• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

wtorek, 29 stycznia 2013

DROGA POWROTNA - E.M REMARQUE

" - Wierzysz, że mamy wrócić do domu?
Wzruszam ramionami.
- Podobno tak mówią..."


Kiedy docierają do nich pogłoski, że wojna się skończyła, machną tylko ręką. Ile to już razy podobne słowa budziły nadzieję, którą dawno schowali na dnie duszy? Jednak świst kul ustaje, pora pogrzebać ostatnich poległych towarzyszy wojennych i ruszyć w drogę powrotną. Do domu.

O wojnie znasz wiele historii, słyszałeś mnóstwo wzniosłych słów. O wojnie robią filmy, piszą pieśni, opowiadają wnukom. Jednak wojna kiedyś się kończy, żołnierz wraca do rodziny, żony, matki i tu zazwyczaj opowieści się urywają. W "Drodze powrotnej" wiadomość o końcu wojny jest początkiem.  

Bohaterowie powieści to przekrój "straconego pokolenia", którego przedstawicielem był sam Remarque. Młodzi ludzie, wychowani przez wojnę, którzy jeszcze niedawno szli na front z wiarą w sens walki. I którzy po powrocie coraz klarowniej widzą bezsens poniesionych strat. Jednak strat tych nie można zmierzyć liczbą zabitych. Jeszcze długie lata po wojnie nie uda się im pozbyć się wojennych nawyków, nie będą potrafili odnaleźć swojego miejsca w pokojowych Niemczech. Bo czy o taki kraj walczyli, czy tak to sobie wszystko wyobrażali?

"Zanim zostaliśmy żołnierzami, te budynki stanowiły nasz świat. Potem naszym światem stały się okopy. Teraz znowu jesteśmy tutaj. Ale to już nie jest nasz świat."

Pytanie o "własne miejsce" w nowym świecie przewija się z różną intensywnością przez wszystkie strony powieści. Ba, tego miejsca, z coraz to większą rezygnacją, Remarque poszukuje we wszystkich swoich książkach (i robi to aż do końca swoich dni, do "Ziemi obiecanej"). I choć "Droga powrotna" wyszła spod pióra pisarza w 1931 roku, to może stanowić "kropkę nad i" dla wielu późniejszych jego dzieł.  Taki obrzydliwy chichot historii.

"Toczyliśmy wojnę przeciwko samym sobie, nie wiedząc o tym!"

Choć "Droga powrotna" obfituje w dłużyzny i nie jest celnym strzałem, trafiającym prosto w serce, jest to 100% Remarque'a w Remarque'u (sorry za ten potworek). Pozostaje przejmującą opowieścią o wielkich nadziejach i wierze, o ponownym poznawaniu swoich pragnień, odkrywaniu otaczającego, powojennego świata. O zaskoczeniach i rozczarowaniu, o przyjaźni i śmierci, walce (często przegranej) z codziennością. 



Podsumowanie:  pułkownik*****
Oprawa graficzna: 5/6 - spójna z powieścią i z całą serią Rebisu

Wszystkie cytaty pochodzą z powieści "Droga powrotna" E.M. Remarque
w tłum. Ryszarda Wojnakowskiego

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Rebis

niedziela, 27 stycznia 2013

Co polecają czytelnicy Misji? Wyniki konkursu

Lista polecanych przez Was inspirujących książek z każdym dniem konkursu wydłużała się coraz bardziej, dlatego decyzja, kogo nagrodzić, była niezwykle trudna. Mimo wspomnianych dylematów, bardzo lubimy, gdy dzielicie się z nami swoimi przemyśleniami na temat czytanych książek ;-) Polecanie lektur, które nam się spodobały, jest najlepszym sposobem na przekazanie czytelniczego bakcyla dalej.  

Nasi czytelnicy polecają:

Odkrywanie wielu twarzy miłości: "Historie miłosne" Éric-Emmanuel Schmitt to 7 krótkich opowiadań, które różnią się od siebie, a jednak mają wspólny temat - miłość. Jednak w każdym z nich, autor zaskakuje innym jej odcieniem. Schmitt pokazuje te mniej kolorowe oblicza miłości: taką, na którą trzeba czekać latami; taką, która być może nigdy nie nadejdzie; która trwała zaledwie chwilę i już nigdy się nie powtórzy; która okazała się tylko złudzeniem. Kilka krótkich opowiadań, a każde zawiera więcej treści, niż niejedna kilkusetstronicowa książka! Pisarz sprawia, że zauważasz, iż tak naprawdę to miłość decyduje o naszym życiu. I jak to jest, że to samo uczucie dla każdego może być tak inne? -Anna


piątek, 25 stycznia 2013

PODRÓŻE DO ARMENII I INNYCH KRAJÓW - KRZYSZTOF ŚRODA


Armenia - kraj pociągający a zarazem orientalny i niezwykły dla przeciętnego Kowalskiego. No i taki niemodny - śmietanka jeździ raczej do Egiptu, Grecji czy innych popularnych krajów. Mnie od dłuższego czasu ciągnie w stronę takich krajów jak Armenia, Rumunia i inne miejsca niekoniecznie na czasie. Niestety w najbliższym czasie z prozaicznych powodów zawodowo-materialnych nie planuję wycieczki dalszej niż na rodzinne Mazury. Dlatego też sięgnęłam po książkę Krzysztofa Środy - liznę przygody - pomyślałam.

Pomyliłam się. Książka pod żadnym względem nie jest taka, jak oczekiwałam. Nie opowiada o obyczajach, przeżytych mniejszych i większych przygodach. A tego zwykle szukam w książkach podróżniczych. Niekoniecznie muszą to być przygody Wojciecha Cejrowskiego, ale chciałabym wiedzieć co nieco o wyprawie. Może dlatego na początku byłam trochę zawiedziona książką.

Nie są to podróże ani do Armenii ani do innych krajów. To jest podróż w głąb samego autora. Bardzo ciekawa i fascynująca, ukazująca myśli z podróży w zamian za przygody i anegdoty. Ciężko mi powiedzieć, co jest bardziej wartościowe - podróż do obcego kraju czy podróż do wnętrza człowieka. To chyba kwestia nastawienia, ja oczekiwałam tym razem typowej podróży. Gdybym jednak podeszła do lektury oczekując psychologicznej  autoanalizy a natrafiłabym na typowe dla podróży socjologiczne opisy byłabym pewnie tak samo zawiedziona.

Polecam książkę wszystkim, którzy chcieliby wiedzieć, co by było, gdyby. Polecam również filozofom własnej duszy (pięknie to ujęłam, nieprawdaż?). To nie jest opowieść przeznaczona dla "uszu trzecich". To jest monolog wewnętrzny, niemal pornograficzne obnażenie własnych myśli. 




Podsumowanie: Porucznik****
Oprawa graficzna: przecudowna okładka!!










Za egzemplarz recenzenzecki dziękuję
Wydawnictwu CZARNEMU.




wtorek, 22 stycznia 2013

DOBRE CIAŁO - EVE ENSLER


Trafiłam na nią przez przypadek w bibliotece. Co więcej, nie wypożyczałam jej dla siebie. Zanim dojechałam do domu już ją przeczytałam. A resztę dnia.... Rozmyślałam.Każdy z nas ma jakieś kompleksy. Choćby nie wiem ile osób mówiło, że jest dobrze, my wiemy lepiej. Co prawda "Dobre ciało" mówi o brzuchu, ale nie ważne czy to brzuch, tyłek, uda, łokieć czy kostka - książka nie traci na aktualności.


czwartek, 17 stycznia 2013

E. Rooney Doland "Uporządkuj swoje życie" (fragment)


Odchudzanie półek z książkami

Ponieważ czytasz tę książkę, mogę poczynić takie spontaniczne założenie, że w ogóle czytasz. Ludzie, którzy czytają, mają zazwyczaj problemy z przepełnionymi półkami z książkami. Po prostu nie potrafią poprzestać na jednym egzemplarzu.
Zastosuj tę samą filozofię do porządkowania regałów z książkami, jaką
stosowałeś, porządkując szafę lub garderobę: nie możesz trzymać w domu więcej egzemplarzy, niż masz miejsca na regałach. Jeśli masz więcej książek niż miejsca na półkach, zawsze będziesz miał je walające się w innych miejscach w salonie.

Zmniejszenie liczby książek, które posiadasz, nie oznacza, że musisz pozbyć się ogromu informacji w nich zawartych. W środę przedstawiłam jedną ze strategii zmniejszania bałaganu na półkach, polegającą na zapewnieniu dostępu do literatury przez audioksiążki i e-książki. Zbiory cyfrowe zajmują zdecydowanie mniej miejsca na półkach i łatwo je zabierać ze sobą. Jeśli masz książkę w obu formatach - papierowym i elektronicznym, czas wysłać papierową wersję w świat.

A oto kilka twardych reguł do szybkiego zastosowania wobec tych egzemplarzy, które pozostaną na półkach:
 ●   Wydaj z domu wszystkie książki, których nie zamierzasz czytać po raz drugi ani do których nie zamierzasz się odwoływać, które są dostępne na publicznych domenach i można je znaleźć w całości w sieci.
 ●   Zachowaj oprawiony w skórę tom ulubionej powieści, którą podarowała ci babcia, leżąc na łożu śmierci.
 ●   Rozdaj lub oddaj na makulaturę przestarzałe podręczniki. Są pełne nieprawdziwych danych.
 ●   Zachowaj egzemplarze, które lubisz i które są dla ciebie bardzo użyteczne.
 ●   Wydaj z domu książki, które przechowywałeś tylko po to, żeby zrobić wrażenie na gościach. Jeśli nigdy nie przeczytałeś dzieł zebranych Szekspira, jeśli nigdy nie planujesz ich przeczytać, pozbądź się tych dzieł.

Gdy już pozbędziesz się ze swojego domu wszystkich książek, które nie spełniają powyższych kryteriów, pomyśl o ułożeniu ich w sposób, który jest dla ciebie najwygodniejszy: wymyśl swój własny system katalogowania, skorzystaj z metody Dewey Decimal albo Biblioteki Kongresowej. Metoda kongresowa polega na ułożeniu autorów alfabetycznie według nazwiska lub dowolnym pogrupowaniu według tematów. Ponieważ książki pozostałe w twojej kolekcji są tymi, których używasz lub z których czerpiesz informacje, powinieneś umieć znaleźć je na półce zawsze wtedy, gdy będziesz ich potrzebował.

Fragment poradnika "Uporządkuj swoje życie" 
autorstwa Erin Rooney Doland
udostępniamy dzięki uprzejmości wydawnictwa "Laurum" 

niedziela, 13 stycznia 2013

PETER STRAUB - KRAINA CIENI (1980)






Dawno, dawno temu, za mazurskimi lasami, bezkresnymi łąkami i brudnymi wodami, w niewielkiej wioseczce, dokąd prowadziła wąska, kręta droga żywcem wyjęta z "Listonosza Pata", stał domek. Domek inny niż wszystkie w okolicy, nie tylko ze względu na intensywny seledynowy kolor, który miał być kolorem trawy (ale nie wyszło). Domek nie był też wyjątkowy ze względu na płot, który go otaczał - sztachety przycięto bowiem w falę, a nie na równo, jak to robiła większość. W tym domku mieszkała sobie mała czarownica, każdej nocy zagłębiająca się w arkana magii potężniejszej niż wszystkie inne. Każdego wieczora, kiedy cała wioska od dawna pogrążona była już we śnie, mała wiedźma spotykała się ze swoim mistrzem i mentorem. Pewnego dnia mistrz przyprowadził ze sobą kogoś jeszcze....

I tak właśnie poznałam Petera Strauba. Część z Was pewnie doskonale wie, że napisał on dwie powieści w duecie ze Stephenem Kingiem - "Talizman" i "Czarny Dom". To właśnie podczas lektury tego ostatniego pierwszy raz natknęłam się na jego nazwisko. Przez wiele lat miałam go gdzieś z tyłu głowy, powtarzając sobie, że "kiedyś muszę przeczytać jakąś jego książkę". Ale dni zamieniały się w miesiące, te w lata, a po książkę nie sięgnęłam. Skoro Mahomet nie przyszedł do góry, książka przyszła do mnie. Swoją drogą, to bardzo dziwne, że przez te wszystkie lata nie trafiłam na jego książki. Czytam zwykle prawie wszystko co mi wpadnie w ręce. A on nie wpadł. Jak to możliwe, skoro gatunek, w którym się porusza jest moim najulubieńszym? Tym bardziej, że Straub jest jednym z najbardziej znanych (wiadomo, kto jest na szczycie) twórców literatury grozy. Dziwne, Watsonie, bardzo dziwne....

"Kraina Cieni" też normalnością nie grzeszy. Ciągle nie mogę się zdecydować, czy jest bardzo dobra, przeciętna czy też może wrzucić ją do worka z rozczarowaniami. Przede wszystkim: tłumacz. Rany, ale mi babeczka momentami działała na nerwy! Kolejną książkę Strauba przeczytam w oryginale. Całość napisana jest normalnym, przystępnym językiem, ale od czasu do czasu pojawiają się kwiatki w stylu przestawienia szyku zdania na modłę a'la staropolską albo kwiatki w stylu "straszniejsze niźli się spodziewał". Oczywiście, to wszystko jej poprawne i gramatycznie, i semantycznie, ale przecież to pasuje do całości jak kwiatek do kożucha, czekolada do śledzi i siodło do świni. Tłumacz sama pod sobą kopała dołki, bo pomimo, że całość można uznać za bardzo udany przekład, tymi kilkoma zdaniami rozsianymi to tu, to tam sama sobie zasadziła kopa w tyłek. Z obcasa.

Postacie - przyznaję - takie sobie. Nie maja tego smaczku, którego zawsze poszukuję, nie mają duszy. Jednak mimo to jesteśmy w stanie je polubić. Jeśli chodzi o fabułę, to nie jest już tak łatwo. Niby wszystko na pierwszy rzut oka "cycuś glancuś" a tu...LABIRYNT. Należę do osób, które lubią, gdy w powieści jest zatrzęsienie różnych postaci, motywów, wątków pobocznych, powieści w powieści, retrospekcji i innych zabiegów, od których można dostać kręćka. Tutaj - nie nadążałam. Bardzo często musiałam wracać, przypominać sobie kto jest  kim, gdzie się znajduje, jak to się stało i ogólnie nie wiedziałam, gdzie mam przód a gdzie tył. Fabuła też nie pomagała. W jednej chwili oglądacie mecz bokserski w którym startuje królik stojący na tylnych łapach. Chwilę potem wskakuje na rower i popierdziela nim dookoła ringu. W sekundę później okazuje się, że jego marynarka (nie pytajcie co się stało z bokserskim wdziankiem) okazuje się być wojskową kurtką, rower zamienia się w strzelbę, królik oddaje strzał, wskakuje na rower i dalej popierdziela. No zwariować można!

No i w tym momencie wkracza Straub i niczym Chuck Norris powala nas swoją najsilniejszą bronią - pomysłem. Historia jest tak wciągająca, tak fascynująca i tak nieprzewidywalna, że wszystko pozostałe schodzi na drugi plan. Po prostu musimy wiedzieć co będzie dalej, nawet jeśli mielibyśmy co drugie zdanie cofać się o kilka rozdziałów. W pewnym momencie zapominamy nawet o mikroskopijnym druczku, który dodatkowo utrudnia skupienie uwagi na konkretnej linijce. Już dawno nie czytałam tak niezwykłej historii w której nikt ani nic nie jest tym, czym powinno być. Kawał dobrej literatury, tyle Wam powiem. Przyznaję jednak, że nie wszystko pamiętam i są elementy które mi gdzieś umknęły, a kiedy się zorientowałam było już za późno i nie wiedziałam gdzie szukać odpowiedzi na moje pytania. Będzie trzeba kiedyś wrócić do tej książki, może same się znajdą.

 Obawiam się, że długość tej recenzji mówi sama za siebie. To są chyba największe wypociny jakie do tej pory stworzyłam. Najlepszy dowód na to, że książka pozostawia wiele wątpliwości, nie mniej kłębiących się myśli i pytań bez odpowiedzi. Czy warto? Odpowiedzcie sobie sami.




Podsumowanie: Poruczniko-generał****/******
Oprawa graficzna: 3/6 - nie urywa.

wtorek, 8 stycznia 2013

Konkurs z wyd. Sensus: 4 pozytywne książki

Na dobry początek roku, wspólnie z wydawnictwem Sensus przygotowałyśmy konkurs. Wydawnictwo przekazało dla nas do rozdania 4 fajne tytuły, które w księgarniach rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Ale my ot tak sobie nic nie rozdajemy, dlatego organizujemy konkurs :) Czytaj dalej!


sobota, 5 stycznia 2013

STEPHEN KING - WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA (2012)






Opłaca się być grzeczną dziewczynką. Mikołaj obserwował mnie cały rok i widział, jaka jestem ułożona, porządna i przyzwoita. Dlatego właśnie dostałam od niego pod choinkę upragnioną książkę. "Wiatr przez dziurkę od klucza", tom 4,5 cyklu "Mrocznej Wieży" to smakowity kąsek dla każdego kingo- lub wieżomaniaka.

Cudownie było po raz kolejny wybrać się w podróż do świata Rolanda i jego ka-tet. Ten sam magiczny klimat, ulotność chwili, której nie da się zatrzymać i przewspaniałe opowieści rewolwerowca.... Nie do końca jednak zgodzę się ze stwierdzeniem, że można czytać "Wiatr.." bez znajomości pozostałych części cyklu. Owszem, jest to wykonalne, ale nie widzę najmniejszego sensu. Co prawda King dwoi się i troi, aby ułatwić do maksimum lekturę tym, którzy nie znają reszty tomów, ale muszę przyznać, że psuło to (na szczęście trwało tyko przez jakieś dwadzieścia pierwszych stron) lekturę, a nawet irytowało. Bez znajomości reszty TO NIE BĘDZIE TO.

"Wiatr..." to dwie opowieści snute przez Rolanda podczas nocy spędzonej w zacisznym schronieniu przed lododmuchem. Nie będę zdradzać o czym były, wystarczy, że powiem, iż możemy się z nich wiele dowiedzieć o rewolwerowcu i jego przeszłości. Uważam, że umieszczenie "Wiatru" bezpośrednio za "Czarnoksiężnikiem i kryształem" jest strzałem w dziesiątkę, bo stanowi idealne przedłużenie opowieści Rolanda właśnie z tego tomu. Właściwie nie ma tu o czym pisać - "Mroczna Wieża" jak w mordę strzelił.

Pomimo, że książka jest wspaniała, wcale nie gorsza od pozostałych części "Mrocznej wieży", King okazuje się jednak brutalem bez serca. Wyobraźcie sobie, że umiera Wam ktoś bliski. Po jakimś czasie spotykacie go znów, odkrywacie się wzajemnie na nowo, przeżywacie wszystko od początku, widzicie kolory w jaśniejszych i jaskrawszych barwach. I nagle ten ktoś umiera ponownie. I tym razem już wiecie, że już nie będzie nic więcej, tylko wspomnienia... Po prostu serce się kraje... Otwieracie książkę i zanim się obejrzycie już ją zamykacie, jeszcze przez cały dzień czując samotną łzę, która mimowolnie stoczyła się po policzku. Panie Mistrzu, tak się nie robi!!

Nie wszyscy wiedzą, ale mam zaszczyt być jedną z wybrańców (ka-tet?), małą cegiełką składającą się na okładkę oryginalnego wydania "Wiatru przez dziurkę od klucza".  Każdy z fanów mógł wysłać swoje zdjęcie, które potem miało szansę zostać wybranym do budowy obrazka na tylnej okładce amerykańskiego pierwszego wydania. Tak oto zostałam małym pikselkiem, co mnie niezmiernie cieszy! ;) Niestety książki jeszcze nie udało mi się kupić, ale niedługo mam urodziny... ;)


Mniej więcej tutaj jestem ;)

Podsumowując: Polecam oczywiście książkę z całego serca, ale niezmiernie mi też żal, że ponowna wizyta u Rolanda trwała tak krótko. I, błagam, nie czytajcie bez znajomości całości. Najlepiej czytać w kolejności, w ostateczności można po "Wiatr.." sięgnąć na końcu, tak jak ja. Ale nie zapominajcie wtedy o złamanym sercu...


Podsumowanie: Generał ******
Oprawa graficzna: 20/10 - max za magiczną polską wersję 
i max dla amerykańskiej za gust w dobieraniu pikseli ;-)











Recenzja bierze udział w konkursie 802% normy.




wtorek, 1 stycznia 2013

CHUCK PALAHNIUK - FIGHT CLUB (1996)


Kto jeszcze nie oglądał filmu? Nie ma chyba takich osób... Ja widziałam go dawno temu, kiedy jeszcze na moich skroniach nie było śladu siwizny, a łydki nie trzęsły się przy każdym kroku... Zapamiętałam go jako świetny film, co skłoniło mnie do sięgnięcia po wersję pisaną. Teraz muszę go sobie odświeżyć. Po prostu muszę, bo tak działa książka.

Na szczęście niewiele pamiętałam z filmu. Dzięki temu nie denerwowałam się, że znam zakończenie albo (nie wiem co gorsze), że "przecież tak nie było"! Łyknęłam ją jak pelikan - w całości - mlasnęłam, oblizałam ryjek i chciałam jeszcze. Niestety dokładki nie ma, trzeba zadowolić się daniem głównym. Niewątpliwie bedzie to jedna z moich ulubionych książek, a do autora jeszcze wrócę nie raz, bo bardzo odpowiada mi jego sposób narracji i budowania opowieści.

Początkowo może nam być ciężko wiązać ze sobą fakty, później zapominamy o tej niedogodności, zatapiając się w historii, a na koniec wszystko ładnie składa się w całość, nasze wątpliwości zostają rozwiane i z plaśnięciem "że też na to nie wpadłam!" kończymy lekturę. Specyficzny styl Palahniuka pasuje tu idealnie, po prostu nie wyobrażam siebie inaczej napisanego Fight Clubu. Poziom powieści spokojnie porównałabym do "Requiem dla snu" Selby Jr. Obaj panowie mają własny styl pisania, wprost idealny do pokazywanego przez nich świata. Po prostu nie da się inaczej.

Książka pokazuje szarzyznę świata i szarych, ponurych ludzi. Jednocześnie wykrzykuje nam, kto tak naprawdę tym światem rządzi. To szaraki są jego siłą napędową. To szaraki panują nad życiem bogaczy. Wystarczy jedna silna osobowość, aby uzmysłowić im, jak potężną władają mocą... Pomimo, że zachowanie głównych bohaterów raczej nie należy do chwalebnych, jakoś nie potępiamy ich. Powiem więcej - kibicujemy z całych sił.

Myślę, że "Fight Club" to jedna z tych książek do których się wraca. Nie tylko po to, aby znaleźć w niej coś nowego, niedostrzeganego wcześniej. Przede wszystkim po to, aby poczuć tę siłę i moc, którą czuliśmy poprzednio. Przysięgam, miałam ochotę dostać w mordę i oddać ze zdwojoną siłą.

Bardzo się cieszymy, że mamy tę książkę na półce, prawda Ssskarbie? My precioussss... Jak dla mnie mogłaby być wydana nawet na papierze toaletowym - i tak stałaby na honorowym miejscu. Parafrazując klasyka: jaram się jej zajebistością! :-)




Podsumowanie: Generał ******
Okładka: 10/10 - idealnie oddaje treść - po przeczytaniu.









Dziękuję wydawnictwu
za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.


A zanim pobiegniecie do księgarni, POCZUJCIE TEN KLIMAT!