagi, mam niestety olbrzymią słabość do szanownego Eugeniusza. Na szczęście treść nie rozczarowuje, co więcej, jest przepustką do podróży w czasie, która wciąga na tyle, że wybudzamy się z niej dopiero po przeczytaniu ostatniej strony. Nie są to jednak lekkie i przyjemne historyjki. Dowiadujemy się bowiem o alkoholizmie Stefana Jaracza, tragicznej śmierci Eugeniusza Bodo w sowieckim łagrze, czy powojennym zakazie występowania w Warszawie dla Antoniego Fertnera z powodu jego występów na zakazanych scenach okupowanej stolicy. I tutaj autor ma u mnie dużego plusa, bo wielokrotnie podkreśla, że nie należy pochopnie oceniać tych aktorów, którzy decydowali się na współpracę z okupantem i występowali w rewii i teatrze podczas wojny. Nam łatwo oceniać, bo nie żyliśmy w tamtych czasach, a przecież każdy musiał z czegoś żyć…

Ale wróćmy do szalonych lat 20-tych i 30-tych. Zamknijmy oczy… Przed nami Warszawa, zwana wtedy Paryżem Północy, niezliczona liczba spektakli, rewii, kabaretów, przez które przewinęły się niemalże wszystkie gwiazdy wczesnego kina polskiego. A te piosenki! Chyba każdy Polak potrafi zanucić „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, albo „Już taki jestem zimny drań”, ale nie każdy wie, że pochodzą one właśnie z przedwojennych polskich filmów. Sławomir Koper przytacza również zabawne anegdoty związane z opisywanymi gwiazdami, np. z Eugeniuszem Bodo i jego dogiem Sambo:

Pewnego dnia - opisywano w ‘Gazecie Codziennej’ - wszedł Bodo do sklepu po sprawunki, a Sambo oczywiście za nim. Na widok straszliwej bestii z wywieszonym ozorem dwie obecne starsze panie wydały okrzyk przerażenia.
  • Niech się panie nie boją - rzekł Bodo - on nie jest już głodny, zjadł już jednego człowieka na śniadanie.
Eugeniusz Bodo i Sambo (od prawej ;) )

Podsumowując, książka ta raczej nie zaskoczy niczym nowym wielbicieli przedwojennego kina i teatru, ale czy można mieć dość tych opowieści? Jest natomiast świetną pozycją dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z magią lat 20-tych i 30-tych, jak również dla tych, którzy do tej pory nie zetknęli się z żadnym przedwojennym filmem i nie wiedzą, co tracą. Książka jest lekka, wydana w miękkiej oprawie, dzięki czemu zmieści się w każdej torebce, a za okładkę ja osobiście oddałabym duszę komu trzeba. Niektórzy krytykują autora za brak źródeł, nieprzejrzystą bibliografię, ale należy podkreślić, że nie jest to pozycja naukowa, tylko przyjemna lektura w podróży (również w czasie!) i do snu, która ma na celu ocalenie od zapomnienia tych, do których wzdychali nasze babcie i dziadkowie, a których tak niewielu dzisiaj pamięta.


Podsumowanie: aspirujący porucznik ****
Oprawa graficzna: 6/6 kupiłabym książkę dla samej okładki

Joanna Szymańska-Godard
blogerka na Tango Notturno
miłośniczka starego kina, prowadzi fanpage poświęcony sylwetce Eugeniusza Bodo


poniedziałek, 17 czerwca 2013

MATRIOSZKA ROSJA I JASTRZĄB - MACIEJ JASTRZĘBSKI (2013)

Sierpień 1991 roku,  Moskwa. Maciej Jastrzębski, reporter Polskiego Radia, ląduje w samym środku wydarzeń, nazwanych później "sierpniową rewolucją". Czy jest świadom tego, że znajduje się w miejscu, gdzie dzieje się historia? Czy nowa Rosja odkryje swoje prawdziwe oblicze reporterowi z Polski?

Przeciętny homo sovieticus nie miał łatwo. Po rozpadzie ZSRR Rosja jak gąbka chłonęła wszystko, co uważała za "zachodnie".  W efekcie powstała wybuchowa mieszanka tego, co nowe i stare, wielowarstwowe dzieło historii. Dla autora poznawanie Rosji jest odkrywaniem kolejnych warstw, schodzeniem wgłąb w poszukiwaniu "rosyjskiej duszy". Stąd porównanie Rosji do matrioszki - każda kolejna różni się od poprzedniej, aż w końcu  znajdujemy tę ostatnią, skrzętnie ukrytą przed niepowołanym wzrokiem. 

"Nie ma jednej Rosji" - przekonywał publicysta Wacław Radziwinowicz na spotkaniu w Gdańsku. Podobny obraz kraju i społeczeństwa rosyjskiego rysuje też Maciej Jastrzębski. Z metra, gdzie podróżnym przygrywa kaleki żołnierz wojny czeczeńskiej, czytelnik wychodzi na ulicę z ekskluzywnymi butikami. W cieniu kopuł Kremla, skrywającego wiele tajemnic, przechadzają się nie tylko turyści - również ci, których życia owe tajemnice złamały. 

Jastrzębski nie ogranicza się jedynie do przybliżenia historii Rosji. Ona jest ważna, żeby zrozumieć wiele aspektów współczesnej polityki, jednak aby poznać ludzi trzeba sięgnąć dalej. Oglądając filmy, czytając książki, słuchając rosyjskiej muzyki, podsłuchując rozmowy w metrze autor poznawał gusta i marzenia Rosjan. Przyznaje, że gdy przyjeżdżał do Rosji na krótko, widział tylko to, co chciał zobaczyć i szukał potwierdzenia dla stereotypów. Dopiero po kilku latach zaczął dostrzegać, że "oprócz czerni i bieli są również inne kolory". Mniej mówi, więcej słucha. Zbiera historie prostych ludzi i zauważa, że te nie zawsze pasują do podręcznikowych schematów. 

Rosja to kraj, w którym nic nie jest oczywiste, a zaszłości historyczne często budzą wiele kontrowersji, tym samym przesłaniając rzeczywisty obraz. Dlatego tak fascynujące jest zaglądanie do środka "rosyjskiej matrioszki", poznawanie jej bardziej odległych, niezauważalnych na pierwszy rzut oka, zakamarków. Książka Jastrzębskiego jest doskonałym "wstępem" do dalszego odkrywania rosyjskiej rzeczywistości: mentalności, meandrów polityki, zwyczajów. Cieszę się, że autorowi udało się pisać bez uprzedzeń i nabrać dystansu do stereotypów. 


Podsumowanie: pułkownik *****
Oprawa graficzna: 5/6 fajna okładka, nawiązująca do tytułu, z czcionką przypominającą grażdankę

Ruszyła seria spotkań z autorem, Maciejem Jastrzębskim. Harmonogram: 18 czerwca w Warszawie (godz. 18:00, Traffic Club), 20 czerwca w Gdańsku (godz. 18:00, Biblioteka w CH Manhattan), 21 czerwca w Bydgoszczy (godz. 18:00, Radio PiK), 22 czerwca we Włocławku (godz. 15:00, Miejska Biblioteka Publiczna (Warszawska 11/13)). 



Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy:


czwartek, 13 czerwca 2013

BLAZE (2007) - RICHARD BACHMAN


wyd. Warszawa 2007

Nie jest łatwo być głupolem. Jeszcze trudniej jest być głupawym dryblasem z wielką banią i wklęsłym czołem. Jeśli dodamy do tego szemraną przeszłość, otrzymujemy typa którym stajecie się w najgorszych snach. W tych mokrych...od potu. Poznajcie Blejzińskiego.

Blaze to Piotruś Pan, którego mama karmiła z procy i który we wczesnym dzieciństwie upadł z kołyski na betonik. Jednym słowem - nieciekawy i niezbyt bystry typ, jednocześnie naiwnie radosny i ufny. Kiedyś myślenie jakoś mu jeszcze szło, ale od czasu, kiedy ojciec po pijaku zrzucił go ze schodów, Windows Blaze'a ma problemy z przetwarzaniem danych. Dzieci w szkole wykorzystują go i śmieją się z jego "dziury"w czole. Jest jak niedźwiedź w domu starej panny - otoczony kociakami, które mógłby zmieść, gdyby tyko zechciał dmuchnąć i chuchnąć. Rzecz w tym, że wcale nie chce. Rzecz w tym, że zdaje sobie sprawę z tego, że bystrością nie grzeszy.

Gdyby był tak głupi, że nie wiedziałby nawet, że jest głupi, jego życie byłoby o wiele prostsze. Co robi człowiek, który wie, że jego mózg ma zapłon jak diesel na mrozie? To samo co pryszczata trzynastolatka, kiedy chce pójść na tańce. Szuka sobie towarzysza lepszego od siebie. Dlatego też Blaze ma kumpla, z którym zawarł niepisany układ: jeden ma rozum, a drugi mięśnie. Związek idealny? Odpowiedź znajdziecie w książce.

Książka nie jest gruba, ale naprawdę warta przeczytania. Może nie jest to też arcydzieło na miarę Kinga, a jednak nie wstyd polecić znajomym. Pod powłoczką sympatycznej, lecz lekko przewidywalnej i banalnej historii znajdziemy kilka rzeczy wartych przemyślenia. Mówią, że "przyzwyczajenie drugą naturą człowieka". Okazuje się, że przywiązanie jest trzecią. Lecz nie ostatnią.

"Blaze" to lektura na jeden dzień czytania i tydzień dumania. Leci się przez nią jak burza. Z piorunami. Bardzo dowcipna, ale nie głupia (wystarczy, że bohater nosił za ciasne czapeczki). Dostarczająca zarówno rozrywki, jak i przeżyć moralnych. Idealna pozycja dla tych, którzy chcą się rozerwać nie odmóżdżając.

Bachman umarł młodo na raka pseudonimu. Na szczęście zostawił po sobie kilka książek wartych poznania.



Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: 8/10 - zyskuje po przeczytaniu.

sobota, 8 czerwca 2013

SZMARAGDOWA TABLICA (2013) - CARLA MONTERO


Pisałam ostatnio, że mam dobrą passę i wszystkie książki, które wpadają mi w ręce podobają mi się, niektóre z nich lądują nawet na liście ukochane-drukowane ;-). No i masz babo placek - dorwałam "Szmaragdowa tablicę" i szczęście diabli wzięli. Dostałam kosę, upadłam na betonik, a Montero rozgniotła moje zęby na chodniku.

Takiego dziadostwa już dawno nie czytałam. Przy "Szmaragdowej tablicy" nawet nieszczęsny "Dar wilka", który okazał się porażką roku 2012, to arcydzieło na miarę Nobla. Zacznijmy od tego, że "czytałam" to za dużo powiedziane. Ta czynność jest niemożliwa z dwóch powodów: pierwszym jest irytacja a drugim rozbawienie. Poza tym "Szmaragdowa tablica" wpływa negatywnie na mój wizerunek porządnej dziewczyny z osiedla. Siedzę sobie kulturalnie w tramwaju, czytam tę funta kłaków nie wartą cegłówkę (a może raczej powinnam powiedzieć "pustaka") i w kilkusekundowych odstępach wybucham: "Ku***, co za szajs!" albo dla odmiany zanoszę się śmiechem wymachując przy tym rękami i pokazując towarzyszom podróży komplet uzębienia: "I jeszcze niech oślepnie! I Hitler! Tego jeszcze nie było!" Należy dodać, że śmiech mam wyjątkowo donośny.

Zacznijmy od tej części książki, która w normalnych warunkach nazywana jest fabułą. Pomieszanie z poplątaniem. Widać, że autorka lubi Dana Browna (znanego również jako Bran Down) ;-) i chciała napisać coś równie pokręconego i wciągającego jednocześnie, ale zabrakło jej jednej rzeczy: umiejętności. Co prawa Brown też nie należy do geniuszy pióra i wszystkie książki pisze na jedno kopyto, ale przynajmniej przygotowuje się merytorycznie do pracy. Różni ich jeszcze jeden, tyci-tyci szczególik - Dan Brown umie się wysłowić i jego książki da się czytać, a nawet czyta się z przyjemnością, pomimo, że wszystkie są takie same.

Na początku myślałam, że to wina tłumacza - nie przyłożył się chłopak, może miał wolny weekend, a wszyscy wiemy, jak ciężko płyną myśli po sobocie. Ale po jakimś czasie utwierdziłam się w przekonaniu, że niepotrzebnie rzucałam oskarżenia. Nawet zrobiło mi się go szkoda, bo pewnie ma podpisaną umowę i po prostu kazali mu to tłumaczyć - zapewne już nigdy nie będzie taki jak dawniej i żadne pieniądze nie wynagrodzą mu uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Zdecydowanie zasłużył na dopłatę za pracę w trudnych warunkach. Gorszej narracji nie widziałam. Długie, bezsensowne, kwadratowe zdania, wleczące się jak smród w upalny dzień. Dialogi tak jałowe i naciągane, że aż śmieszne - idealne do szkolnego przedstawienia albo do "Ukrytej Prawdy" w TVN.

"I przekonał siebie, że powinien to zrobić, nie mieszkając, korzystając z mroku nadciągającej nocy." - Takie oto zdanie napotykamy już na pierwszej stronie. Nie mogę go nazwać inaczej, niż "zajebiste". Dalej jest tylko lepiej: "Zmarszczki na jego twarzy zdradzały, że jest starszym człowiekiem". Dzięki Sensei, nie wpadłabym na to. A na koniec: "Można by powiedzieć, że z Kopciuszka stałam się księżniczką, a mniej poetycko, że z budynku przemysłowego stałam się modnym lokalem." - naprawdę, bardzo to było poetyckie... Zapewne Brzechwa w grobie się kręci jak na rożnie. Dialogów nie będę przytaczać, bo nie zaśniecie, a w weekend należy się wyspać.

Jedyne, co mi się podoba to okładka - bardzo ładnie dobrane kolory i fajnie zaprojektowany obrazek. Myślę jednak, że drugie wydanie powinno zostać wydrukowane na papierze toaletowym - nie dość, że ekologicznie, to jeszcze pożytecznie, bo książki tej grubości nawet nie można pod stolik podłożyć. A spalić szkoda, bo okładka fajna.

Książkę polecam tym, którzy idą na urodziny do kogoś, kogo bardzo nie lubią i nie wiedzą, co dać w prezencie.




Podsumowanie: RANGA ZERO - obieranie kartofli dla armii.
Oprawa graficzna: 10/10








Za egzemplarz recenzyjny dziękuję 
Domowi Wydawniczemu REBIS




czwartek, 6 czerwca 2013

Zabierz książkę #NaKawe. Dołącz do akcji!

Mówią, że dom bez książki to jak dom bez okien. Mówią też, że książki są jak przyjaciele - zawsze obok, kiedy tego potrzebujesz. Dlaczego by nie zaprosić swoich przyjaciół na kawę?

Dla wielu osób czytanie jest chwilą relaksu przy filiżance kawy lub herbaty. Czy to w domu, czy na tarasie, a być może w kawiarni na mieście - zrób zdjęcie swojej ulubionej książki i kawy, dodaj je na Instagram i otaguj hashtagiem #nakawe. Marzy nam się, aby książki zaistniały także w coraz bardziej popularnym serwisie Instagram. 

InstaAkcja #NaKawe to jeden z pomysłów, który zrodził się na spotkaniu bookcrossingowym. Koniecznie dołącz - niech tzw. bookporny zdominują Instagram! Zasady są proste:

1. Zrób zdjęcie książki ze swoją ulubioną kawą, dodaj na Instagram i oznacz tagiem #NaKawe
2. Zdjęcia mogą być wykonane w dowolnym miejscu: w kawiarni, ogródku, w domu, na ławce
3. Celem akcji jest promocja czytelnictwa. Weź udział i podaj dalej!

#NaKawe (wybrane instagramy z maja!)






jonaszek


blueeyed_gigi

Do akcji dołaczyło Miasto Gdańsk! Zdjęcie z oficjalnego profilu Gdańska



P.S. Akcji patronuje restauracja Cynamon w Gdyni. W czerwcu i lipcu obsługa Cynamonu wybierze jedno ze zdjęć (raz w miesiącu) i jego autora wraz z osobą (i książką) towarzyszącą zaprosi na kawę :) Więc jeżeli planujesz odwiedzić Trójmiasto w wakacje - daj się zaprosić!