• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

piątek, 31 maja 2013

WYZNANIA GEJSZY (1997) - ARTHUR GOLDEN

wyd. Warszawa 2000

Mam ostatnio dobrą passę. Niemal każda książka, która wpada mi w ręce jest rewelacyjna, lub w najgorszym przypadku dobra. Moje wyprawy łowieckie do antykwariatów też należy zaliczyć do udanych. "Wyznania gejszy" to jedna z tych książek, którą kupujesz, czytasz i nie możesz się nadziwić, czemu ktoś oddał TAKĄ książkę.

Na pewno nie jedna z Was marzyła choć raz w życiu, żeby być kimś wyjątkowym, codziennie wyglądać pięknie, niczym rozkwitający kwiat magnolii. Być pełną gracji, wdzięku i swoistej elegancji,  a zarazem siły i wiary w siebie. Czuć na sobie tęskne spojrzenia mężczyzn, którzy zrobią wszystko za jeden uśmiech i zazdrosny wzrok kobiet, które widzą w nas niedościgniony ideał. Jeden ruch nadgarstkiem, jedno spojrzenie, gest - tak delikatny, iż niemal nieuchwytny - i cały świat mamy u swoich stóp. Takie właśnie są gejsze.

"Wyznania gejszy" to książka magiczna, wypełniona po brzegi egzotyką, co pozwala choć w małym stopniu poczuć się tak, jakbyśmy tam byli - zasłuchani w szum wody, z czarką zielonej herbaty w dłoniach. Bardzo lubię książki obyczajowe, a ta zostaje wpisana na listę ulubionych. Rozbudowane opisy czyta się fenomenalnie, w ogóle nie odczuwając znużenia, jak to zwykle bywa w takich przypadkach. Książka powstawała dziesięć lat, a na listach hiciorów znajduje się już lat szesnaście - trudno wymarzyć sobie lepsza nagrodę za trud włożony w pracę nad powieścią.

A pracy na pewno było niemało - "Wyznania gejszy" obfitują w bezcenne informacje na temat japońskiej kultury. Przyznaję, że czasami ciężko mi było zrozumieć postępowanie bohaterów, a ich sposób myślenia zupełnie do mnie nie przemawiał - po prostu trzeba przyjąć świat zawodowych uwodzicielek takim jaki jest, zaakceptować go i dać się ponieść historii. Pomimo dość liniowej fabuły i braku zaskakujących zwrotów akcji książka wciąga już od pierwszych stron - naprawdę nie można się od niej oderwać Nie zdziwcie się, jeśli będziecie czytać ją w butach i czapce po powrocie do domu- tak pochłonięci lekturą, że nawet nie zauważyliście, że już dawno wyszliście z tramwaju.

"Wyznania gejszy" nie tylko wciągają nas swoim przypudrowanym noskiem - odkładając (z żalem) książkę na półkę robimy to mądrzejsi - ogrom informacji sam wskakuje do głowy. Dla mnie to nie jest opowieść o uwodzeniu. To opowieść o tym, jak bardzo życie potrafi pokręcić nasze ścieżki. Na szczęście poza fabułą nie ma tu już nic liniowego - bardzo podobały mi się postacie, które może na pierwszy rzut oka są czarno-białe, jednak kiedy podejdziemy bliżej okazuje się, że są to odcienie szarości. Pomimo różowego zakończenia książka jest wypełniona smutkiem i nostalgią, od czasu do czasu przerywanych delikatnym słonecznym promykiem, który na nowo daje nadzieję.

Książka mówi o jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy, która zaprząta mój umysł od jakiegoś roku i regularnie do mnie wraca: u sąsiada trawa jest bardziej zielona. Nie każdy może zostać gejszą. Przyjęcia, uwielbienie obu płci, przepiękne stroje, błyskotki i pyszności na stole. Marzenie? Być może. Ale pamiętajcie: nie wszystko złoto, co się świeci. 

Ps. Podobno książka Mineko Iwasaki "Gejsza z Gion" jest jeszcze lepsza - bo z pierwszej ręki. Muszę zapolować.



Podsumowanie: Pułkownik *****
Oprawa graficzna: 8/10 - intrygująca...








Zapewne sporo z Was widziało film o tym samym tytule. Ja zabrałam się do niego od razu po przeczytaniu książki. Liczyłam na coś wystrzałowego, a dostałam przeżutą papkę. Film tragiczny - nudny i powierzchowny - zamiast skupić się na tym co ważne podkreśla to, z czym walczy książka - że gejsze to tylko luksusowe panie do towarzystwa. Ale jest kolorowo - warto obejrzeć. Zwiastun, bo film Was zabije.

 

wtorek, 28 maja 2013

KONKURS: wygraj "Dziennik znaleziony w piekarniku" Marka Susdorfa



Marek Susdorf
DZIENNIK ZNALEZIONY W PIEKARNIKU

W niniejszym dzienniku niejaka Magdalena D., zrzędliwa kura domowa, prezentuje czytelnikowi wątpliwe wdzięki swojego otoczenia, opisując nie tylko to, co ma przed oczami, lecz także - co kryje pod spódnicą. Nie bez odrobiny satysfakcji narratorka odsłania kurtynę dzielącą ludzkie oczekiwania od nieludzkiej rzeczywistości. Najistotniejsza jest tu jednak zależność matka - niemowlę. Czy dziecko jest moim wrogiem czy sprzymierzeńcem? - pyta samą siebie Magdalena D. Naznaczona jako kobieta i jako matka, nie potrafi wcielić się w żadną z nich. Postawiona ostatecznie w sytuacji bez wyjścia, postanawia wziąć nogi za pas i uciec w głąb siebie.

Dwa egzemplarze "Dziennika..." czekają na czytelnika! Książkę oddamy temu, kto w błyskotliwy sposób zakończy zdanie:   


Urok małych dzieci polega na...

Na odpowiedzi czekamy do północy 7 czerwca pod adresem misjaksiazka[at]gmail.com. W tytule wiadomości prosimy o wpisanie "Konkurs-dziennik". 



NAGRODZENI

Książki wędrują do: Patrycji Paliczka oraz Eli (mail eluchi1974)
Dziękujemy za udział i zapraszamy do kolejnych naszych konkursów!

niedziela, 26 maja 2013

SPRYCIARZ Z LONDYNU (2012) - TERRY PRACHETT

wyd. Poznań 2013

O Prachecie słyszałam wiele. Niektóre z tych historii spokojnie można ochrzcić mianem legendy, co prawda niejasnej i pokrętnej, jednak legenda to legenda. Kupiłam kiedyś "Prachetta" bratu. Chyba będę musiała się do niego uśmiechnąć i złożyć podanie o pożyczkę. "Spryciarz z Londynu" to naprawdę szczwany lisek - uzależnia, zanim zdążysz powiedzieć"kiełbasa".

Czynnik uzależniający numer jeden: pomysł. Bardzo przypadł mi do gustu, może dlatego, że jestem świeżo po lekturze"Pachnidła" - słuszna część akcji "Spryciarza" rozgrywa się w wonnych londyńskich kanałach, gdzie króluje Dodger - król zbieraczy. Ci to mają życie... Chodzą sobie  po kanałach i znajdują to, co inni zgubili - monety, biżuterię i całe mnóstwo innych skarbów. W sumie zawód zbieracza jest całkiem fajny - poza nieprzyjemną wonią (a do tego, jak wiadomo, można przywyknąć) i przykrymi niespodziankami czekających na tych, którzy przez nieuwagę mają (nie)przyjemność oglądać konie od spodu. A chyba każdy wie, co robią konie podczas postoju...? Zaryzykuję stwierdzenie, że wolę jednak wąchać od spodu kwiatki niż zadek jakiejś szkapy... Ale dość narzekania! Witajcie w świecie Dodgera - spryciarza z Londynu.

Czynnik uzależniający numer dwa: język. Genialny, dowcipny, łatwy w odbiorze, lecz nie infantylny. Jednym słowem, to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Przyznam, że bałam się trochę tego humoru i chyba dlatego zwlekałam z rozpoczęciem przygody z tym autorem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Prachett to taki Monty Python papieru. A ja nienawidzę Monty Pythona! Na szczęście okazało się to nieprawdą, a żarty serwowane w "Spryciarzu z Londynu" nie tylko trzymają poziom, ale i podnoszą poprzeczkę. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie - zarówno amatorzy bezpośredniości jak i fanatycy skrzętnie ukrytego dowcipu. Siebie umieściłabym pośrodku.

"- Sal, jak zrozumiałem z opowieści Karola, to ten dżentelmen wyznania mojżeszowego, z którym dzielisz mieszkanie?
- Nie wiem, co mu wyznał Mojżesz, ale mam wrażenie, że Sal jest Żydem."

Zaletą narracji jest również to, że w zasadzie banalna historia stała się czymś więcej. Okazuje się, że z Pratchetta taki Kolumb jak trąba z pewnej koziej części ciała - nie ma tu niczego odkrywczego. A jednak wciąga. Ba, da się nawet z niej czegoś dowiedzieć! "Spryciarz z Londynu" to barwnie przedstawiony obraz londyńskiej biedoty z czasów, gdzie na ulicach zamiast Daewoo Tico śmigały dorożki. Pojawiają się również postacie historyczne, takie jak Robert Peel czy Karol Dickens. Mówię Wam - palce lizać! Uprzednio dokładnie je wyszorowawszy po wizycie w kanałach, ma się rozumieć.

Antidotum: obwoluta. Nie toleruję obwolut. Denerwują mnie, zaginają się i przeszkadzają podczas czytania. Kiedy na okładce jest ta sama grafika - przeżyję. Gorzej, gdy pod spodem jest wielkie, szaro-bure nic. Na szczęście "Spryciarz" należy do pierwszej kategorii. Jednak poza standardowymi "wkurzajkami" jest tu jeszcze jedna dość istotna wada. Otóż wszystkie literki na obwolucie są pięknie pozłacane. Po tygodniu wożenia książki w torebce i ciągłego macania złoto się starło. Zostało puste miejsce, a litery na okładce pod obwoluta już nie są "złote". Takim oto sposobem książka czytana raz, z oryginalną obwolutą, która ma podobno chronić ją przed zniszczeniem, wygląda jak kupiona w antykwariacie. Nie umniejszając moim ukochanym jaskiniom rozkoszy, ma się rozumieć.

Podsumowując, książka na pewno warta jest uwagi, można ją polecić znajomym, a nawet przeczytać drugi raz. Cieszę się, że to od niej zaczynam przygodę w Prachettem, o którym tak wiele słyszałam. Myślę, że jestem dobrym materiałem na nową fankę. Terry, nie spieprz tego.

Podsumowanie: Pułkownik ***** 
Oprawa graficzna: 3/6 - ja lubię złoto....

 




Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy





piątek, 24 maja 2013

Madonny i Ladacznice. Rozmowa z Weroniką Rafą


Weronika Rafa, studentka gdańskiej ASP, pasjonatka psychologii. Autorka projektu LADACZNICA, łączącego  słowo, design i sztukę typografii. W rozmowie z Misją opowiada o tym, co się kryje za biało-czarnymi słowami w jej książce. 

Ana Matusevic: Jesteś feministką?

Weronika Rafa: Zależy, co kto rozumie przez określenie "feministka" - ostatnio ma ono czasem wydźwięk negatywny. Na pewno wspieram kobiety i kobiecość, jeżeli o to chodzi.

A.M.: Rzeczywiście, określenie to nabrało pejoratywnego znaczenia. Dodatkowo, każdy, kto porusza kwestię przemocy wobec kobiet, równości, stereotypów, od razu dostaje feministyczną łatkę. Twój projekt, jaki jest? Powstał z potrzeby walki, udowadniania czegoś, czy rejestruje rzeczywistość, opowiada?

W.R.: Nadajemy ludziom łatki, bo ma to związek z efektem odwetu - jeśli ktoś podważa istniejący porządek inni niekoniecznie będą to akceptować. Moim projektem nie chciałam z nikim walczyć ani nic udowadniać, raczej podzielić się informacjami, które posiadałam i które wydały mi się ciekawe. Ladacznica co prawda wygląda na książkę o kobietach, ale rzeczy, które w niej opisuję, dotyczą wszystkich. Miałam do wykonania pewne zadanie i treść związana z psychologią rodzaju wydała mi się najlepszą inspiracją.



A.M.: Poruszasz problematykę stereotypów, wynikającej z tego dyskryminacji. Tłumaczysz teorię ambiwalentnego seksizmu. Wydaje mi się, że jest to pojęcie, które niezwykle trudno wytłumaczyć. No bo jak można krytykować na pierwszy rzut oka pozytywną postawę: szacunek i miłość do kobiet pięknych, delikatnych, "czystych", spełniających się jako matki oraz brak zgody na "złe prowadzenie się"?

W.R.: Uważam, że szacunek jest bardzo potrzebny w każdej interakcji. W LADACZNICY zwracam uwagę na to, że odbiór zachowań kobiecych jest często ograniczony do dwóch skrajności: kobiety niemal świętej i tej godnej potępienia. Nikt nie jest przecież całkowicie dobry lub zły, nasze wady mieszają się z zaletami i to naturalne, że będziemy postępować różnie. Teoria ambiwalentnego seksizmu P. Glick i S. Fiske jest bardzo inspirująca i świetnie tłumaczy zależności pomiędzy różnymi sposobami oceny kobiety. Muszę jednak przyznać, że moja książka jest przede wszystkim graficzna i przedstawia temat bardzo pobieżnie. Jeżeli ktoś jest zainteresowany pogłębieniem wiedzy na wymienione tematy, zachęcam do lektury branżowych opracowań. 



A.M.: Ladacznica to projekt złożony. Jest to książka-album, gdzie siła przekazu oparta jest na graficznym przedstawieniu słów w kolorze czerni i bieli. 

W.R.: Początkowo planowałam użycie większej liczby kolorów, ale w trakcie pracy postanowiłam je wyeliminować. Czerń i biel pasują, ponieważ podkreślają stereotypowy świat, gdzie nie ma szarości i wszystko jest na "tak" albo "nie". Natomiast manipulacje słowami związane są z tym, że bardzo lubię dwuznaczności. Podoba mi się takie słowotwórstwo, gdy wyrażam więcej przy użyciu mniejszej liczby liter. Słowa jak MULEGŁOŚĆ czy CZYSDOŚĆ miały zachęcić do refleksji, ale jednocześnie są swoistą ilustracją tekstu. 

Tworzenie grafik zaczynałam zawsze od wypisania sobie różnych wyrazów na kartce papieru - jestem wzrokowcem i tak myśli mi się najlepiej. Często także jakieś słowo przychodziło do mnie zupełnie niespodziewanie - np. w kolejce czy jak byłam na zakupach. Potem starałam się przestawiać poszczególne litery, dodawać inne, sprawdzałam brzmienie tworzonych słów... Większość wyrazów, jakie powstały, nic nie znaczyła, ale czasem pojawiało się słowo, przy którym czułam, że "to jest to" i będę mogła je wykorzystać.

A.M.: Czy ta forma się sprawdziła? Czy udało się nawiązać kontakt z odbiorcą? Ladacznica w formie plakatów została pokazana m.in. w Znikającym Klubie. Czy przejście z książki na plakat zmienia sposób odbierania twojej pracy? 


W.R.: Forma sprawdziła się. Myślę, że ludzie doceniają to, iż sami mogą się domyślać, o co chodzi w tych wszystkich dwuznacznościach. Biorąc pod uwagę zainteresowanie moją pracą oceniam, że kontakt z odbiorcą został nawiązany. Plakaty nie są co prawda książką, ponieważ ich wymiar jest mniej intymny, ale cieszę się, że zaczęłam pokazywać LADACZNICĘ w ten sposób. Znikający Klub oraz inne wystawy dają mi szansę do dotarcia do większej liczby odbiorców.

A.M.: Jesteś studentką gdańskiej ASP. Jakie masz plany twórcze na najbliższą przyszłość? Zapowiada się kontynuacja Ladacznicy bądź inny społecznie zaangażowany projekt?

W.R.: Jestem studentką, ale ostatnio poświęcam się LADACZNICY, a więc sprawom pozaszkolnym. Zaangażowałam w projekt również moją przyjaciółkę z Uniwersytetu Gdańskiego. Razem zamierzamy zająć się organizowaniem wystaw oraz współpracą z ludźmi, którzy się nami zainteresowali. W chwili obecnej nie potrafimy powiedzieć, dokąd zaprowadzi nas LADACZNICA - być może wszystko pójdzie w kierunku publikacji, może kampanii a może poprzestaniemy na prowadzeniu strony. Nie sposób tego przewidzieć. Na dodatek, oprócz L stworzyłam jeszcze jej angielską wersję - PROMISSCUOUS. Z nią również będziemy miały pełne ręce roboty. 

Chcę kontynuować łączenie psychologii z designem. Dobrze się czuję w tym temacie, a nie poruszyłam jeszcze nawet 1/10 zależności pomiędzy męskością a kobiecością w społeczeństwie. Wiem na pewno, że za rok przedstawię książkę o męskości. LADACZNICY bardzo brakuje czegoś takiego. Oczywiście, w międzyczasie robię zlecenia oraz projekty na studia. Nie mogę poświęcać się jedynie społecznym pracom bo myślę, że szybko bym się wypaliła. Obecnie przygotowuję książkę z sarkastycznymi wierszykami dla dzieci i jest to miła odskocznia.

A.M.: Dzięki za rozmowę. 

środa, 22 maja 2013

Lans-bans z Narodowym w tle

Jeżeli niebo istnieje, to wygląda jak Stadion Narodowy w ubiegły weekend. Zamiast budyniowych chmurek - stoiska zawalone książkami. Zamiast rozkosznych cherubinków - moc pisarzy i ciekawych ludzi, spotykanych zupełnie przypadkowo. Spoglądając w górę na (niegdyś nieszczęsny) dach stadionu, myślałam sobie: "chwilo trwaj!".
Przesadzam? Ani trochę. Oto kilka powodów, dla których warto było odwiedzić IV Warszawskie Targi Książki.

Stadion Narodowy.
Na stolicę ruszyłam pod sztandarem supermocy czytelniczych, które reprezentowane były przez nasze misyjne przypinki. Supermocami obdarowałam m.in. Annę Dziewit-Meller, wydawnictwo Czarne, Roberta Drózda... Zanim jednak do tego doszło, przez cały dzień bujałam się (z przyjemnością!) po Narodowym. Zresztą, uważam, że lokalizacja bije na głowę wszystkie inne miejsca, w których jakiekolwiek polskie Targi Książki miały okazję się odbywać. Być może przyciągnęła też tych rzadziej czytających..?

Niezwykłe odkrycia
Człowiek sobie nawet nie uświadamia, jakie tytuły i wydawnictwa istnieją na rynku wydawniczym. Na przykład, wydawnictwo Kwiaty Orientu, promujące kulturę koreańską w Polsce. Stoiskiem opiekowała się pani ubrana w hanbok, z szerokim uśmiechem opowiadała o książkach i organizacji, w której pracuje. Albo taka książeczka dla dzieci: "Psia kupa". O smutnej, porzuconej kupce, samotnej i nieszczęśliwej. 

Tygodnik Do Rzeczy obok Wydawnictwa Latarnik.
Czy tylko mnie bawiło takie rozmieszczenie wystawców? Przy okazji muszę napisać, że 5-minutowa rozmowa z Tomaszem Raczkiem jest jednym z najmilszych wspomnień tego dnia.

Tania książka!
Duże rabaty na nowości, starsze wydania po taniości. Oni tu naprawdę sprzedawali książki z ceną 45zł na okładce za trzy dyszki. I jeszcze miałeś okazję spotkać autora face-to-face i powiedzieć mu, co o nim myślisz. 

Księgarnie rosyjskojęzyczne
Wytropiłam trzy. Książki w oryginale, autorzy (Siergiej Łukjanienko opowiadający o tym, jak doznał oświecenia i jak chyli czoła przed Lemem), rosyjski live,  rozmowy. Ofertę zagranicznych rynków wydawniczych prezentowały też niektóre ambasady, niekiedy bardzo egzotyczne.

Bruczkowski, Grzędowicz, Cabré, Krall, Mleczko
Wyliczać można bardzo długo. Obok piszących byli też brylujący: Korwin-Piotrowska, Grycan, Kondrat i wiele innych, których nie poznawałam, bo nie oglądam TV. Byli na wyciągnięcie ręki, można było dotknąć, przytulić, podyskutować. 

Tu się dzieje
Nagrody i nominacje. Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku wróciła do domu z IKAREM 2013 za wyróżniającą się aktywność w wychodzeniu z ofertą biblioteczną do lokalnej społeczności. Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego znowu trafiła pod szyld Wydawnictwa CZARNE - dla Eda Vulliamy za "Ameksyka. Woja wzdłuż granicy". Ogłoszone zostały nominacje do NIKE i Nagrody Literackiej Gdyni. Słowem, jeżeli coś się dzieje w tym czasie w literackim światku, to właśnie tu.


Zacny networking
Pisarze, wydawcy, blogerzy, gwiazdki i gwiazdeczki w jednym miejscu. Spotkania tematyczne, dyskusje, warsztaty. Za rok również nie można tego przegapić. 


V Warszawskie Targi Książki odbędą się na Stadionie Narodowym 22-25 maja 2014. Widzimy się? 

P.S. Zdjęcia z Targów do obejrzenia na naszym profilu FB. 

poniedziałek, 20 maja 2013

KONKURS: wygraj "Pieśń o poranku" Paulliny Simons z autografem

Paullina Simons "Pieśń o poranku" 

Niezapomniana opowieść o więziach, które nas łączą i pożądaniu, które nas rozdziela.
Larissa Stark ma cudownego męża, piękne dzieci i dom, który uwielbia. Ale czasami, gdy posiada się wszystko, przestaje to wystarczać. Przypadkowe spotkanie z młodszym nieznajomym mężczyzną odmienia jej idylliczne życie. Larissa zadaje sobie pytanie, czy to, w co do tej pory wierzyła, jest prawdą oraz zastanawia się nad tym, co wydawało się nie do pomyślenia. Ale jeśli odważy się na niemożliwy krok, czym stanie się jej życie? Obojętnie jakiego dokona wyboru, ktoś zostanie zdradzony...


Tylko u nas i tylko dziś i jutro!
Odpowiedz na pytanie i wygraj najnowszą powieść Paulliny Simons z autografem. 

Jakie tytuły noszą powieści z trylogii Paulliny Simons?

Na odpowiedzi czekamy do północy 21 maja pod adresem: misjaksiazka[at]gmail.com


Zasady konkursu:
- sponsorem nagrody (1 egzemplarz książki "Pieśń o poranku") jest Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku;
- nagrodę można będzie odebrać w środę, na spotkaniu z Paulliną Simons w Gdańsku; 
- jeżeli zwycięzca nie będzie mógł odebrać nagrody osobiście, książka zostanie wysłana pocztą.

Zapraszamy również na spotkanie z pisarką, które odbędzie się w środę w Bibliotece Manhattan. 

Edit 2013.05.22.

Poprawna odpowiedź na pytanie brzmi: trylogia Paulliny Simons składa się z powieści: "Jeździec miedziany", "Tatiana i Aleksander" oraz "Ogród letni"
Zwycięzną konkursu została Aleksandra Kawka.
Gratulujemy, kontaktujemy się mailowo :)

piątek, 17 maja 2013

DZIENNIK DIETY. SZCZUPLEJ DZIEŃ PO DNIU (PRACA ZBIOROWA, 2012)

Poradnik to za mało powiedziane. Jest to książeczka, która krok po kroku poprowadzi za rączkę wszystkie desperatki, pragnące zrzucić trochę wagi. 

Pisząc "desperatki" nie chce nikogo urazić - sama też do nich należę i wiem, jak to jest mieć te kilka kilo na plusie i nie mieć pomysłu na odchudzanie. Z wiecznie głodujących i odchudzających śmiałam się odkąd pamiętam. Diety, coraz to durniejsze, napawały mnie przerażeniem. Ale przyszła kryska - czasy mamy takie, że jeżeli nie chcesz rozleźć się jak buła drożdżowa, w pewnym momencie musisz o siebie zadbać.

Poradnik przygotowały panie Barbara Dąbrowska-Górska, Magdalena Jarzynka i Ewa Sypnik - Pogorzelska, które na co dzień pracują w jednej z warszawskich poradni dietetycznych. Pomysł na odchudzanie, przedstawiony w "Dzienniku...", opiera się na liczeniu kalorii, eliminowaniu z jadłospisu niezdrowych potraw, regularny ruch. Nie jest to więc żadne rewolucyjne odkrycie. Jednakże sposób, w jaki chcą zmotywować swoje czytelniczki zasługuje na uwagę.

Książka została wydana w formie dziennika, w którym dzień po dniu należy notować swoje posiłki. We wstępie bardzo przystępnie zostało wyjaśnione, kiedy można mówić o nadwadze, jak zbadać, czy na twoją wagę składają się mięśnie, czy tkanka tłuszczowa, jak obliczyć dzienne zapotrzebowanie na kalorie. Potem jest jeszcze ciekawiej, ponieważ każdego dnia dietetyczki zdradzają kilka trików zdrowego żywienia (np. o eliminacji glutaminianu sodu ze swojej diety, o zastąpieniu schabowego w panierce schabem pieczonym w folii itp.). W zamyśle, po czteromiesięcznej diecie regularnej kontroli tego, co się je, czytelnik powinien nie tylko schudnąć, ale również nauczyć się jeść zdrowo. 

Przyznam, że początkowo podeszłam do "Dziennika..." z dystansem. Motywujące slogany ("Wszystko można robić lepiej, niż robi się dzisiaj") na mnie nie działają, a oprawa graficzna poradnika wydała mi się nadzwyczaj infantylna. Jednak gdy już usiadłam do przestudiowania zawartości, zmieniłam zdanie. Jest to fajny sposób na bycie szczerym ze sobą, przeanalizowanie swoich nawyków żywieniowych, wyłapanie tych szkodliwych i zastąpienie ich  dobrymi. Poza tym, dobrze jest mieć wszystko w jednym miejscu, łącznie z fajnymi przepisami na niskokaloryczne dania. Nic odkrywczego nie znajdą tu "dietowe wygi" - wydaje mi się, że poradnik skierowany jest do początkujących. Pozycja może nie dla każdego, ale wśród poradników żywieniowych i dietowych - na pewno jedna z ciekawszych.



Podsumowanie
: aspirujący porucznik ****
Oprawa graficzna: 5/6 infantylna na pierwszy rzut oka, ale bardzo spójna w całością

środa, 15 maja 2013

Gra warta życia. Wywiad z Karolem Ketzerem

"Czereśnie prosto z drzewa" Karola Ketzera to jedno z moich odkryć bieżącego roku. O tym, co autor miał na myśli i jak powstały "Czereśnie..." opowiada Misji sam pisarz, którego do rozmowy nakłoniłam na... facebooku. 

☆☆☆

Ana Matusevic: Kilka tygodni temu do sprzedaży trafiła twoja pierwsza książka. To jest koniec czy początek?

Karol Ketzer: Początek. Na początku zawsze jest słowo. Jeżeli na początku jest coś innego niż słowo, to nie jest początek.

AM: Ale Ty zaczynałeś jako poeta, jakieś konkursy wygrywałeś. Niestety, gdy sięgnęłam po "Czereśnie..." już co nieco o tobie wiedziałam. "Niestety", ponieważ teraz nie wiem, czy ten poetycki klimat opowiadań, który zresztą bardzo do mnie przemawia, jest konsekwencją twojego dotychczasowego dorobku, czy mojej wyobraźni.

KK: Nie wiem dokładnie jakie głosy słyszysz w głowie, ale najprawdopodobniej to przeze mnie jednak.

AM: A więc, pewnego dnia usiadłeś, zapaliłeś papierosa, spojrzałeś na pustą kartkę i stwierdziłeś, że tym razem napiszesz opowiadanie.

KK: Nie. Pewnego dnia, a był to uwierz mi, bardzo zły dzień, przyszły do mnie pierwsze słowa pierwszego opowiadania. Zapisałem je, potem skończyłem całość, wcale nie szybko, bo sporo ponad miesiąc pisałem. Potem co jakiś czas dopisywałem następne. Mając już trzy, może cztery, postanowiłem, że chcę zrobić z tego zbiór i zrobiłem. 

AM: Szukasz czy raczej dajesz odpowiedzi? 

KK: Z tymi odpowiedziami to jest wiesz. Zgubiłaś kiedyś klucze do domu? Kiedy ich nie potrzebujesz ciągle gdzieś ci się rzucają w oczy, a kiedy ich potrzebujesz natychmiast, nigdzie nie możesz znaleźć. Podobnie jest w literaturze. Jeżeli dążysz do jakiejś konkretnej odpowiedzi, nie znajdziesz jej, na końcu będziesz wiedzieć mniej niż na początku, a czytelnik i tak nic z tego nie zrozumie. Ja po prostu naświetlam sprawy, przyglądam się im z bardzo różnych, dyskusyjnych stron. Wiesz, czasami myślę, że sztuką nie jest wiedzieć jak najwięcej o swojej historii i swoich bohaterach, ale jak na ironię "wiedzieć, czego o nich nie wiedzieć".

AM: Wiem o twoich bohaterach tylko to, co chcę wiedzieć. Na przykład taki Krystian z "Kamieni". Nie obchodzi mnie, kim jest, dlaczego taki jest. Dla mnie jest Poszukującym. Pozostawiasz szerokie pole do interpretacji, wydaje mi się, że każdy czytelnik ma szansę znaleźć w tych opowiadaniach coś innego. A może uważasz, że jednak należy wyjaśnić "co autor miał na myśli"? 

KK: "Co autor miał na myśli" to jedna z najskuteczniejszych metod, za pomocą których szkolnictwo zabija wszelkie zainteresowanie literaturą. Wręcz budzi do niej organiczny wstręt. Zresztą, każdy chodził do szkoły i pewnie pamięta jak to wyglądało. Oczywiście, mi chodzi o coś całkowicie odwrotnego. Tak, jak powiedziałaś. Ci bohaterowie "są tacy jacy są". Jak ich ocenisz, jakie wnioski wyciągniesz z ich historii, co o nich myślisz - to jest twoja, czytelnika, sprawa. Chodzi o to, żeby bohaterowie byli ciekawi, tacy, obok których ciężko ci przejść obojętnie. Na ile mi to się udaje, to już pytanie do czytelników. Zostawiam duże pole do interpretacji, ale przede wszystkim różnorodne pola dla obserwacji. Kiedy tworzę bohaterów, obmyślam ich tylko częściowo, a potem pozwalam żyć własnym życiem. W pewnym sensie bardziej zapisuję ich losy, w pewnym szalonym sensie jestem czymś w rodzaju notariusza losów tych wyimaginowanych bytów.

AM: Tarantino znany jest z tego, że w swoich filmach zawsze przygotowuje rolę dla siebie. Mało tego, prawie zawsze ginie w spektakularny sposób. Muszę cię spytać o Karola Ketzera, jednego z bohaterów "Czereśni...". Czym zawinił, że to właśnie jemu tak boleśnie się oberwało?

KK: Trzeba mieć dystans do siebie, zwłaszcza do siebie w tekstach. Najlepiej uzyskać go od razu rzucając się na głęboką wodę. Przyznasz, że już głębiej niż ja się nie da (śmieje się). 

AM: Wyobraź sobie, że czyta Misję całe rzesze młodych twórców, piszących do szuflady. Marzy im się wydanie książki, która rzuci wszystkich na kolana. Gra warta świeczki?

To zależy co mają robić na kolanach, bo wiesz, można się modlić, a można też ciekawsze rzeczy jednak. Pisarz to jest specyficzny artysta, tylko pisarze mają szuflady, w których kisną ich teksty. Obraz malarzowi się nie zmieści, podobnie rzeźba rzeźbiarzowi, nie wspominając już o muzykach, no chyba, że ktoś nagra płytę tylko po to, żeby schować ją do szuflady. 
W Polsce wydaje się naprawdę dużo książek, jest naprawdę dużo wydawnictw, trzeba po prostu przełamać się, otworzyć google i spróbować. Oczywiście większość tego co wychodzi to książki kiepskie, trywialne i zwyczajnie nudne. Trzeba pamiętać, że wiele osób traktuje pisanie wciąż jak pewnego rodzaju hobby, co moim zdaniem jest kosmiczną pomyłką. Na dodatek masz jeszcze na rynku takie maszkary jak Empik, czyli anty-księgarnię, której działalność jest jedną z głównych bolączek rynku, z już zwłaszcza dla debiutantów. To musi się zmienić. 
Podobna obserwacja dotyczy wydawnictw. Wiele z nich nawet w ogóle nie odpowie, albo po roku przyjdzie mail, że dopiero to przeczytali. Wiele będzie próbowało płacić książkami, kombinować przy umowach. W wielu wciąż czuć komunę. Ale tak jak mówiłem, to się musi zmienić i zmienia się już teraz. Ja wiem, że trudno uwierzyć w to, że coś się zmienia, ale każda wiara wymaga wysiłku. To jest dobry czas. Jeżeli będzie jeszcze więcej młodych pisarzy, z nowymi pomysłami, nowym podejściem, talentem, swobodą, to ten pierdolony beton pęknie jeszcze szybciej. To nie jest gra warta świeczki, tylko gra warta życia.

AM: Dzięki, Karol, za rozmowę. 

poniedziałek, 13 maja 2013

WAŁKOWANIE AMERYKI - MAREK WAŁKUSKI (2012)

Jeśli wierzyć słowom autora, głównym celem książki jest walka z mitami i wyjaśnienie przeciętnemu Kowalskiemu niepokazywanej w hollywoodzkich produkcjach strony USA. "Chciałem obronić Amerykę przed stereotypami, uproszczeniami i krytyką, bo w ostatnich latach ten kraj stał się "chłopcem do bicia" - mówił Wałkuski w Czwórkowym "Poranku OnLine". Tak też należy podejść do "Wałkowania Ameryki" - jako przystępnej wikipedii, napisanej przez Polaka, który spędził w Stanach kilka lat.

Paradoksem jest, że mimo zalewu informacji, filmów, muzyki rodem zza Atlantyku, o Stanach Zjednoczonych Ameryki wciąż wiemy niewiele. Wiedząc, kto jest prezydentem, nie wiemy nic o systemie wyborczym. Czytając o strzelaninach w szkołach, nie wiemy, dlaczego Amerykanie upierają się przy łatwym dostępie do broni. Słuchając Shania Twain nawet się nie domyślamy, że reprezentuje najpopularniejszy w Stanach styl muzyki, którego twórcy mają wpływ nawet na preferencje wyborcze swoich słuchaczy.

Wydaje nam się, że Amerykanie są nam bliżsi kulturowo, niż, powiedzmy, Chińczycy. Ale mierzymy ich naszą europejską miarą i na tej bazie budujemy wiele mitów i stereotypów. Zbyt wiele. I tu pojawia się "Wałkowanie Ameryki", aby rzucić światło na liczne nieznane nam fakty.

Fakty te często są zaskakujące. Nieraz szokują. Czasami wywołują pobłażliwy uśmieszek, który po chwili znika i jego miejsce zastępuje zazdrość. Czego zazdroszczę Amerykanom? Wolności. Bo wszystko, co amerykańskie, łącznie z ogromną religijnością, wynika z szeroko pojmowanej wolności. Choć nam, Europejczykom, a w szczególności pokoleniom pamiętającym PRL i ZSRR, wiele rzeczy wydaje się być wręcz absurdalne. Ale to wolność daje Amerykanom siłę i przewagę, jaką mogą dziś się cieszyć. 

Czy Ameryka Wałkuskiego jest bez wad? Nie. Reporter pisze też o wysokim bezrobociu, o pogłębiających się nierównościach społecznych, o problemach związanych z terroryzmem, z kryzysem bankowym. O rozterkach dzisiejszej Ameryki, która wciąż chce być najważniejszym mocarstwem na mapie politycznej świata, ale musi borykać się z wieloma wewnętrznymi problemami. Przyszłość USA autor widzi optymistycznie, jednak nie narzuca swojej opinii.  Parafrazując innego, znanego z youtube reportera, mówi jak jest. 

Czuję jednak spory niedosyt. W "Wałkowaniu Ameryki" zabrakło mi prawdziwych ludzi. Wałkuski przytacza statystyki, buduje portret "przeciętnego Amerykanina", analizuje teksty piosenek country - cała ta informacja jest jednak mocno uśredniona. A przecież average Joe to setki pojedynczych historii. I jestem pewna, że te historie byłyby niezwykle interesujące dla przeciętnego Kowalskiego.





Podsumowanie:  porucznik ****
Oprawa graficzna: 5/6 - świetny pomysł i na tytuł, i na okładkę










Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy
Wydawnictwu One Press



sobota, 11 maja 2013

PACHNIDŁO. Historia pewnego mordercy (1985) - Patrick Süskind

Wyd. Warszawa 2006

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być superbohaterem? Niczym członek rodziny Iniemamocnych posiadać jakiś szczególny dar, charakterystyczny tylko i wyłącznie dla Was? Albo jak to jest być czarnym charakterem i niczym Pinki i Mózg codziennie opracowywać plan panowania nad światem? Jeśli tak, "Pachnidło" jest dla Was. Przynajmniej będziecie wiedzieć, jakiej supermocy nie wybierać.
 
Nie bez powodu odwołałam się do dziecięcych bohaterów. "Pachnidło" ma w sobie coś magicznego. Nie jest to jednak bajka dla najmłodszych. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to lektura dla ludzi o mocnych nerwach. Przede wszystkim pomysł - rewelacyjny, nowatorski i jedyny w swoim rodzaju. Uzyskanie idealnego zapachu ludzkiego poprzez wymieszanie ze sobą 25 najpiękniejszych esencji. Oczywiście jak każdy proces pozyskiwania, także i ten wiąże się z odpadami. W tym przypadku są to ciała. 
 
Jak wiemy, szewc bez butów chodzi - genialny perfumiarz pozbawiony jest całkowicie własnego zapachu. Za to jest obdarzony powonieniem idealnym. Czuje dosłownie wszystko, łącznie z robakiem znajdującym się w jabłku. Potrafi wyczuć różne rodzaje drzew, bez trudu odnajduje drogę w ciemnościach i odczytuje zamiary oraz humor ludzi. Jednak pomimo swoich nadzwyczajnych zdolności całe życie spędza w osamotnieniu. Pozbawiony własnej woni osobnik przyprawia ludzi o dreszcze, wywołuj strach i odrazę. Czyżby to wcale nie mózg, lecz nos nami sterował?

Narracja jest po prostu genialna, książka przepełniona jest zapachami, które wprost buchają z kartek. Dużo tu opisów, które chłonie się wszystkimi porami ciała. I mówię to ja, wielki wróg rozbudowanych opisów na kilka stron, buntowniczka ze szkolnej ławki, która przeczytała całe 4 strony opisowego horroru pt. "Nad Niemnem" Tutaj opisy jadłam łyżkami i chciałam jeszcze, i jeszcze, i jeszcze.. Co prawda nie poszło w biust, lecz w nos, ale naprawdę warto było!

Wyczytałam gdzieś, że książka jest nudna, ponieważ nie ma tu wartkiej akcji, a pomimo tego, co może sugerować podtytuł, brak barwnych opisów morderstw, a tych ostatnich też nie jest zbyt wiele. Stanowczo się nie zgodzę! Książka jest tak sugestywna, opisy tak soczyste i barwne, iż nie ma potrzeby (ciężko mi to przechodzi przez gardło, ale jednak ) ;-), żeby wszędzie latały kończyny i lała się krew. Tym bardziej, że większość powieści dzieje się w głowie głównego bohatera - mordercy. Czy w "Milczeniu owiec" była ostra jatka? Nie, bo naprawdę genialny morderca działa po cichu i w skupieniu.

Wyszperałam też pomysł na pachnące strony. Nie jestem do tego przekonana...

"W epoce,o której mowa, miasta wypełniał wprost niewyobrażalny dla nas, ludzi nowoczesnych smród. Ulice śmierdziały łajnem, podwórza śmierdziały uryną, klatki schodowe śmierdziały przegniłym drewnem i odchodami szczurów, kuchnie - skisłą kapustą i baranim łojem; w nie wietrzonych izbach śmierdziało zastarzałym kurzem, w sypialniach - nieświeżymi prześcieradłami, zawilgłymi pierzynami i ostrym, słodkawym odorem nocników."

"Pachnidło" To jedno z moich ostatnich znalezisk antykwariatowych. Miałam je kiedyś w domu rodzinnym, jednak mama komuś pożyczyła, zanim się do książki dorwałam. Jak nietrudno się domyślić "Pachnidło" już nigdy do nas nie wróciło... Cóż, dobry zwyczaj nie pożyczaj, jeszcze lepszy nie oddawaj...



Podsumowanie: Generał******
Oprawa graficzna:10/10 - przecudowny rudzioszek! <3 font="">





 

Polecam również film, który choć bardzo dobry i wart obejrzenia, jest dużo gorszy od książki. Jednak to magia słowa gra tutaj pierwsze skrzypce.


czwartek, 9 maja 2013

Miasto w sieci. Ruszył Bibliocamp 2013


Żyjemy w świecie hybrydowym, gdzie granica między offline a online coraz bardziej się zaciera. Zmieniają się nasze przyzwyczajenia, sposób komunikacji, pozyskiwania informacji. Zjawiska, dotychczas istniejące jedynie w realu, coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w sieci, a właściwie funkcjonują integrując obie strony. Właśnie to zagadnienie zdominowało tegoroczny Bibliocamp, projekt edukacyjny realizowany przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Gdańsku. 



Bibliocamp 2013 składa się z kilku modułów, jednak najbardziej zainteresowały mnie spotkania poświęcone blogosferze oraz kulturze. Cykl spotkań "Miasto w sieci" rozpoczęli we wtorek Ewa Salamon (Biuro Prezydenta ds. Promocji Miasta Gdańsk) i Tomek Nadolny (Projekt PR) prezentacjami o współpracy miasta Gdańsk z blogosferą i blogach trójmiejskich. 

BFG - Jarocin blogosfery

"Gdańsk to miasto wolności, a wolność w dzisiejszym wydaniu to nowe technologie i internet.  Blogerzy są więc ambasadorami wolności" - przekonywała zebranych Ewa. Gdańsk rzeczywiście może pochwalić się dobrze przemyślaną strategią działań, skierowanych na współpracę z blogosferą. Działania te jednak nie są jednostronne. Owszem, być może nadrzędnym celem jest promocja miasta, jednak Gdańsk wnosi zupełnie nową jakość i działa nieszablonowo.

Jak poinformowała Misję Ewa Salamon, decyzja o realizacji projektów, polegających na współpracy z blogerami, została podjęta w 2010 roku. Wtedy jeszcze niewiele marek komercyjnych w Polsce decydowało się na tego typu działania, nie mówiąc już o miastach czy regionach. 

- Faktycznie, nasze zaangażowanie w blogosferę jest głęboko przemyślane - wypływa jednoznacznie z założeń marki, która zakorzeniona jest w idei wolności. Blog Forum Gdańsk  (BFG) czyli nasze pierwsze i jednocześnie największe przedsięwzięcie, jest unikatowe na skalę polską, europejską i najpewniej nawet światową. Np. w Stanach Zjednoczonych organizowane są tematyczne spotkania blogerów - mają je blogerzy kulinarni, technologiczni, ale trudno jest znaleźć wydarzenie, które poświęcone jest tak wielu blogosferom. Nie mówiąc już o tym, że żadna z tych konferencji nie jest organizowana bezpośrednio przez miasto - tłumaczy Ewa i dodaje, że w ostatnim czasie coraz więcej marek chce współpracować z blogerami, realizuje ciekawe pomysły, ale to właśnie gdańskie projekty podawane są jako przykłady dobrych praktyk. - Jesteśmy dumni z Blog Forum Gdańsk, z konkursów, z grupowych i indywidualnych wizyt studyjnych, ale nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Przygotowujemy jeszcze inne ciekawe inicjatywy, bo zdajemy sobie sprawę, że współpraca z takimi liderami opinii w różnych tematach przyniesie nam wymierne efekty.

Trójmiejska blogosfera, jaka jest? 


Zanim jednak dochodzi do takiej współpracy, należy blogosferę dobrze poznać. Kompleksową prezentację trójmiejskiej blogosfery przygotował Tomek Nadolny. Przyznał, że prezentacja nie opierała się na statystycznych badaniach, lecz subiektywnym wyborze: "Na spotkaniu przedstawiłem niewielką część blogów, fotoblogów, vlogów, które nieustannie napotykam pracując przy Blog Forum Gdańsk, biorąc udział w życiu miasta. Wybór był bardzo stronniczy i subiektywny, taki miał być. Wybrałem z trójmiejskich blogów blogi dorosłe, podlotki i takie jeszcze w wieku niemowlęcym. Wspomniałem też o takich, po których ślad zaginął" - napisał do nas. 

Blogerów z Trójmiasta poznałam dopiero na ubiegłorocznym Blog Forum Gdańsk. Udział w konkursie oraz uczestnictwo w konferencji sprzyjało nawiązywaniu nowych znajomości i kontaktów. Jak ta nasza blogosfera wypada na tle innych miast?

- Nie prowadzę systematycznych badań statystycznych, a i te byłyby utrudnione ze względu na ustalanie kryteriów, jednak wydaje mi się, że na tle innych miast wypadamy dobrze - zapewnił Tomek. - Mamy sporą grupę blogerów, których znaczenie w procesie dyskusji i komunikacji jest duże. Porównywalnie mamy więcej, niż inne miasta, blogów, które są prowadzone regularnie i od  dłuższego czasu. Dostrzegam też rosnące ich znaczenie w całym przekazie medialnym oraz ogrom pracy, jaki wkładają twórcy w ich tworzenie. Mam takie przekonanie, że popularyzacja blogowania przez miasto wpłynęła na wiele osób motywująco i dodała chęci i odwagi. Z roku na rok lista blogów, które zaliczam do trójmiejskich i które skupiają wokół siebie komentatorów i fanów, rośnie.

Na swojej prywatnej liście Tomek ma 120 blogów z Trójmiasta. Natomiast w prezentacji pojawiło się kilkanaście z nich - o bardzo różnym zakresie tematycznym. Przy okazji poruszony został też temat promocji blogerów, korzystania z platform blogowych, aktywności w serwisach społecznościowych, a także kwestia identyfikacji. Wiele osób, prowadząc blogopodobne strony i serwisy, unikają nazywania siebie blogerami. To jest bardzo ciekawa sprawa, do której, mam nadzieję, będę jeszcze miała okazję wrócić. 

Podsumowując, Trójmiasto może się pochwalić aktywnymi mieszkańcami. A Gdańsk (w szerokim pojęciu, nie tylko władze miejskie) potrafi zmotywować do działań niekonwencjonalnych. Tych, co już wykażą się inicjatywą - wspiera, docenia i promuje. 

W sieci: dzieci, kultura, miasto

Na tegorocznym Bibliocampie tradycyjnie już dominują blogerzy i portale poświęcone sprawom Gdańska. Jest to niebywała okazja przyjrzeć się z bliska inicjatywom, które tworzą wirtualną przestrzeń miejską, jednocześnie skupiając wokół siebie zupełnie realną społeczność. 

Bibliocamp jest wydarzeniem cyklicznym, realizowanym od 2011 roku. Podczas pierwszej edycji odbywały się spotkania z twórcami interesujących działań internetowych. W następnym roku zorganizowane zostały warsztaty - wiedza dla początkujących blogerów w pigułce. Uczestnicy uczyli się zarządzać panelem wordpress, dowiedzieli się, na czym polegają licencje creative commons, uczyli się montować i umieszczać w internecie filmy. W tym roku, dzięki wsparciu z Ministerstwa Kultury i współpracy z partnerami, program został poszerzony. 

- Bardzo miłą niespodzianką dla nas był wynik ankiety, którą zamieścimy na blogu Bibliocamp oraz facebooku. Zapytaliśmy, ile osób byłoby zainteresowanych warsztatami, które pomogłyby uczestnikom w zakładaniu lub usprawnieniu już istniejącego bloga.  Zgłosiło się bardzo dużo osób - opowiada Misji Alicja Lipińska, koordynatorka projektu. 

Obok warsztatów "blogerskich", organizowane też są spotkania dla dzieci - "Dzieci dla Sieci". Warsztaty dotyczące bezpiecznego korzystania z sieci, podczas których wspólnie z prowadzącym uczestnicy odpowiedzą na pytania, kto zapewnia bezpieczeństwo na ulicy, w szkole, a kto jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo w internecie. Zorganizowane grupy oraz dzieci z rodzicami organizatorzy zapraszają też na spotkanie o blogach, poświęconych książkom dla dzieci.

Obok spotkań warsztatowych, na uwagę zasługuje moduł "Kultura w Sieci". Będą to spotkania, prezentacje i dyskusje poświęcone zagadnieniom self-publishingu, crowdfundingu oraz współpracy blogerów z wydawnictwami. W tym ostatnim spotkaniu weźmie udział także Misja - razem z przedstawicielami wydawnictw będziemy chcieli wypracować kodeks dobrych praktyk takiej współpracy. 

No i na koniec, zachęcam do obejrzenia prezentacji Tomka Nadolnego. Poznaj trójmiejskie blogi, w tym subiektywne "top 10" Tomka, w której znalazła się również Misja. Do zobaczenia na Bibliocamp!
Ana Matusevic

wtorek, 7 maja 2013

GHOSTMAN - ROGER HOBBS (2013)





Ostatnio trafiłam w sieci na ciekawostkę - otóż istnieją ludzie, którzy zawodowo zajmują się sprzątaniem miejsc zbrodni. Ba, istnieje nawet dla nich specjalna szkoła (nie mylić ze szkołą specjalną). A co powiecie na zawodowe znikanie? Gdybym znała "Ghostmana", kiedy byłam mała, bez wahania zamieniłabym wymarzony zawód księżniczki właśnie na "znikacza".

Lubię sobie czasem przeczytać dobrą sensację. Niestety czasami mam wrażenie, że ludzie się tego wstydzą. Wstydzą się nawet same wydawnictwa i prawie na każdej książce sensacyjnej/kryminalnej piszą, że to thriller. Zupełnie tego nie rozumiem. Nie zawsze trzeba czytać poezję, a mózg bardzo chętnie relaksuje się przy dobrej sensacji, nie zasypiając i nie tracąc szarych komórek, jak przy romansach. ;-) Ponadto, w przeciwieństwie do bohaterów tych ostatnich, postacie w kryminałach bynajmniej nie są pozbawione inteligencji, a nawet posiadają jakieś szczególne, wrodzone umiejętności lub predyspozycje. Dlatego ja się nie wstydzę i mówię głośno: lubię kryminały. Lubię "Ghostmana."

Uwaga, będzie ciekawostka: Warner Bros wykupił prawa do ekranizacji książki rok przed jej wydaniem, a ukazuje się ona w osiemnastu krajach jednocześnie. Ładny wynik! Bardzo chętnie pójdę do kina, bo już podczas czytania miałam wrażenie, że to gotowy scenariusz filmowy. Nie wiem, czy Hobbs od razu zakładał, że napisze kasowy przebój kinowy, czy wyszło to przypadkiem. Grunt, że wyszło fajnie. Wiecie, jak to mówią: "Nie ważne jak - rób, żeby było dobrze".

Bardzo podoba mi się pomysł na głównego bohatera. Żaden z niego Książę_Z_Bajki - czarny charakter, egoista i odludek. Czym się zajmuje? Znikaniem! Tak jak Kubuś Puchatek był "pękacielem baloników", tak on "znika" dowody zbrodni. I siebie przy okazji. Zmienia (dosłownie!) twarze. Zmienia głos, osobowość,sposób bycia. A to wszystko na zawołanie, ot tak, na pstryknięcie palcami. Kto nie wie jak go szukać, nigdy go nie znajdzie. Nawet Ci, którzy znają sposoby na kontakt z nim nie mają gwarancji, że próby przyniosą oczekiwany rezultat. Tak po prostu już jest, na tym polega cały bajer.

Łyknęłam ją w dwa dni. Pozycja idealna na weekendowe lenistwo, czy zrelaksowanie umysłu od nieco "cięższej" lektury. Język przyjemny i łatwy w "obsłudze", jednak bohaterowie nie zostali przy tym pozbawieni przyzwoitego poziomu IQ. Warto mieć na półce, warto przeczytać!


Podsumowanie: Porucznik ****
Oprawa graficzna: 7/10 - intrygująca grafika, miła w dotyku faktura








Za egzemplarz recenzyjny dziękuję