• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

sobota, 27 października 2012

Blisko, nie za blisko - konkurs

Z obserwacji dzieci naukowcy wnioskują, że mogą one wytrzymać nawet skrajnie trudne warunki fizyczne, pod warunkiem, że znajdują się w bliskiej relacji z kimś dorosłym. Jeśli takiej relacji nie ma, nawet najlepsze warunki nic nie pomogą. W rozmowie z dziennikarką Renatą Mazurowską psycholog Paweł Droździak przyznaje, że mamy epidemię zaburzeń więzi. Problem dotyczy nie tylko relacji dziecko-rodzic, lecz wkrada się do wszelkich naszych wszelkich innych relacji. 



piątek, 26 października 2012

Słowo na "s" i dużo czerwieni. Wyniki konkursu

Na wstępie chciałbym podzielić się z Państwem zachwytem, który spowodowała możliwość zatytułowania w tak sympatyczny sposób maila ["Historia burdeli" - przyp. aut.] - różne nagłówki wypluwała moja skrzynka mailowa, ale ten jest najbardziej enigmatyczny i filuterny.*

A my na wstępie chcemy uprzedzić, że dalsze czytanie niniejszej notki może powodować wzrost ciśnienia oraz nadwrażliwość na czerwień, dlatego oficjalnie oznaczamy ją 18+. Osoby nieletnie uprasza się w tej chwili zamknąć oczy i nie podglądać. 


środa, 24 października 2012

Blisko, nie za blisko (fragmenty)



***


Częstym powodem, dla którego pierwszy związek staje się bardzo ważny, jest istnienie w rodzinie pochodzenia sztywnej bariery wejścia i wyjścia. Jeśli jesteś w takiej rodzinie, musisz akceptować bez reszty wszystkie reguły i stosować się do nich bez dyskusji. Jeżeli się przeciwstawisz, to tylko na takiej zasadzie, że całkowicie się z rodziny wykluczysz.

Czyli: „W naszej rodzinie rozwodów nie ma”, „Nie jesteś już moją córką (synem)” albo „Jak to zrobisz, możesz już nie wracać”.
A jeśli raz się z tej rodziny wykluczysz, bardzo trudno będzie ci wrócić. Czasem się udaje, ale tylko na pewnych warunkach. Na przykład za cenę dozgonnej pokuty w celibacie. „Ty już chłopaka miałaś. Próbowałaś z nim mieszkać, mimo że wiedziałaś, co o tym myśli rodzina. Wiadomo, do czego to doprowadziło. Więc jeśli chcesz nadal z nami mieszkać, o żadnych kolejnych wyskokach nie chcemy słyszeć”.
Jeśli taka dziewczyna wchodzi w związek i chce zamieszkać z chłopakiem, a po pewnym czasie, kiedy dojdzie do wniosku, że to nie to, zwyczajnie i bez problemu zechce wrócić do domu — nie może tego zrobić. Wszystko jest postawione na ostrzu noża. „Jeśli wracasz, to jest to tragedia, kraksa twojego związku, błąd życiowy”. Albo w ogóle nie może wrócić, bo usłyszy, że skoro sama tak wybrała, musi być konsekwentna. Albo może wrócić, ale wtedy musi do tego chłopaka zadeklarować nienawiść i zohydzić go w oczach rodziny. Nie może być tak, że po prostu uczy się relacji z chłopakiem, próbuje. Albo-albo.
Takie uwarunkowania tworzą w dziewczynie postawę desperacji. Często wtedy pierwszy poważny partner staje się od razu ojcem pierwszego dziecka. Z czasem ona sama zostaje samotną matką mieszkającą przy rodzicach i odbywającą pokutę. Bo grzech nieposłuszeństwa rodzinie może zmazać, jedynie w całości poświęcając się dziecku. Dopóki nie pojawi się kolejny mężczyzna. Tylko on może ją z tego wyzwolić i zabrać. Ona sama się zabrać nie może. Rodzinny schemat takich rozwiązań nie zawiera.
Rzecz w tym, że na pewnym poziomie nie ma różnicy między związkiem satysfakcjonującym a niesatysfakcjonującym. Ludzkie potrzeby w tym względzie można porównać do góry lodowej. Powyżej lustra wody jest strefa, którą łatwo zrozumieć. Dobry, satysfakcjonujący związek jest w tej strefie lepszy niż związek raniący. Lepszy partner jest lepszy, gorszy jest gorszy. Przy lepszym się zostaje, od gorszego odchodzi. To jest ta strefa logicznego myślenia lub — inaczej — strefa zsocjalizowana. Oficjalna. Mieści się tam człowiek cywilizowany.

Ale to, co najważniejsze, nieoficjalne, jest pod wodą?
Niżej jest dużo potężniejsza strefa. Tam nie ma różnicy, jaki jest ten związek. Ważne, że jest. Że jest obiekt i relacja. I że jest to stałe. Bo brak relacji jest gorszy niż zła relacja.
Zwierzęta żyjące w stadzie nie odchodzą z niego z tego powodu, że zajmują w nim niską pozycję. Podążają za stadem, gdziekolwiek ono się uda. Nawet jeśli nie mają w nim łatwego życia. Wszystko jest dla nich lepsze niż samotność.
Z punktu widzenia tej strefy potrzeb lepiej jest mieć złego, raniącego partnera, na którego jest się permanentnie wściekłym, niż nie mieć żadnego partnera i nie mieć nawet na kogo się wściekać. Mieć pustkę.
Ta kościelna obietnica odnosi się właśnie do tej sfery. Nie tyle: „Przysięgam ci, że będę dobry”, ile: „Przysięgam ci, że będę: albo zły — i wtedy będziesz mogła mnie zawsze nienawidzić, albo dobry — i wtedy będziesz mogła mnie zawsze kochać. Tak czy siak zawsze będę i będziesz mieć jakiś obiekt odniesienia dla swoich emocji”.
Ktoś działający z poziomu motywacji tej strefy potrzeb może, mając rozczarowującego partnera, nawet uczynić z tego cnotę.

Poświęci się?
O tak! „Oto jest mi bardzo ciężko z tą osobą, ale ponieważ przysięgałem, będę to znosić. Jest to moje poświęcenie i wyraz mojej nadludzkiej siły. Mój heroizm. On jest zły, ale mimo to ja jestem heroiczna. I w tym moja godność”. Często złość na partnera jest już nie tyle złością za to, co on robi niedobrego, ile złością na niego za to, że robiąc coś niedobrego, nie docenia naszego poświęcenia w znoszeniu tego.


***

Kilka lat temu pewien mężczyzna w Wielkiej Brytanii wzbudził sensację, ponieważ stał na ruchliwym skrzyżowaniu z tabliczką na szyi: „Jestem świnią, zdradziłem swoją dziewczynę, a stanie tutaj jest karą, jaką mi wyznaczyła. Mam tu stać, póki mi nie wybaczy”. Wziął winę na siebie w sposób nieograniczony i teraz poniesie nieograniczone konsekwencje. Będzie stał na tym skrzyżowaniu tak długo, jak długo będą się znali. Bo przecież ona mu nie wybaczy. Po co miałaby to robić? Jej instynktowna część już dostała to, czego chciała. Ona nie ma więcej potrzeb w tej sprawie. W każdym razie on nie ma już dla niej niczego więcej, co mógłby jej zaoferować. Czyli będzie „tam stał” już na zawsze.
Ale co się stanie, jeśli ten, kto zdradził, odmówi wzięcia winy na siebie? Po prostu najzwyczajniej w świecie nie wykaże żadnego poczucia winy, żadnej odpowiedzialności i w najmniejszym nawet stopniu nie zechce się tłumaczyć czy siebie samego oskarżać?

Winną tym samym uczyni ją?
Bardzo ważną rzecz tu pani powiedziała. Jest tylko jedna osoba, która może uczynić nas winnym. My sami. Jeśli człowiek sam na siebie winy nie weźmie, to niezależnie od tego, co kto będzie mówił — przyjmie to albo nie.
Dlaczego ona weźmie winę na siebie? Po pierwsze, bo ktoś musi być winny, a po drugie — jest między nimi „umowa na więź”. Ona dokonuje myślowej ekwilibrystyki: mimo że widzi gołym okiem, że partner zrobił ją w trąbę, to by zachować tę więź, jest w stanie obwinić siebie, a nie jego.

Ale, panie Pawle, może być przecież i tak, że darzymy tak wielką miłością osobę, która nas zdradziła, że nawet gdy są dowody, nie wierzymy, że mogła być dla nas tak raniąca, tak niedobra. Więc skoro jest dobra, to ja jestem niedobra. Czy to nie podobny mechanizm jak z odrzucanym przez rodzica dzieckiem?
Trochę tak. W przypadku dziecka istnieje bardzo racjonalna przyczyna, dla której oskarżenie czy też zakwestionowanie rodzica jest dla tego dziecka niemożliwe — zamiast rodzica ono kwestionuje siebie, własny rozum, własną zdolność osądu, własną wartość, niewinność. Bo przetrwanie dziecka zależy od przetrwania rodzica.
Dlatego nawet kiedy rodzic jest ewidentnie nie w porządku, dziecko dokonuje w umyśle mnóstwa akrobacji, by ocalić jego obraz. Jeśli rodzic robi rzeczy skrajnie złe, ocalenie tego obrazu odbywa się ogromnym kosztem. Bo czasem trzeba zniszczyć całą zdolność logicznego myślenia, by pogodzić ewidentne zło z dogmatem, że rodzic jest dobry. Bywa, że trzeba dokonać takiej masy wyparć, zaprzeczeń, wykluczeń, odwróceń i przemieszczeń, że zupełnie traci się kontakt z rzeczywistością. Ale od tego — od ocalenia rodzica, a więc w tym przypadku od ocalenia dobrego obrazu rodzica — zależy przetrwanie, więc ludzki umysł potrafi tego dokonać. I dokonuje.

W miłości też nam może chodzić o przetrwanie. „Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie” — pada często przy rozstaniach…
Między dorosłymi może wystąpić zjawisko podobne, o ile ta zdradzona osoba ma do zdradzającej taki mniej więcej stosunek, jaki ma dziecko do rodzica. Jeśli wierzy, że bez tej osoby emocjonalnie lub nawet fizycznie nie przetrwa, jest gotowa dokonać takich przekształceń rzeczywistości, dzięki którym może trwać w tym związku, będąc zdradzaną, oszukiwaną. Jej celem jest pozostanie z ukochaną osobą. Boi się być bez niej, więc nie chce nic wiedzieć. Woli zakwestionować własny rozum niż kogoś, na kim się całkowicie opiera.
Jest taki fragment w jednej z komedii braci Marks. Cytowało go już wielu mądrych ludzi, to ja sobie też pozwolę. Kobieta zastaje mężczyznę w łóżku z inną, a on ją pyta: „Komu wierzysz? Swoim oczom czy moim słowom?”.
Często snute są rozważania o „przyczynach zdrady”. Podaje się różne powody mające jakoby świadczyć o tym, że związek nie był satysfakcjonujący, pełny, że się wypalił. Te wyjaśnienia często brzmią bardzo sensownie, ale wszystkie one mają jedną zasadniczą słabość. Nie wyjaśniają, dlaczego osoba zdradzająca po prostu nie odeszła z tego związku, zamiast zdradzać i jednocześnie w tym związku być.

Otóż to. Dlaczego?
Pewien znany polski seksuolog powiedział niedawno w jakimś wywiadzie, że on po dwudziestu latach badania, dlaczego ludzie zdradzają, ciągle nie wie. Bo są różne przyczyny, ale nie ma jednej głównej. Bardzo w to wierzę, że on nie może tej przyczyny znaleźć. Bo moim zdaniem jej nie ma. Każdy człowiek jest potencjalnie zdolny do tego, by zdradzić partnera. Każdy człowiek posiadający partnera może zostać zdradzony.
Za poszukiwaniem wyjaśnień kryje się nieświadome założenie — że możliwy jest taki stan umysłu, takie skonstruowanie relacji pary, taki poziom świadomości, rozwoju, że pokusa zdrady nie będzie się pojawiała. Po prostu: ten partner będzie dla nas tak ważny na wszelkich możliwych poziomach, że w ogóle nie będziemy czuli żadnej chęci na skok w bok. Nigdy. Czyli — i tu jest to zasadnicze współczesne wyznanie wiary — możliwy jest taki świat, taki stan umysłu, w którym nie będziemy w ogóle musieli do niczego wewnętrznie się zmuszać. Nie będziemy musieli niczego sobie narzucać, niczego odmawiać, robić wbrew sobie, z niczego rezygnować, czując jednocześnie jakiś żal, niespełnienie, brak czy frustrację.
Jeśli tylko zaliczymy jeszcze jeden czy drugi warsztat rozwoju osobowości, ludzie, którzy nas teraz pociągają, przestaną nas kusić i będziemy czuli już tylko to, co dozwolone. Pokusa odejdzie w sposób naturalny, jeśli partner będzie w porządku, komunikacja dobra, jeśli się dogadamy co do seksu itd. Żadnych wewnętrznych konfliktów, a przede wszystkim żadnego wyrzeczenia i bólu. (...)


Fragmenty książki "Blisko, nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach" 
udostępniamy dzięki uprzejmości wydawnictwa Sensus. 
Wkrótce do wygrania na Misji!

wtorek, 23 października 2012

JACK LONDON - KAFTAN BEZPIECZEŃSTWA



„Kamienne mury i żelazne drzwi są dla ciała. Nie mogą zatrzymać ducha.” 


Niewielu ludzi kojarzy Jacka Londona z ambitną literaturą. W powszechnej świadomości jest on wiązany z powieścią przygodową, skierowaną głównie  do dorastających chłopców. Mając na uwadze bogaty dorobek tego autora, nie sposób zgodzić się na to, aby jego twórczość była tak łatwo szufladkowana. Niejednego czytelnika mógłby zaskoczyć intelektualny zawrót głowy w „Martin Eden”, nieco mdły sentymentalizm z „Księżycowej Doliny” czy alkoholowe wynurzenia zawarte w „John Barleycorn”. I choć wszystkie wymienione powieści są godne uwagi, to przede wszystkim „Kaftan bezpieczeństwa: Włóczęga wśród gwiazd” jest tą, która zasługuje na nią najbardziej.

Bohaterem wymienionego dzieła jest Darrel Standing, profesor agronomii na uniwersytecie kalifornijskim. Standing to także człowiek, który w afekcie pozbawił życia innego członka akademickiego grona. Zza więziennych krat opowiada historię, której czas i miejsce nie są łatwe do określenia. Być może rozgrywa się ona na wielu płaszczyznach; możliwe też, że jedyną jej areną jest umysł głównego bohatera. Z uwagi na brak pokory ducha, ciało Darrela jest regularnie wystawiane na katusze przebywania w tytułowym kaftanie. Jedyny ratunek udaje mu się odnaleźć w całkowitym wyzwoleniu własnych myśli. 

Podejmując włóczęgę wśród gwiazd należy się przygotować na całą paletę wrażeń. Gdyby spojrzeć z osobna na poszczególne rozdziały, można by dojść do wniosku, że „Kaftan bezpieczeństwa” stanowi zbiór opowiadań. Wraz z Darrelem Standingiem London zabiera nas w czasy Chrystusa, francuskich muszkieterów, a nawet na bezludną wyspę. Mogłoby się wydawać, że nie jest to podróż z której chętnie powraca się w więzienne mury. 

Jednakże w obrębie lochów San Quentin, w pojedynczej celi głównego bohatera, czeka nas prawdziwa intelektualna uczta. I nawet jeśli w poszczególnych rozdziałach pobrzmiewa London znany z literatury przygodowej, to całą powieść cechuje ton refleksji nad życiem. Gama poruszanych motywów jak na niespełna trzystustronicową lekturę prezentuje się wręcz imponująco: samotność człowieka, miłość mężczyzny do kobiety, życie po życiu, wyższość ducha nad ciałem - to jedynie najważniejsze z nich.

London nader plastycznie opisuje epoki po których wędrujemy ze Standingiem, szczególne uznanie należy się jednak autorowi za brutalny realizm, z jakim udało mu się oddać funkcjonowanie systemu penitencjarnego na przełomie XIX i XX wieku. W porównaniu ze współczesnym standardem odbywania kary pozbawienia wolności obskurne cele, bezwzględność i samowola personelu San Quentin oraz okrutne kary dyscyplinarne mogą wydawać się zatrważające.

„Kaftan bezpieczeństwa” z pewnością nie należy do kategorii lektur lekkich, łatwych i przyjemnych. Akcja nie toczy się wartko, dialogów jest jak na lekarstwo, zaś narrator przywodzi na myśl zgorzkniałego gawędziarza. Mimo to książka ta ma w sobie coś co sprawia, że ciężko przestać o niej myśleć jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony.


JĘZYK: 5/6 
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: 6/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 3/6 
Podsumowanie: Pułkownik*****
Dla Misji: K.S.I.Ą.Ż.K.A.
Migrator 


 

sobota, 20 października 2012

Kołysanka, której nie chciałbyś usłyszeć

Na początku było słowo i wszystko przez nie się stało. A na końcu... Na końcu będzie słowo, trudno wyławialne w  szumie, który nas otacza. Ale będzie równie potężne. I śmiertelnie niebezpieczne. 


Chuck Palahniuk
KOŁYSANKA

Carl Streator, lokalny dziennikarz, przygotowuje cykl artykułów o śmierci łóżeczkowej. Odwiedzając rodziny, które dotknęła tragedia, zauważa coś, co łączy wszystkie śmierci - dzieciom do snu czytano kołysankę z 27 strony książki "Wiersze i rymowanki ze wszystkich stron świata". Prowadząc swoje śledztwo, Streator spotyka Helen Boyle - agentkę nieruchomości, która zbija fortunę na handlu nawiedzonymi domami. On - samotny i nieszczęśliwy, ona - wyrachowana i zimna. Oboje skrywają tajemnicę, która ma ich połączyć.   

"Im więcej ludzi ginie, tym bardziej wszystko zostaje po staremu." *

Gdyby "Kołysankę" napisał Stephen King, powieść mogłaby nabrać naprawdę mrocznego charakteru i mrozić krew w żyłach. Tymczasem Palahniuk w sobie charakterystycznym stylu wplata elementy satyryczne, obdzierając główny wątek z powagi i grozy. Paradoksalnie, to właśnie te fragmenty podkopują wiarę w rzeczywistość i zaburzają poczucie bezpieczeństwa.

"Może ludzie to udomowione aligatory, które Bóg spuścił do kibla?"

Palahniuk jest mistrzem w budowaniu zakręconej fabuły. Jego powieści są jak przejażdżka na karuzeli, która z każdym obrotem osi przyśpiesza i w pewnym momencie zabawa kończy się wymiotami. W tym wypadku, historia zabójczej "usypianki" jest jedynie pretekstem do przedstawienia chorego świata, w jakim żyjemy. Początkowo będąc w centrum uwagi, z każdym rozdziałem "zabójcze wersy" odchodzą na coraz to dalszy plan i ostatecznie stają się jedynie (aż?) zapalnikiem napędzającym dalszy ciąg wydarzeń.

"Nikt nie jest właścicielem swojego umysłu, teraz już nie. Nie potrafimy się skupić. Nie jesteśmy w stanie myśleć."

Powieść jest utrzymana w stylu prozy Palahniuka: krótkie zdania, odwołania do amerykańskiej kultury i kontestacja jej podwalin. W porównaniu z niektórymi innymi powieściami tego autora, szokujących obrazów jest tu niewiele, jednak i bez nich czytelnik doznaje dziwnego uczucia dyskomfortu. Bo oto nic nie jest takie, jakie wydawało się na samym początku, a w finale nie jesteśmy w stanie nawet określić, kto jest czarnym charakterem. Bo to, co postrzegamy jako dobre i piękne, w innym czasie i miejscu może stać się chwastem i pasożytem.  

"Dostateczną nagrodą nie jest niebo, lecz cisza."

Prace nad "Kołysanką" Palahniuk rozpoczął w trudnym momencie swojego życia: w 1999 roku ojciec pisarza został bestialsko zamordowany i spalony w domku letniskowym. W ciągu kolejnych dwóch lat  mordercę pojmano i skazano na karę śmierci. Być może dlatego w powieści pojawiają się pytania o istotę władzy. Co byś zrobił, gdybyś mógł decydować o życiu i śmierci innych? A gdybyś zdobył jeszcze większą władzę, czy ci to wystarczy, czy będziesz chciał więcej i więcej? 

W oryginale "Kołysanka" ("Lullaby") została wydana dziesięć lat temu, w międzyczasie spod pióra Palahniuka wyszło siedem kolejnych powieści. Za powieść o "usypiance" autor otrzymał nagrodę PNBA oraz nominację do nagrody im. Brama Stokera. 


JĘZYK: 5/6 
REALIZACJA POMYSŁU: 6/6
POSTACIE: 5/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 5/6 

za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego 

* Cytaty pochodzą z "Kołysanki" Chucka Palahniuka

środa, 17 października 2012

"Kołysanka" Chuck Palahniuk. Fragment


Na wydziałach dziennikarstwa uczą nas, że należy zaczynać od najważniejszych faktów. Nazywają to odwróconą piramidą. Rozpocząć artykuł od tego, kto, co, gdzie, kiedy i dlaczego. A następnie podawać informacje według hierarchii ważności, do najmniej istotnych. Dzięki temu redaktor może wyciąć dowolny fragment materiału, nie tracąc nic specjalnie ważnego.
Wszystkie te duperelne szczegóły, jak zapach pościeli, potrawy na talerzach czy kolor ozdóbki na choince, zawsze lądują na podłodze w dziale adiustacji.

W przypadku śmierci łóżeczkowej jedynym wzorcem jest jej tendencja do nasilania się wraz z jesiennym spadkiem temperatury. Szef działu chce wyeksponować ten fakt w pierwszej części cyklu. Dać coś, co napędzi ludziom strachu. Pięcioro dzieci, pięć odcinków. W ten sposób uda nam się przykuć uwagę czytelników przez pięć kolejnych niedziel. Możemy obiecać zbadanie przyczyn i wzorców nagłego zgonu niemowląt. Możemy podtrzymywać nadzieję.
Niektórzy wciąż się łudzą, że wiedza to władza.

Reklamodawcom zagwarantujemy inwestycję w docelową grupę odbiorców. Na dworze robi się już coraz chłodniej. Po powrocie do działu miejskiego proszę szefa o drobną przysługę.
Uważam, że chyba znalazłem wzorzec. Wygląda na to, że rodzice wszystkich tych zmarłych dzieci czytali im ten sam wierszyk w wieczór poprzedzający śmierć.
 - Cała piątka? - upewnia się.
Proponuję, żeby przeprowadzić pewien eksperyment.
Jest późny wieczór, obaj jesteśmy już zmęczeni wyczerpującym dniem. Siadamy w jego gabinecie, a ja każę mu się skupić.

Ten wierszyk to stara piosenka o zwierzętach, które się kładą do snu. Jest tęskny, ckliwy, i czuję, jak od natlenionej hemoglobiny pali mnie twarz, kiedy czytam go na głos w świetle jarzeniówek, siedząc po drugiej stronie biurka szefa, który odchylił się na krześle, poluzował krawat, rozpiął kołnierzyk i słucha z zamkniętymi oczami. Ma rozchylone usta, a na zębach ten sam brązowy osad, który osiadł na kubku po kawie.
Na szczęście jesteśmy sami, więc trwa to tylko chwilkę. Gdy kończę, mój szef otwiera oczy.
 - O co w tym, kurwa, chodzi? - pyta.
Oczy Duncana są zielone.
Zimne krople jego śliny padają na moją rękę niczym gruby śrut, roznosząc zarazki, niosąc ze sobą wirusy. Śliny brązowej od kawy.

Odpowiadam, że nie wiem. W książce nazywają ten wierszyk usypianką. W niektórych pradawnych kulturach śpiewano ją dzieciom w czasie klęski głodu albo suszy, bądź kiedy plemię rozrosło się tak, że brakowało mu ziemi. Śpiewa się ją okaleczonym w walce wojownikom oraz ludziom złożonym chorobą - wszystkim, którym życzymy szybkiej śmierci. Żeby położyć kres ich męczarniom. To taka kołysanka.

Wracając do etyki, nauczyłem się tego, że ocena faktów nie jest rzeczą dziennikarza. Nie do nas należy sprawdzanie informacji. My mamy jedynie zbierać szczegóły. Tylko to, co zastajemy na miejscu. Występować w roli bezstronnych świadków. 

Fragment powieści 
udostępniamy dzięki uprzejmości wydawnictwa "Niebieska Studnia". 
Premiera: 2012.10.20.

wtorek, 16 października 2012

Blog Forum Gdańsk - za, a nawet przeciw!

Dzień przed BFG gotowałam zupę. Normalnie nie miałoby to żadnego znaczenia, jednak w kontekście obecnej sytuacji - wręcz przeciwnie. Bo oto mam 10 min do wyjścia  a stoję w kuchni, z groszkiem na spodniach, wywróconym garnkiem i kałużą zupy u stóp. 

Muszę się przebrać. Sprzątnąć. Wytropić w mieszkaniu kota, który chwilę wcześniej był sprawcą tej katastrofy, i wsadzić go pod prysznic. Choć pewnie i tak jest już za późno i marchewka lub bóg wie co tam jeszcze do tej zupy wrzuciłam, już na mnie czeka w łóżku. Trochę niemrawy początek eventu, który został okrzyknięty wydarzeniem roku blogosfery i o zaproszenie na który biją się blogerzy polskiego internetu.

Czy jest o co?

Pierwszą ogólnopolską konferencję blogerów Gdańsk zorganizował w 2010 roku. Z roku na rok wydarzenie przyciąga coraz więcej uczestników, a organizatorzy stawiają sobie coraz wyższe wymagania. Tegoroczny BFG gościł wiele znanych nazwisk, można wręcz powiedzieć - twarzy, które znamy nie tylko z internetu. 

Prelekcje i prezentacje konferencyjne odbywały się w kilku blokach jednocześnie, dlatego uczestnicy musieli zdecydować, co zobaczą na żywo, a co będą potem "nadrabiać" online (organizatorzy zapowiedzieli, że wszystkie wystąpienia zostaną udostępnione na youtube). Najbardziej się cieszę ze spotkania z Anną Luboń, redaktorką magazynu Elle, której prezentacja, choć bardzo chaotyczna, naprowadziła na drogę obrazowego pisania (po wpisach na blogach innych uczestników widzę, że nie tylko mnie). Takie praktyczne sprawy być może nie mają potencjału "fajerwerkowego", ale zawsze będą się cieszyć zainteresowaniem blogerów. 

Skoro już mówimy o "innych blogerach". Bardzo mi się podobały spostrzeżenia Beaty - mi też trudno jest się utożsamiać z gwiazdami (czasami samozwańczymi) polskiego internetu, a sukces bloga nie można mierzyć wyłącznie słupkami statystyk i stanem konta. Szczerze - rząd zagubionych dusz przejmują "kwejkowi" bohaterzy, których głównym celem jest dostarczenie taniej rozrywki bądź kontrowersji. Zmęczona tym jestem nie tylko ja, dlatego jednym z moich postulatów do organizatorów następnego BFG jest uwzględnienie również tych blogerów, którzy nie prą do zarabiania i miliona obejrzeń na yt, tylko chcą tworzyć coś bardziej wartościowego, współpracować ze sobą (przykład blogerek kulinarnych), organizacjami typu NGOsy, samorządem lub sektorem prywatnym, tworzyć przestrzeń, która nie tylko bawi, ale również kształtuje jakieś dobre postawy. 

BFG ma potencjał zostania wydarzeniem kultowym. Jeżeli konferencja będzie się otwierać również na inne zjawiska blogosfery, a organizacja i kreatywność pozostanie na równie wysokim poziomie, po zaproszenie na kolejne edycje będę wyczekiwała jak applowi zombie przed premierą nowego Iphone'a. 

Na koniec chcię pogratulować Paulinie i Małgorzacie, blogi których zostały blogami roku z Gdańska :-) oraz dziękuję w imieniu swoim i Kasi za wyróżnienie naszego bloga. BFG, dodaliście nam skrzydeł i dwa wiadra motywacji - po dokładkę zgłosimy się za rok!


Wyróżnienie dla Misja: K.S.I.Ą.Ż.K.A.
Grafika autorstwa Magdaleny Danaj

P.S. W serwisie Pinterest zostały zebrane adresy wszystkich blogów, które brały udział w BFG. Polecamy.

~ Ana (agentka Rose)

czwartek, 11 października 2012

Miłość na kozetce. O terapii EFT dla laików

Jaką opinię macie o amerykańskich poradnikach? Bo ja mocno średnią. Wprawdzie zbyt wiele ich nie przeczytałam, ale większość tych, co trafiły do moich rąk, były napisane jak dla, przepraszam za wyrażenie, umysłowych debili. Żadnego z nich nie udało mi się nigdy wypróbować, bo nigdy nie udawało mi się dotrwać do końca. Jak było w przypadku tej różowej książki?



Sue Johnson
PRZYTUL MNIE
Siedem rozmów, które zapewnią miłość
przez całe życie
(wyd. Laurum)


Sue Johnson jest kanadyjskim psychologiem o niezwykle bogatym dorobku naukowym. Jest współautorką terapii skoncentrowanej na emocjach (z angielska EFT) skierowanej do par, za którą otrzymała szereg nagród. Obecnie jest dyrektorką centrum psychologicznego oraz cenionym pracownikiem naukowym, szkoli konsultantów EFT.

U podstaw terapii EFT, jak pisze autorka, legło dostrzeżenie wrodzonej potrzeby bezpieczeństwa emocjonalnego. Mimo dobrych wyników przeprowadzonych badań, wśród specjalistów odwołanie się w terapii do emocji wzbudzało duży sprzeciw. Tradycyjne podejście zakłada, że emocje są czymś, co osoby dorosłe powinny kontrolować, bowiem źródło problemów upatruje się najczęściej w zbyt dużej emocjonalności. Zdrowy dorosły człowiek powinien być samowystarczalny, a w zależności od innych pozostawać mają tylko osoby dysfunkcyjne. 

W świetle powyższego, podejście S. Johnson było więc rewolucyjne. Autorka argumentuje, że w życiu emocjonalnym dorosłego człowieka działają te same mechanizmy, co u dzieci. A dzieci są emocjonalnie przywiązane i uzależnione od matki czy innego chroniącego je opiekuna. Dlatego, zamiast tłumić w sobie emocje, psycholog radzi je ujawnić partnerowi oraz wspólnie stworzyć oraz wzmocnić istniejącą więź emocjonalną. 

Założę się, że tylko kobieta mogła odważyć się rozwiązywać problem poprzez ujawnianie swoich emocji. Dążenie do zaangażowania emocjonalnego, szukania kogoś, kogo można przytulić, jest zakodowane w naszych genach. Więź emocjonalna jest niezbędna dla pełnego zdrowia. Otwieranie się, szczególnie przed partnerem w kryzysowej sytuacji, jest niezwykle trudne. W swojej książce autorka przytacza rozmowy, których była świadkiem podczas terapii. Do bólu znajome problemy, schematy kłótni, argumenty par. I tu przychodzi z pomocą Sue - zadając pytania i "pracę domową" stara się nakierować partnerów na drogę zrozumienia własnych potrzeb emocjonalnych. 

Autorka powołuje się na liczne badania i eksperymenty, wyjaśnia terminy, przytacza przykłady z własnej praktyki. "Przytul mnie" można czytać więc dwojako: z jednej strony, dzięki tej książce można lepiej poznać własne potrzeby i próbować "uzdrowić" więź emocjonalną z partnerem, z drugiej - jest rzetelnym i łatwo przyswajalnym studium terapii EFT, która może zainteresować przyszłych lub obecnych psychologów. 


JĘZYK: 6/6 
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: -/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 5/6 
Podsumowanie: Pułkownik*****

Dziękuję wyd. Laurum za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego

piątek, 5 października 2012

KONKURS. Historia Burdeli do wygrania

Konkurs z wydawnictwem Bellona



O książce, którą możecie u nas dzisiaj wygrać, pisałyśmy TUTAJ. Aby zawalczyć o "Historię burdeli" Monici Garcia Massague, należy odpowiedzieć na pytanie:

Skąd/od czego wywodzi się nazwa "red light district", czyli "dzielnica czerwonych latarń", którą używamy w odniesieniu do obszarów miejskich z dużym nagromadzeniem agencji towarzyskich, kabaretów, sex shopów etc.?

Uwaga, teorie są różne, możecie przytoczyć kilka lub opowiedzieć swoją własną wersję pochodzenia nazwy :) na odpowiedzi czekamy do północy 18 października pod mailem: misjaksiazka[at]gmail.com. W tytule proszę wpisać "Historia burdeli".

Powodzenia! 



środa, 3 października 2012

Co w [październikowej] trawie piszczy?

Jeszcze niedawno październik był dla mnie miesiącem nowych wyzwań i zmian (ach, te studenckie czasy). Od paru lat jest to jedynie "przejściowy" miesiąc między końcem wakacji a początkiem świątecznej gorączki. Jednak tym razem bez marudzenia - w październiku będzie się działo.

Czytelniczym wydarzeniem miesiąca niewątpliwie będzie ogłoszenie laureata Nagrody Literackiej Nike. Swoją decyzję jury ogłosi 7 października. 

Nike przyznawane jest corocznie za najlepszą książkę roku poprzedniego. W konkursie mogą startować wszystkie gatunki literackie żyjących autorów. Zwycięzca jest wyłaniany w trzech etapach (pierwszy to 20 nominacji - maj; drugi - siedmiu finalistów we wrześniu; trzeci - wybór laureata w pierwszą niedzielę października). Zwycięzca otrzymuje 100 tys. zł i statuetkę Nike.

Wśród tegorocznych książek finalistów najliczniejsza reprezentację ma wydawnictwo Znak (3 z 7), jednak sama trzymam kciuki za tytuł od Czarne, "Miedzianka. Historia znikania" autorstwa Filipa Springera. Nominowane i finałowe tytuły znajdziecie na stronie nike.org.pl.

W końcu października warto wpaść do Krakowa - w ostatni weekend miesiąca odbędą się tam Targi Książki. Wśród ciekawszych wydarzeń, związanych z targami, chciałabym wymienić wystawę Projektu Szpilki Anny Kaszuby-Dębskiej (o projekcie pisałyśmy w kwietniu). Szczegółowa rozpiska spotkań z autorami znajduje się na stronie Targów.

W Gdańsku też się dzieje. 

W jesienną trasę po Polsce wyrusza Andrzej Stasiuk i do Gdańska zawita 9 października. Spotkanie odbędzie się w bibliotece Manhattan. 

Tuż obok, w Cafe Fikcja, 11 października będzie okazja spotkać i porozmawiać z nominowaną do nagrody Nike za książkę "Dom Żółwia. Zanzibar" Małgorzatą Szejnert. W tym roku Znak wznowił jedną z jej głośniejszych książek, "Śród żywych trupów". Szczegóły spotkania TUTAJ.

wtorek, 2 października 2012

W świetle czerwonych latarń - historia prawdziwa

Słowa burdel, dom uciech, dzielnica czerwonych latarni wywołują dysonans poznawczy. Z jednej strony, nasza wyssana z mlekiem matki narodowa moralność podpowiada, że jest to rzecz be i nie wypada przyznawać się do znajomości tematu. Z drugiej - każdy by chciał jeśli nie wypróbować usług takiego przybytku, to przynajmniej zajrzeć przez dziurkę od klucza. 


Monica Garcia Massague
HISTORIA BURDELI
(wyd. Bellona)

Nakładem wydawnictwa Bellona ukazała się niedawno pozycja, która może pomóc w jakimś stopniu zaspokoić naszą ciekawość. Zapowiedź książki wywołała duże poruszenie, szczególnie wśród czytającej części męskiej populacji. Wynik sondy na moim prywatnym facebooku "Historia burdeli vs. inna książka" był jednoznaczny - chyba nie muszę mówić, na czyją korzyść. Czy zasłużenie?

"Historia burdeli" Massague jest małym kompendium wiedzy na temat historii prostytucji w domach publicznych. Wprawdzie niektórzy twierdzą, że autorka tylko "liznęła" temat, jednak należy przyznać, że zrobiła to bardzo umiejętnie.

Podróż po domach rozkoszy zaczynamy od starożytności, gdy seksualne praktyki były częścią obrzędów religijnych. Prostytucja sakralna kwitła już w państwie Sumerów; w IV wieku p.n.e. powstawały świątynie-burdele, gdzie ku czci bogini Isztar, a później babilońskiej Melitty czy Afrodyty, kobiety oddawały się orgiastycznym uciechom z wiernymi. Z czasem, prostytucja w świętych miejscach zaczęła nabierać również materialnego charakteru, przenosić się na ulice.

Historia burdeli nie byłaby kompletna bez zarysowania tła historyczno-obyczajowego. Instytucja domu publicznego przetrwała wieki, ba, tysiąclecia, dostosowując się do zmieniających się realiów. Balansując na granicy prawa, współpracując ze światem polityki, będąc miejscem chętnie odwiedzanym przez artystów, miejscem inicjacji seksualnej całych pokoleń mężczyzn, burdele w tej czy innej postaci stały się stałym elementem naszego krajobrazu.

Autorce udało się przedstawić burdelbiznes w sposób lekki i bez tabu, mimo to nie uniknęłam przemyśleń na temat ciemnej strony tego zjawiska. Choć doskonale zdaję sobie sprawę, że płatny seks jest po prostu  odpowiedzią na duży popyt na tego typu usługi, to nie należy zapominać, że wielkie biznesy erotyczne budowane są nieraz na handlu kobietami, prostytucji dzieci i ludzkim nieszczęściu.

"Historia burdeli" jest kolejną pozycją w cyklu popularnych opracowań z zakresu historii obyczajów. Dotychczas pod szyldem Bellony ukazały się m.in. "Historia nudy" (pisałyśmy o niej w marcu), "Historia eunuchów", "Historia brudu", "Historia antykoncepcji".


JĘZYK: 6/6 
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: -/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 5/6 
Podsumowanie: Pułkownik*****

Dziękuję wyd. Bellona a udostępnienie egzemplarza recenzyjnego