• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

piątek, 30 listopada 2012

Uporządkuj swoje życie. Niemożliwe?

Książka, która ma odmienić moje życie, zrobić porządek we wszystkich zakamarkach mieszkania i sprawić, że nie będę już nigdy więcej dostawać apopleksji w poszukiwaniu kluczy przed wyjściem. 


Erin Rooney Doland
UPORZĄDKUJ SWOJE ŻYCIE
(wyd. Laurum)

Bo jestem przykładem bałaganiary bez ratunku. Znacie tę zabawę z facebooka, gdzie należy spojrzeć w prawo i wymienić przedmiot, który widzisz? Broń na zombie, powiadają. A u mnie co, trylion rzeczy, które ani nie pomogą na zombie, ani w mojej pracy. W dodatku, leżą tam, gdzie nie powinny, zagracając wszystkie powierzchnie płaskie, łącznie z podłogą.

Jeżeli wiesz o czym piszę, mało tego, chcesz zapomnieć o bałaganie, co ja mówię, syfie w swoim domu raz na zawsze, ta książka może być twoim ratunkiem. 

Ale po kolei. Zanim po nią sięgniesz, odpowiedz na kilka pytań. Uprać, pozmywać, pochować rzeczy, to wiadomo, ale czy wiesz, jak utrzymać porządek stale bez poświęcania temu całego swojego wolnego czasu? Czy potrafisz zoptymalizować swój plan dnia tak, żeby ze wszystkim zdążyć? 

Zaczynasz od poniedziałku. W tym dniu porządkujesz swoją szafę, przerzedzasz (zgodnie ze wskazówkami Erin, krok po kroku) garderobę. We wtorek na celownik bierzesz łazienkę, w środę - sypialnię, w czwartek - salon. W piątek ćwiczysz dyscyplinę, a w weekend bierzesz pod lupę swoje hobby. 

Zgodnie z tym planem, powtarzasz czynności co tydzień, poświęcając im coraz mniej czasu. Kiedy uporasz się z domem, zajmij się uporządkowaniem życia zawodowego. Od poniedziałku do piątku, również postępując zgodnie z nakazami autorki, uczysz się utrzymać porządek na biurku, w folderach na komputerze, w szafie z dokumentami. Zaczynasz dotrzymywać terminów, stajesz się bardziej produktywny.

Ze wstępu do tego wpisu można (słusznie zresztą) wywnioskować, że nie wprowadziłam w życie rad autorki poradnika. Ale odkąd trafiła do mych rąk, nieustannie o tym myślę. Olśniło mnie! Nie muszę żyć ciągle w stresie, że nie zdążę, że ktoś wpadnie niezapowiedziany, że nie znajdę ważnego dokumentu. Choć łatwo nie będzie. Lecz jeżeli nie czujesz potrzeby bycia ratowanym z odmętów niezorganizowania, możesz sięgnąć po rady Erin wybiórczo, bo dotyczą wielu aspektów: bezpieczeństwa systemu komputerowego, pakowania na wyjazd, asertywności, planowania spotkań. 

Przyzwyczajeń nie da się zmienić w ciągu siedmiu dni, jak może sugerować tytuł. Autorka nie twierdzi też, że jest perfekcyjną panią domu i kurz za szafą spędza jej sen z powiek. Jest tylko (lub aż, jak kto woli) świetnie zorganizowaną osobą z mnóstwem ciekawych pomysłów, jak usprawnić codzienne funkcjonowanie. Czytając niektóre rozdziały, będziesz się buntować i nie zgadzać. Ale założę się, że w ostatecznym rozrachunku przyznasz Erin rację. 


Podsumowanie: Pułkownik *****
Oprawa graficzna: 5/6 - adekwatna dla książek tego rodzaju 
Dziękuję wyd. Laurum za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego. 

środa, 28 listopada 2012

Trzy kroki do Kultury

Mała, plastikowa. Kolejna do kolekcji kart w moim portfelu: płatniczych, rabatowych, stałego klienta. W sumie, ta też jest swojego rodzaju kartą stałego - czytelnika. 


Nie będzie to wpis sponsorowany, bo biblioteki nie mają kasy. Choć nie, w sumie to mają, ale wydają ją na książki i realizację całkiem niezłych projektów. Jednym z nich jest Karta do Kultury.

Projekt ten przyniósł Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gdańsku wyróżnienie w konkursie Sztorm Roku 2011. Wyróżnienie zasłużone, bo od stycznia ubiegłego roku czytelnicy mają możliwość korzystania ze zbiorów wszystkich filii biblioteki na terenie Gdańska (a jest ich ponad 30) oraz bibliotek z tzw. Małego Trójmiasta (Wejherowo, Reda, Rumia) na podstawie jednej karty bibliotecznej - Karty do Kultury. Poza tym znacznym udogodnieniem, Karta gwarantuje swoim właścicielom zniżki u partnerów projektu. 

Jak to zrobić?

Przyznam, że z bibliotek miejskich korzystałam niezwykle rzadko. Denerwowało mnie zmieszanie pracowników na widok innego, niż polski, dowodu. Często nie wiedzieli, czy mogą mnie zapisać i czy przypadkiem nie ucieknę z ich książkami za granicę ;-) Ale Wilczex "ukulturalniła" się już dawno temu, nie pozostało mi nic innego, jak pójść jej śladem.

Po Kartę udałam się do zaprzyjaźnionej Filii Gdańskiej. Urok tego miejsca jest nie do opisania - biblioteka w samym sercu Gdańska, na jednej z najpiękniejszych ulic starego miasta, w cieniu monumentalnej Bazyliki Mariackiej. Kto tu jeszcze nie był, koniecznie musi zajrzeć, chociażby w celach turystycznych.


Okazuje się, że założenie Karty jest bardzo proste, trwa kilka minut i wymaga wypełnienia tylko jednego formularza. Tradycyjnie, jak to mam w zwyczaju, w formularzu popełniłam literówki, na szczęście nie poprosili mnie o wypełnianie kolejnego ;-)



Wypełniony formularz przejmuje pracownik biblioteki, wypisuje na nim sobie znane zaklęcia i uwagi, po czym niezmywalnym markerem personalizuje Kartę. Jeszcze tylko kilka klików w systemie bibliotecznym i stajesz się kulturalnym człowiekiem z Kartą. 

Proste, prawda? Wraz z Kartą jej użytkownik otrzymuje dostęp do konta bibliotecznego online, na którym sam może sprawdzać tytuły, jakie wypożyczył i przedłużać termin ich  oddania. Można to zrobić również telefonicznie - nie ma potrzeby fatygować się osobiście aż do biblioteki.

Kulturalny sztorm w Gdańsku

Do końca października 2012 roku wydano 65 714 kart w Gdańsku oraz ok. 9000 kart w bibliotekach partnerskich. 

"O popularności Karty wśród mieszkańców Gdańska świadczą co najmniej 2 rzeczy: wzrost liczby czytelników (na koniec 3 kwartału liczba czytelników zarejestrowanych w naszej bibliotece przekroczyła liczbę końcową z zeszłego roku) oraz zainteresowanie nowych instytucji, które chcą zostać Partnerami Karty" - tłumaczy mi Natalia Gromow, rzecznik WiMBP.


Karta do Kultury wystartowała z 17 partnerami, dziś liczba ta przekroczyła 40. Projekt cały czas się rozwija. Organizatorzy chcą też poszerzyć sieć bibliotek partnerskich.

"Chcielibyśmy, żeby sieć partnerska rozwijała się coraz bardziej, a moim osobistym marzeniem jest, żeby karta biblioteczna - Karta do Kultury - była jak legitymacja studencka - opowiada o planach organizatorów projektu Natalia Gromow. - Byłoby pięknie, gdyby udało się tę sieć rozszerzyć na inne biblioteki w naszym województwie. Jest to sprawa trudna ze względu na informatyzację i różnorodność programów bibliotecznych, ale wierzę, że jest do zrealizowania".  



 Na zdjęciach: wnętrze Filii Gdańskiej



Współczesne biblioteki trzymają rękę na pulsie. 

Poza wypożyczaniem książek oferują stoisko komputerowe z dostępem do internetu, organizują spotkania, warsztaty, włączają się lub same są organizatorami akcji społecznych. W Filii Gdańskiej można zrobić sobie kawę oraz poczytać bieżącą prasę. Jest to miejsce spotkań z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko sposób na darmowe czytanie.

środa, 21 listopada 2012

ANNE RICE - DAR WILKA (2012)


Dawno, dawno temu dostałam z jakieś dziś już zapomnianej okazji "Posiadłość Blackwood" Anne Rice. Nazwisko było mi znane, okładka zachęcała - zabrałam się do czytania. Przeczytałam pół i nie przebrnęłam dalej. Później okazało się, że dostałam przedostatnią cześć wielotomowego cyklu. Postanowiłam dać autorce jeszcze jedną szansę i sięgnęłam po "Dar wilka".

Po niedługim czasie okazało się, że to nie była wina końcówki serii. Dar wilka czyta się tak samo opornie jak poprzednią książkę. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że Anne Rice ma swoich wiernych fanów, którym książkę polecam, bo na pewno im się spodoba. W tym miejscu chciałabym podziękować wszystkim amatorom jej literatury, bo kolejne rozdziały stanowić będą moją ocenę i bynajmniej nie będzie to ocena pochlebna. Zatem fani Anne Rice proszeni są o opuszczenie sali w poszukiwaniu jej najnowszej książki, a całą resztę zapraszam do lektury dalszej części recenzji.

Zacznijmy od tego, czym jest wilkołak. Wilkołak jest uosobieniem naszej zwierzęcej natury. Dr Jekyll i Mr Hyde to najlepszy przykład likantropii (oraz dowód na to, że nie zawsze wilkołak to człowiek-wilk). Założenie jest takie, że po przemianie człowiek poddaje się swoim pierwotnym instynktom i nie potrafi nad tym zapanować. Mówiąc po naszemu: napier** wszystko co się rusza i dobrze mu z tym. Nie ważne, czy po rozpierdusze którą właśnie zafundował wiosce odpala Facebooka przez iPhone (czy inne z urządzeń, których chyba nigdy nie nauczę się obsługiwać), czy wsiada do dorożki i zmierza do swojej wypasionej posiadłości. Ważne, że uosabia zwierzęcą naturą człowieka, reprezentuje drugą stronę lustra, wybiera inny kolor tabletki niż Neo z Matrixa - jak zwał, tak zwał.

Jeśli chodzi o wampiry, wilkołaki, złe domy czy inne istoty z horroru - jestem tradycjonalistką. Dla mnie świecący w ciemności wampir to nie wampir, a broniący uciśnionych wilkołak to nie wilkołak. I na tym w zasadzie mogłabym recenzję zakończyć, bo właśnie tu jest wilk pogrzebany. Wybaczcie ostry ton, ale kiedy czytam o WILKOŁAKU podskakującym i tańczącym po lesie, mordującym, a i owszem, ale tylko tych złych i głaszczącym po główkach wszystkich, którym dzieje się źle, to nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać. Spiderman broniący sierot i przeprowadzający babcie na pasach już był. Koleś z Gotham City również. Naprawdę, nie potrzeba już kolejnego Człowieka-Czegoś-Tam do ratowania świata.

Gdzieś wyczytałam, że w książce napotkamy zaskakujące zwroty akcji i zagadki. Nie wiem, może czytaliśmy inne książki, bo moja była przewidywalna do bólu. Czytasz tzw. przedstawienie postaci i już wiesz, jaka będzie rola każdej z nich w książce. Główny bohater? Tak dobry i idealny, że aż gębę wykrzywia. Styl pisania - przyznaję, da się to czytać, idzie nawet szybko, ale gotyckim bym go nie nazwała. Raczej stylizowanym na romantyczny/gotycki, inspirowany nim. Romantyczny to był "Frankenstein", a "prawie", jak wiemy, robi różnicę. Generalnie mogłabym podzielić bohaterów na głupich, naiwnych, dobrych i martwych oraz różnego rodzaju fuzje tych typów. Mnie to nie bawi.

Podsumowując: podpisuję się "ręcami i nogami" pod słowami Kinga, który twierdzi, że Anne Rice nie umie pisać. Niemniej jednak przyznaję, że fani pisarki znajdą w tej książce wszystko, za co ją kochają i czego oczekują. Ja osobiście nie znalazłam w niej nic.




Podsumowanie: sierżant ***
Oprawa graficzna: 3/6 - ładna, ale banalna.













Za egzemplarz recenzyjny dziękuję
Domowi Wydawniczemu Rebis

niedziela, 18 listopada 2012

BILLY HOPKINS - OUR KID (1996)




To, że jestem fanką sklepów z odzieżą na wagę nie jest tajemnicą. Lubię je nie tylko dlatego, że można fajnie ubrać się za grosze, ale również dlatego, ponieważ zdarza się, że w owych przybytkach radości są kosze wypełnione książkami. Najczęściej anglojęzyczne. I tak właśnie poznałam Billy'ego Hopkinsa.

'Our kid' to przewspaniała, ciepła, zabawna i wzruszająca powieść- wspomnienie/autobiografia. Fantastyczna opowieść o dorastaniu w czasie wojny i o przeskakiwaniu kłód, które życie rzuca nam pod nogi. Jeśli jednak spodziewacie się ckliwej opowiastki o męskim Kopciuszku wychowanym wśród świstu kul, który na szczęście w końcu całuje żabę i wygrywa królestwo (czy jakoś tak), to grubo się mylicie...

Billy to najmłodszy syn wielodzietnej rodziny Hopkinsów - przedstawicieli klasy robotniczej przedwojennej Anglii. Inteligentny, bystry i zaradny, do tego z ogromnym poczuciem humoru. Otrzymuje bezcenną szansę zmienienia swojego losu i awansu w społecznej drabinie. W międzyczasie wybucha wojna. Głód. Bombardowanie i wszechobecna śmierć. Chcecie wiedzieć, co na to Billy?

"...Billy entered the room to begin his Adolf's routine.
'Achtung! Achtung! Mein namen ist Adolf Hitler! Vat ist mein namen?' called Billy.
'Adolf Hitler!' all the kids yelled back.
' Gut. I am ze king of all ze vorld. Vat am I?'
'King of all ze vorld' they shouted.
' I vant peace. Vat do I vant?'
'Peace! You vant peace!' they chorused.
'Ja! I vant peace! A piece of Poland! A piece of Czechoslovakia!I A piece of Belgium! A piece of...'" *

Wiele razy śmiałam się w głos, kilka razy o mało nie poryczałam się w tramwaju - to chyba najlepsza recenzja 'Our Kida'. Wspaniała opowieść o miłości, o tym, że chcieć to móc oraz o tym, że "mury runą, runą, runą...". Nie da się opisać w kilku akapitach, co pozostawia w sercu ta książka. To trzeba przeczytać. Bez zbędnego sentymentalizmu Hopkins snuje swoje wspomnienia napełniając czytelnika niezwykłym ciepłem i radością.

'Our kid' to również gratka dla językowych geeków. Zderzenie slangu robotniczej klasy z typowym 'British English' prosto z salonów - bezcenne. Na początku może wydawać się trudne w odbiorze, ale później idzie jak burza. Zdecydowanie za szybko. Zmusza wnikliwych do grzebania w słowniku, a leniuszków wygania na kanapę ;-). 

W takich chwilach jak ta zaczynam wierzyć w cuda. Bo to nic innego jak cud, że ta książka trafiła w moje ręce. Nie dość, że kupiona przez przypadek, nie widziana nigdze indziej, nieznana w Polsce, to na dodatek napisana w wieku 71 lat i wydana przez samego autora. Billy zawsze robił wszystko na 100% i miał wyjątkowy dar podejmowania właściwych decyzji. Po tym, jak stał się własnym wydawcą i książka ujrzała światło dzienne, zainteresowało się nią wydawnictwo Headline. I poszło. 400,000 nakładu, miliony sprzedanych egzemplarzy z cyklu....** Szkoda, że Hopkins nie doczeka tłumaczenia na tak egzotyczny język jakim jest polski. Zmarł w maju tego roku.

Nie wzruszyłam się tak od czasów książki "Popiół i żar" Franka McCourta. Rzadko też mi się zdarza, że przekręcając ostatnią stronę książki siłą powstrzymuję się, żeby nie zacząć lektury od początku. Taki właśnie jest 'Our kid".


  Podsumowanie: Generał ******
Oprawa graficzna: 6 - ma duszę!







*Ze względu na to, iż książka nie została przetłumaczona na język polski, a w cytowanym fragmencie ogromną rolę ma gra słów, nie będę Wam tego tłumaczyć. Chociaż oczywiście mam swój pomysł na przekład. ;-)
** Jeśli ktoś z Was ma którąś z nich - proszę o kontakt - chętnie kupię lub zamienię się ;-)








poniedziałek, 12 listopada 2012

"Dziennik znaleziony w piekarniku" (fragment)


No, więc miałam o tej pracy mówić, no zatem jest tak, że mi ją ada załatwiła. Załatwiła mi dwie. Pierwsza praca wydawała się błogosławieństwem, cudownym i magicznym połączeniem dwóch moich potrzeb: pieniędzy i wydostania się z domu. Więc zarabiałam na jeden chleb dziennie, przyznać muszę - stosunkowo mało, za to praca pozwalała mi na zabieranie ze sobą tego dziecka na zewnątrz. Czynność była nieskomplikowana, maszerowałam w takt bicia serca ziemi po głównej ulicy miasta z transparentem-reklamą: tu-zajebiście-się-prawie-za-darmo-nażresz, strzałka - 200 metrów, strzałka - jak-u-mamy, wykrzyknik. No to jak u mamy, to sobie pomyślałam, że z wózkiem jeszcze piękniej, skoro awansowałam w tym społeczeństwie do statusu matki, to lepiej mogę reklamować ten zakład niż każda inna krowa, niż wszystkie te bezdzietne nie-kobiety. No to maszerowałam wzdłuż tej ulicy tego miasta, ciągnąc wózek lewą i unosząc transparent drugą ręką, jak jakaś wolności statua, matka-rewolucja, dwudziestopierwszowieczna kariatyda, utrzymująca na swych ramionach ciężar sztuki nowoczesnej użytkowej reklamowej, to po jakichś kilku dniach na-dni-kilka przyjechała nina z tym swoim nadpobudliwym piotrem, co po murach kamienic jakoś tak skakał bardziej, niż po obetonowanej ziemi szedł, odwiedziła mnie więc w mojej pracy jakaś taka nina wciąż pastelowa, ale jakby jakąś czernią teraz podbita, zarazą/trucizną/stęchlizną, i jakoś się tak dziwnie nina zaskoczyła tym moim widokiem mnie-pracownicy, mnie-robotnicy, mnie-zatrudnionej, mnie z tym wózkiem i z tym transparentem, najlepsza-praca-na-świecie, cztery-złote-za-dwa-dni-pracy, to tak właśnie do mnie nina podeszła jakby taka - sobie myślę: chora na mózg czy co? - poczerniała, spowolniona, zawstydzona, jakby jakaś zgwałcona czy coś takiego, cześć, magdalena, powiedziała tylko i ze wzrokiem zezem wykrzywionym, jedno-oko-na-wózek, drugie-oko-na-transparent, utkwionym w obu przymiotach mojej teraźniejszej wegetacji, no, nina, co jest, widzisz, że pracuję, odpowiedziałam i wcale mi się głupio nie zrobiło, z tym dzieckiem pracujemy, to się nie nudzimy, a dochody waszego kapitalistycznego rynku napędzamy, bo widzisz, nina, ja teraz awansowałam, ja teraz w reklamie pracuję, może za tydzień w pr mnie gdzieś zatrudnią, a potem w zasobach ludzkich, to bardzo przyszłościowy taki kierunek dla tej mamoniczno-demonicznej gospodarki jest, no, to skoro ja już siedzę w tej rzeczywistości, osiadła jak kwoka zupełnie, to może awansuję. A wstydzić to się nie ma czego, nina, wstydzić to się można urodzenia tego dziecka w tej rzeczywistości, tego to się można wstydzić, a reszty - to nie ma czego. Karierę, moja droga, karierę trzeba robić! W reklamie! A generalnie, nina, i tak w ogóle globalnie, tobyś się przede wszystkim powstydziła tych czarnych śmierciofilskich swoich myśli, które produkować i generować zaczęłaś jakiś-czas-temu, byś się ich powstydziła i najlepiej pożałowała, tych ze zbytniego chyba zbytku wyrosłych sentymentalizmów i luksusowych roztkliwień, bo życie to przecież nieustannie spływające na człowieka jak-ciepły-letni-deszcz błogosławieństwo, które bóg ojciec hojnie ze swej dalekiej góry, ze swej złocistej konewki na swoje nieboskie stworzenie wylewa i to zupełnie za darmo!, zupełnie nieodpłatnie!, a tu taka niewdzięczność z twojej, nina, strony, takie odwracanie się od tych darów losu i tych darów pomorza i ku jakiejś śmierci się zwracanie, to takie nie całkiem fair jest, nina, nie całkiem odpowiednie zachowanie. Weź się lepiej do prawdziwej pracy i dziękuj bogu za to życie i za te plony, które codziennie przychodzi ci zbierać niczym grzyby-po-deszczu, to wszystko rośnie dla ciebie, ta miłość wokół i te dobrodziejstwa, te życzliwości i dobroduszności, które sobie możesz z przez ludzi zasadzonych krzaczków wokół zbierać, wszystko to dla ciebie, wszystko jest pełne miłości, ta cała harówa, ta cała niewdzięczność oraz ta cała niesprawiedliwość, to wszystko, to wszystko jest pełne użytecznej miłości! Taka miłość to dar, wielce łatwy w obsłudze i niebywale funkcjonalny w późniejszym życiu po życiu. Jeżeli ty tego nie rozumiesz, to jak mam to zrozumieć ja, ja matka-czyli-kobieta, ja kobieta-czyli-matka, jak mam to zrozumieć, co dzień obmywana falą uświęconych oszustw i zsakralizowanych mistyfikacji, bo ja to już nic nie rozumiem, we własnej sobie się pogubiłam, a przede wszystkim potrzymaj ten transparent-reklamę na chwilę i ten wózek-węglarkę na sekundę, siku muszę zrobić, a jak wreszcie do miejskiego się udam szaletu i do wewnątrz niego dostanę, to może nigdy stamtąd już nie wrócę i może tak właśnie byłoby najlepiej, byłoby-czyby-nie-było-jak-sądzisz-nina-byłoby-czyby-nie-było-jak-nina-przypuszczasz?

(fragment)
"Dziennik znaleziony w piekarniku"
Marek Susdorf

sobota, 10 listopada 2012

PAUL MERSON - Jak nie być profesjonalnym piłkarzem.



Prawdopodobnie większość chłopców uganiających się za piłką po szkolnych boiskach, podwórkach i placach marzy bądź kiedyś marzyła o tym, by zostać zawodowym, sławnym piłkarzem. Nie inaczej było ze mną. Ileż to razy umieszczając piłkę w podwórkowej bramce, wyobrażałem sobie, że jestem gwiazdą pokroju Ronaldo (tego prawdziwego, z Brazylii), Alessandro Del Piero czy Zinedine’a Zidane’a i właśnie strzelam gola na wypełnionym po brzegi, ogromnym stadionie. 

Przyznam, że jestem na tyle młody, że nie mogę pamiętać lat świetności Paula Mersona, kiedy to zdobywał trofea grając w Arsenalu Londyn. Jestem natomiast na tyle stary, by pamiętać go z kilku spotkań, jakie rozegrał dla Aston Villi Birmingham, Portsmouth FC i reprezentacji Anglii. „Za moich czasów” jednak Merson nie był już gwiazdą światowego formatu, zatem wiedziałem o nim niewiele. Między innymi z tego względu pochłonąłem tę książkę dowiadując się wielu nowych, ciekawych faktów.

Autobiograficzna książka Paula Mersona „Jak nie być profesjonalnym piłkarzem” jest właściwie „antyporadnikiem” dla wszystkich marzących o karierze piłkarskiej. Opisując ekscesy ze swojego barwnego życia, autor daje wskazówki (w dwudziestu rozdziałach-lekcjach) jak absolutnie nie powinien postępować zawodowy sportowiec. Im dalej zagłębiamy się w lekturę, tym bardziej zachodzimy w głowę: jakim cudem ten facet zrobił karierę w jednej z najlepszych i najbardziej wymagających lig piłkarskich świata?   

Historia Paula Mersona to ciągłe upadki i zmartwychwstania. Momenty sławy przeplatały się z chwilami goryczy i poczuciem dotkliwej porażki. Autor opowiada o przejściu z zespołu juniorów w świat profesjonalnej piłki, o pierwszych zarobionych (i jednocześnie przepuszczonych u bukmachera) pieniądzach, o szalonych libacjach alkoholowych, o pierwszych doświadczeniach z kokainą, w końcu o uzależnieniach i odwyku w zamkniętej placówce oraz o powrocie na boisko. Przytacza przy okazji niezliczoną ilość ciekawych i zabawnych (często wulgarnych) anegdot, ukazując też kulisy życia zawodowych piłkarzy.

Zastanawiające jest to, że w opowieści Mersona praktycznie nie ma wątków związanych z kobietami. Co prawda kilka razy wspomina o swojej żonie (żonach), ale jego ekscesy są niemal pozbawione udziału płci przeciwnej. Czyżby hazard, alkohol i dragi aż tak pochłaniały piłkarza, że w jego życiu nie było miejsca na panienki? Aż trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę częste skandale o zabarwieniu seksualnym, związane z piłkarzami ligi angielskiej. Może po prostu Paul stwierdził, że tego byłoby już za wiele w jego autobiografii? Przecież i tak wykazał się nie lada odwagą, rozliczając się z przeszłością i opisując swoje perypetie. Jeśli zatem liczycie na pikantne opisy życia seksualnego Paula Mersona - muszę was rozczarować. No chyba, że zadowolą was wspominki o częstym i intensywnym „brandzlowaniu się” (Lekcja 6: Nie brandzluj się przed meczem reprezentacji Anglii). 

Pomimo znaczących osiągnięć sportowych, rozpoznawalnej twarzy, zarobionych i przepuszczonych milionów funtów, uzależnień, które o mały włos go nie zabiły lub wpędziły w bankructwo, Paul Merson pozostał zwykłym chłopakiem z sąsiedztwa, który budzi naszą sympatię. Snuje swoją opowieść nie siląc się na wyszukany język i metafory, dzięki czemu zyskuje na autentyczności. Tak, facet bardzo źle się prowadził, skrzywdził wielu ludzi i siebie samego, ale mimo to nie można go nie lubić. 

Nie trzeba interesować się piłką nożną, żeby czytać „Jak nie być profesjonalnym piłkarzem” z wielką przyjemnością. Futbol jest tu obecny na każdym kroku, jednak jest to książka przede wszystkim o ludzkich problemach, kruchej psychice i o tym, że na sukces trzeba bardzo ciężko pracować, natomiast na dnie można znaleźć się w mgnieniu oka. Ot, choćby stawiając 15 tysięcy funtów na tor czwarty w wyścigach psów…


 na zlecenie Misji: K.S.I.Ą.Ż.K.A.


JĘZYK: 4/6
REALIZACJA: 5/6
POSTACIE: -/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 6/6
Podsumowanie: Porucznik ****
Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy
Domowi Wydawniczemu REBIS. 




piątek, 9 listopada 2012

O poetyckich zmaganiach w cieniu Neptuna



W samym sercu Gdańska, w kamienicy tuż obok Neptuna, na białych fotelach zasiadło wczoraj poważne grono jury. Zasiadło i ogłosiło nominacje do Nagrody Literackiej „Europejski Poeta Wolności 2012-2014”. To już trzecia edycja Nagrody, którą ustanowiło Miasto Gdańsk w 2008 roku.

Przyznam szczerze, że choć wielką miłośniczką poezji nie jestem, wydarzenia związane z Nagrodą „Europejskiego Poety Wolności” śledzę zawsze. Gdańsk, który dla mnie jest prawdziwym historycznym symbolem walki o szeroko pojmowaną wolność, nie mógł wymyślić lepszej promocji tej idei w literaturze. Gdy dodamy do tego moje zawodowe aspiracje, to międzynarodowy konkurs, który promuje (i nagradza) nie tylko wybitne zjawiska poetyczne autorów z różnych krajów, ale również sztukę przekładu, staje się jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Gdańsku. 

Kim jest Europejski Poeta Wolności?

Formuła konkursu jest unikalna. Nagroda przyznawana jest co dwa lata za najlepszą książkę poetycką wydaną w języku oryginału w ciągu ostatnich pięciu lat. „Książka poetycka” i „język oryginału” w tym przypadku są kluczowymi hasłami. Pod pierwszym pojęciem rozumiemy zbiór wierszy, opublikowanych po raz pierwszy, lub autorski wybór wierszy, które wcześniej już się ukazały. W każdej edycji Nagrody udział biorą poeci z innych krajów europejskich, stąd tak istotna rola tłumaczy z danych obszarów językowych. To właśnie oni, tłumacze, przedstawiają swoich kandydatów, a jury ogłasza nominacje do nagrody.

W marcu 2012 roku, podczas gali wieńczącej drugą edycję konkursu, publicznie wylosowano kraje, z których pochodzą dzisiaj nominowani poeci: Austra, Belgia, Chorwacja, Grecja, Estonia, Kazachstan i Szwajcaria z Lichtensteinem. Do marca 2014 nominowane tytuły zostaną przetłumaczone na język polski i wydane pod logiem konkursu.

Europejski Poeta Wolności to nie tylko papier

Ogłoszenie laureata Nagrody poprzedza Festiwal Literatury w Gdańsku, w trakcie którego mieszkańcy i goście miasta mają możliwość wziąć udział w dyskusjach, pokazach filmowych, koncertach,  grach miejskich, warsztatach oraz, oczywiście, spotkaniach z poetami i tłumaczami.

Z dotychczasowych spotkań najmilej wspominam to z pierwszym laureatem Nagrody, Białorusinem Uładzimierem Arłauem w 2010 roku. W pamięć zapadły mi skromność i wzruszenie poety  (Arłau w momencie spotkania nie wiedział jeszcze, że to właśnie on zostanie pierwszym nagrodzonym) oraz możliwość bezpośredniej rozmowy z jego tłumaczem. Inna kultura, inne spojrzenie na świat, próba zgłębienia idei wolności przez pryzmat doświadczenia poety z innego kraju - właśnie za to najbardziej cenię Nagrodę „Europejski Poeta Wolności”.

Do Nagrody Literackiej „Europejski Poeta Wolności 2012-2014” nominowani zostali: Jaan Kaplinski (Estonia) i tłumacz Aarne Puu, Pandelis Boukalas (Grecja) i tłumacz Michał Bzinkowski, Toktarali Tanżaryk* (Kazachstan) i tłumacz Henryk Jankowski, Guy Goffette (Belgia) i tłumaczka Anna Wasilewska, Iren Baumann (Szwajcaria) i tłumacz Ryszard Wojnakowski, Dorta Jagić (Chorwacja) i tłumaczka Małgorzata Wierzbicka, Erin Einzinger (Austria) i tłumacze Zdzisław Jaskuła oraz Sława Lisiecka.


* Toktarali Tanżaryk jest najmłodszym poetą tej edycji. Trzydziestolatek mieszka we wsi, którą ledwo znajduje google maps. Zaistniał dzięki czasopismom i portalom internetowym, poeta zaangażowany, obecnie bezrobotny. Bardzo jestem ciekawa jego wierszy w przekładzie Henryka Jankowskiego. 

Nagrodę ustanowiło miasto Gdańsk, konkurs jest organizowany we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej. Nagrodą jest statuetka oraz 100 tys. złotych dla poety, oraz 10 tys. złotych dla jego tłumacza. 

niedziela, 4 listopada 2012

ANDREA GILLIES - OPIEKUNKA. Życe z Nancy. Podróż w świat alzheimera


Spodziewałam się czegoś w stylu "Tato" Whartona. Poruszającej do głębi historii o życiu, ukrytej pod płaszczem opowieści o przemijaniu. Bardzo się pomyliłam. Ale wybór nadal pozostaje wyśmienitym.


"Nie trzeba być Komnatą -aby w nas straszyło -
Lub nawiedzonym Domem -
Nie ma wnętrz straszniejszych niż Mózgu
Korytarze kryjome - "
Emily Dickinson


Jak tylko zobaczyłam tę książkę postanowiłam, że muszę ją przeczytać. Problem alzheimera nie jest mi obojętny, zetknęłam się z nim kilka razy w życiu. To już jest wystarczający powód do sięgnięcia po książkę. Dodając do tego miłość do Whartona i "Tato" wciąż siedzące w głowie otrzymujemy pozycję obowiązkową, tzw. must-have, a w zasadzie must-read. 

Książkę podzieliłabym na 3 części. Pierwsza to obraz Nancy, dotkniętej alzheimerem, powoli, acz sukcesywnie zapominającej, do czego służy nóż, czym różni się podłoga od kolana, nie pamiętającej o rodzinie. Nancy nie jest w stanie rozpoznać najbliższych, a w dalszym rozwoju choroby własne odbicie w lustrze traktuje jak gościa. Chowanie zużytego papieru toaletowego w rękawach, wypróżnianie się na środku salonu, naprzemienny płacz i wielka radość przeplatane z przerażeniem - to alzheimerowska codzienność.

"Opiekunka" to również autobiograficzna opowieść synowej, walczącej w imieniu Nancy o odrobinę normalności i szczęścia, codziennie od nowa. Gillies przedstawia walkę z chorobą od kuchni. Stawia wiele filozoficznych pytań, na które nie daje odpowiedzi. Jej siła ducha i determinacja dają zdrowego życiowego "kopa". Coddzienne zaczynanie misji od nowa - budzi rezygnację.

Trzecia część jaką bym wyodrębniła może być przez wielu uważana za wadę, niepotrzeny przerywnik, zakłócający płynność opowieści. Dla mnie jednak było to niezwykle ciekawe, opisane w przystępny dla Kowalskiego sposób, podejście do problemu z czysto naukowego punktu widzenia. Bardzo pouczające, choć miejscami podobne do biologicznych podręczników. Mi się podobało - warto się czasem odchamić i łyknąć troszkę wiedzy. ;-)

Podczas czytania Opiekunki" zauważyłam pewien paradoks - to, co mi najbardziej przeszkadzało nie było wadą. Andrea przeżyła ciężkie chwile, nie ma co do tego wątpliwości. Trudności wynikające z opieki nad chorym nie podlegają dyskusji. Jednak w głowie ciągle słyszałam głos mówiący "Wielu ludzi w Polsce dałoby się pokroić za takie warunki!". Rzeczywistość w której wyrosłam nijak się ma do rzeczywistości przedstawionej w książce. Tutaj nikogo nie stać, żeby na potrzeby opieki nad teściami kupić sobie wielki dom nad morzem. Nie znam też nikogo, kto mógł sobie pozwolić na dom w Turcji jako odskocznię od trudów codzienności. Nie słyszałam też o żadnym emerycie, który ma tyle oszczędności, aby na starość móc opłacić dobrych kilka lat w  domu opieki. Przyznaję, że trochę mnie to uwierało - stany depresyjne, aspołeczność opiekunki przygniecionej przez swoje brzemię. Ciekawe, ile lat wytrzymałaby w naszych warunkach... Jednak jak już wspomniałam, nie mogę rozpatrywać tego w kontekście wady - przecież to nie jest zabieg, mający na celu wzbudzenie w czytelnikach litości. To jej życie i jej rzeczywistość.

"Opiekunkę" będę polecać każdemu. Pomimo, że czyta się szybko, pozostaje w głowie na dłużej. Przygotujcie się na rozmyślania o życiu, przemijaniu, eutanazji, wolnej woli, osobowości i samoświadomości. Tematów do rozważań na pewno Wam nie zabraknie. Może gdzieś zmienicie zdanie, może utwierdzicie się w słuszności dotychczasowych poglądów. Na pewno nie przejdziecie obojętnie.

Na koniec kilka słów na temat okładki. Oto one: świetna, idealna, palce lizać.




JĘZYK: 6/6
REALIZACJA: 5/6
POSTACIE: -/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 6/6
Podsumowanie: Generał ******







Dziękuję Wydawnictwu Czarne
za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego.