• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

poniedziałek, 28 maja 2012

Wiedza NIEencyklopedyczna na kartki


Trafiło do nas ostatnio trochę ciekawych książek i informacji o zapowiedziach. Wśród tych tytułów chciałabym wyróżnić - zupełnie subiektywnie - dwa. Łączy je kreatywne podejście do tematu oraz fakt, iż zapoznanie się z nimi może być najzwyczajniej w świecie pożyteczne. 

"Historię burdeli" Monici Garcia Massague (wyd. Bellona) chyba nie muszę przedstawiać. Ostatnio książka w charakterystycznej czerwonej okładce (na marginesie mówiąc - bardzo mi się podoba motyw pikowanej ściany na okładce) często pojawiała się w sieci na stronach poświęconych nowościom wydawniczym i wzbudziła ogromne zainteresowanie. Dyskutowałyśmy nawet z Wilczex, co powinnam przeczytać najpierw: "Bóg nas nienawidzi", która trafiła do mych rąk w tym samym czasie i też ociekała seksem, czy "Historię burdeli" ;)  

Na pierwszy rzut oka, "Historia burdeli" wygląda na wartościowe czytadło. Wydana w formie "podręcznika" z mnóstwem zdjęć, ilustracji, objaśnieniem specyficznych pojęć i  zjawisk może być fajnym uzupełnieniem szkolnego kursu historii (mam nadzieję, że to nie zabrzmiało zbyt przewrotnie?).  Przedstawiając rys historyczny domów uciech, autorka nie ocenia, tylko w interesujący sposób przedstawia problematykę płatnej miłości i związanych z nią zagadnień od starożytności do dni obecnych. 

Zapowiada się naprawdę interesująco nie tylko dla historyków-amatorów. Jeszcze przez dwa dni "Historię burdeli" można wygrać na zaprzyjaźnionej stronie Czytam-Kupuje.pl

Drugi tytuł, o którym chcę dzisiaj wspomnieć, zaintrygował mnie nie tyle tematyką, ile formą.

Kilka dni temu Onepress wypuściło zajawkę nowego tytułu o Steve Jobsie. Postać kultowa i kontrowersyjna, więc nie ma co się dziwić wysypowi dzieł drukowanych i filmowanych na temat guru applemaniaków.  

Ale nie o samego Jobsa mi chodzi. Otóż "Zen Steve'a Jobsa" jest komiksem. Komiks wydany przez Onepress? Dodatkowy punkt dla tego tytułu. 

Komiks został "napisany" przez dziennikarza Forbes, Caleba Malby, i "narysowany" przez agencję JESS3. Autorzy szukają odpowiedzi na pytanie, czy kontakty Jobsa z buddyjskim kapłanem zen mogły się przyczynić do zmiany jego spojrzenia na zagadnienia designu i funkcjonalności przedmiotów codziennego użytku. 

Może być ciekawe nie tylko dla fanów białych gadżetów, ponieważ to "innowacyjne" podejście Jobsa przez wielu jest kwestionowane, a żeby coś zakwestionować, warto poznać sprawę pod każdym kątem. Osobiście spodziewam się znaleźć w "Zen Steve'a Jobsa" wyjaśnienie fenomenu "sekciarstwa" Apple. W końcu, to własnie Jobsowi udało się zbudować markę, której użytkownicy nie są zwykłymi użytkownikami, ale stają się wręcz jej "wyznawcami".

P.S. Jakby ktoś zastanawiał się, skąd i dlaczego w tytule postu znajduje się odniesienie do PRL-owych kartek na towar deficytowy, to pragnę wyjaśnić, że pośredni wpływ na ten tytuł ma afera "leninowska" w Gdańsku, której obecnie jestem zdegustowanym świadkiem. Dochodzę do wniosku, że aby wyjść poza swoje uprzedzenia i spojrzeć na problemy z szerszej perspektywy, wiedza encyklopedyczna nigdy nie wystarcza. Choć muszę przyznać, że zawody w rzucaniu jajkami w nielubiany napis są bardzo kreatywnym pomysłem na protest ;) 

- Rose, agentka specjalna Misji

piątek, 25 maja 2012

IRA LEVIN - ŻONY ZE STEPFORD (1972)


Czytałam gdzieś, żeby nie spodziewać się po tej książce zbyt wiele. Że w porównaniu do "Dziecka Rosemary" wypada nijak, żeby nie powiedzieć marnie. Właściwie dobrze, że przeczytałam te słowa po fakcie. Dużo się po niej spodziewałam i... miałam rację.

Czasami w przypływie sił umysłowych (co dzieje się bardzo rzadko i na kacu) ;-) myślę sobie, że jestem szczęściarą, żyjąc właśnie w tych czasach. Mogę założyć spodnie, wyjść sama na spacer i zapalić papierosa. Nieuczesana i nieumalowana paradować cały dzień w koszuli nocnej. Albo lepiej! Przeleżeć cały dzień w łóżku z książką w ręku. Mężczyźni teraz gotują, sprzątają i zajmują się dziećmi, a korzystają na tym obie strony. Ona ma czas dla siebie a on spokojny, szczęśliwy dom bez wiecznie utyskującej żony, dziamgającej mu nad uchem, jakim to nie jest tłustym obibokiem.

A co jeśli mężczyznom wcale nie odpowiada taki model życia? I jeśli w tajemnicy przed kobietami szukają sposobu na stworzenie żony idealnej, żywcem wyjętej z reklamy?






Zawsze pięknej, oddanej domowi i rodzinie, przynoszącej kapcie niemalże w zębach i z uśmiechem na pełnych ustach. Powiem Wam coś. W pewnym małym miasteczku faceci znaleźli na to sposób.

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego książka ma w sieci tyle złych opinii. A to nie ma w niej mistycyzmu, a to język za prosty, a to akcja jak flaki z olejem... Absolutnie się nie zgadzam!! W książce mistycyzmu brak, bo to NIE jest "Dziecko Rosemary". Akcja jest powolna i "jak żółw ociężała", bo takie jest życie w Stepford. Językowi też nie mam nic do zarzucenia - łatwy i przyjemny, to fakt, ale jednocześnie nadający całości małomiasteczkowy, prosty klimat. Nie wiem, jak czytali tę książę ci, który twierdzą, że nie ma w niej napięcia i poczucia zagrożenia. Zakończenie - zgoda, lekko przewidywalne. Ale to nie jest kryminał, tu nie ma być zagadki z serii "kto zabija"!

Książkę czyta się świetnie, pochłonęłam ją w całości na śniadanie, uwielbiam, kiedy akcja jest powolna, a niepokój aż się wylewa z kolejnych stron... Czasami to mały gest, czasem mocniejszy podmuch wiatru... Grunt, że działa i sprawia, że czułam się nieswojo.  Małomiasteczkowy klimat, gdzie pozornie nic się nie dzieje i wszyscy żyją długo i szczęśliwie jest chyba jednym z moich ulubionych motywów wykorzystywanych w powieściach grozy. Potwierdza tylko moją tezę, że jeśli coś jest zbyt dobre, musi być złe ;-)
Książkę polecam po stokroć, ja przeczytałam ją w nieco ponad dwie godziny. Oczywiście na tapecie mam teraz film, ale OSTRZEGAM - są dwa. Ja będę oglądać ten 1975 roku i Wam też tak radzę. Nowy film z 2004 jest bardziej oparty książkowych motywach niż ekranizacją. I chyba to jest główny powód negatywnych recenzji książkowych...

 


JĘZYK: 5/6 
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: 5/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 4/6 
Podsumowanie: Pułkownik*****
Wilczex


*Złośliwa uwaga na przyszłość: IRA LEVIN TO FACET

niedziela, 13 maja 2012

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego - już po raz trzeci

Ryszard Kapuściński, wybitny polski reportażysta i publicysta, odszedł w 2007 roku. Tego nazwiska chyba nie trzeba przedstawiać. Nazywany "cesarzem reportażu" Kapuściński przez wiele lat przybliżał czytelnikom w Polsce (i nie tylko - był jednym z najczęściej tłumaczonym za granicą polskim autorem) nieznany daleki świat. 


W 2010 roku Rada Miasta Stołecznego Warszawy ustanowiła Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Celem nagrody ma być wyróżnienie i promocja najlepszych książek reporterskich, podejmujących ważne problemy współczesności, pogłębiających wiedzę o innych kulturach. Nagrodą jest 50 tys. złotych oraz 15 tys. złotych dla tłumacza (w przypadku autora zagranicznego), dyplom oraz fotografia Ryszarda Kapuścińskiego. Werdykt jury zostaje przedstawiony w maju. Patronatem honorowym nagrody jest Alicja Kapuścińska, żona pisarza. 

W tym roku nagrodę przyznano już po raz trzeci i po raz trzeci uhonorowany został autor wydany przez wydawnictwo Czarne. Laureatem III edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego został Liao Yiwu, autor "Prowadzący umarłych. Chiny z perspektywy nizin społecznych" (tłum. Agnieszka Pokojska).

Liao Yiwu

Liao Yiwu, choć zaczynał jako dziennikarz na łamach rządowej prasy, szybko popadł w niełaskę komunistycznych władz Chin (za poemat po zamieszkach na placu Tiananmen), trafił do więzienia, po wyjściu z którego prowadził życie bezdomnego ulicznego grajka. Miał możliwość doznać na własnej skórze smak życia nizin społecznych w swoim kraju. Książka "Prowadzący umarłych...", która w Chinach trafiła na listę książek zakazanych, jest zbiorem rozmów z ludźmi, których spotkał w tym okresie. W 2011 roku Yiwu uciekł z Chin do Niemiec. 

Agnieszka Pokojska, tłumaczka "Prowadzących umarłych..." pisze: ""Książka Liao Yiwu jest zbiorem historii tak niezwykłych, że w pierwszym odruchu aż chce się wątpić w ich wiarygodność. Ale tytuł głosi, że są to opowieści prawdziwe, a ich niezwykłość tylko to potwierdza - po prostu nikt by czegoś takiego nie wymyślił. Losy rozmówców Liao podlegają wpływom tak różnorodnym i sprzecznym, jakby pochodziły z różnych epok i światów: z jednej strony jest to wielowiekowa tradycja i zabobony, z drugiej - władza komunistyczna i jej aparat nacisku, z trzeciej - dziki kapitalizm z kultem pieniądza i zanikiem wartości. (...) Myślę, że dla nas, którzy niewiele wiemy o Chinach, a Chińczyków postrzegamy jako ogromną niezróżnicowaną masę, jest to lektura fascynująca i otwierająca oczy."

Laureatką II edycji Nagrody została Swietłana Aleksijewicz za książkę "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" (tłum. Jerzy Czech). O tej reportażystce pisałyśmy już na Misji przy okazji spotkania autorskiego we Wrocławiu. 

Swietłana Aleksijewicz

Laureatem I edycji został Jean Hatzfeld, francuski pisarz i korespondent wojenny. Relacjonował m.in. upadek komunizmu w Europie Środkowej, pisał z krajów Bliskiego Wschodu, byłej Jugosławii. W 1994 roku trafił do Rwandy, doświadczanej ludobójstwem i temu tematowi poświęcił kilka swoich książek. 

Tematem "Strategia antylopy", za którą otrzymał Nagrodę im. Kapuścińskiego (w tłum. Jacka Giszczaka), jest zezwierzęcenie. Jak sam wspomina w wywiadach, w ciągu miesiąca w 1994 roku w gminie Nyamata zabito 51 tys. Tutsi (z 58 tys. ludności tego pochodzenia). Morderstwu pozostałych przeszkodziło wkroczenie do kraju oddziałów Ruandyjskiego Frontu Patriotycznego z Ugandy. 

Jean Hatzfeld

W swoich książkach o ludobójstwie w Rwandzie, autor udziela głosu zarówno zabójcom, jak i ofiarom. "Piszę książki, ponieważ pisanie jest również moją obsesją. Nie mam złudzeń, że powstrzymają kolejne ludobójstwo" - mówi. 

Szczególne gratulacje należą się wydawnictwu Czarne, któremu udaje się wydawać najlepsze pozycje literatury reportażu - sięgając po dowolną książkę można być niemal pewnym, że nie będzie to czas stracony. Kolejne nominacje do Nagrody zostaną ogłoszone w pierwszym kwartale 2013 roku. 

piątek, 11 maja 2012

FANNIE FLAGG - SMAŻONE ZIELONE POMIDORY (1987)




Nie lubicie babskich czytadeł? Omijacie szerokim łukiem książki z notką "Literatura w spódnicy" na okładce? Robi Wam się niedobrze od uwielbianych przez koleżanki komedii romantycznych? To świetnie, bo mi też! I wiecie co? "Smażone zielone pomidory" to wyjątek potwierdzający regułę. ;)

Przesympatyczna, niesamowicie ciepła powieść idealna zarówno na długie zimowe wieczory jak i na letnie pikniki pod chmurką. Pozornie gawęda o niczym, ot, wspomnienia staruszki jedną nogą w grobie. W rzeczywistości przemyca się tu podstawowe wartości jak miłość, przyjaźń, oddanie, pracowitość  i przede wszystkim równość rasowa. Niby oczywiste, ale fajnie zobaczyć to w druku. ;)

Czyta się ją szybko nie tylko ze względu na przystępny, "lekkostrawny" język, ale również dlatego, iż powieść tworzy mnóstwo króciutkich rozdziałów. Raz przenosimy się w czasie do czasów II wojny światowej, raz Wielkiego Kryzysu. Raz czytamy krótkie notki z lokalnej gazety. Innym razem odwiedzamy przyjaciółkę w domu spokojnej starości, a w następnym rozdziale żyjemy teraźniejszością. Choć każdy z elementów tej układanki do siebie pasuje, nie ukrywam, że przez pierwsze czterdzieści stron ciężko było mi wskoczyć na odpowiednie tory.  Potem popędziłam jak błyskawica.

Do tej książki trzeba się jednak odpowiednio przygotować.  Po pierwsze załóżcie śliniaczki. Po drugie zaopatrzcie się w mnóstwo ulubionych przekąsek i nigdy, ale to nigdy nie czytajcie na głodniaka! Poza solidną dawką wzruszeń i zabawy książka zapewnia masę  opisów potraw, od których ślinotok macie jak w banku! Autorka jest brutalna i na samym końcu zamieszcza kilka stron przepisów. No i dietę diabli wzięli...

Jak mówi stare porzekadło "Dobry zwyczaj nie pożyczaj. Jeszcze lepszy - nie oddawaj". Książkę pożyczyłam od Krychy i Zdzicha i teraz mam niezły orzech do zgryzienia. Jak jej nie oddać, żeby Krycha się nie doliczyła braków na półce? Jakieś pomysły? ;)

Nie byłabym sobą, gdybym nie odgrzebała filmu. Książkę zekranizowano w 1991 roku, obsadzając uwielbianą przeze mnie Kathy Bates* w jednej z głównych ról. Jeśli nie do końca wyczuliście z mojej recenzji ciepło książki obejrzyjcie trailer. Plan na dzisiejszy wieczór? SMAŻONE ZIELONE POMIDORY MOVIE. ;)




JĘZYK: 6/6 
REALIZACJA: 5/6
POSTACIE: 6/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 4/6 
Podsumowanie: Pułkownik*****


Wilczex
*Grała m.in. w "Misery" i "Dolores Claiborne" na podstawie powieści Mistrza K. ;)

środa, 9 maja 2012

KSIĄŻKA - czy wiesz do czego służy?

Książki są niebezpieczne, ciężkie, drogie i uzależniają, a czytanie to strata czasu?

Spokojnie, to tylko spot reklamowy kampanii społecznej "Czytaj! Zobacz więcej", powstałej z okazji Światowego Dnia Książki (23 kwietnia). Ciekawa koncepcja reklamy nie jest nowością na rynku. Przesadne zniechęcanie do wykonywania określonej czynności z reguły przynosi odwrotny skutek, taka też myśl przyświecała MyWorks Studio, które realizowało spot dla Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie i dla firmy Bibliocreatio. 

Tak jak Leonardo DiCaprio czy Natalie Portman zniechęcali swoich rodaków do głosowania w kampanii "Please don't vote", tak tutaj szereg ludzi naszej rodzimej kultury (Andrzej Seweryn, Hubert Urbański, Tomasz Kammel, Joanna Brodzik, Paulina Holtz, Michał Szpak, Alicja Resich-Modlińska, Michał Żebrowski)  stara się nam łopatologicznie wytłumaczyć, dlaczego czytanie jest "be".


Kontrowersyjne? Może tylko trochę, ale na pewno przyciąga uwagę. Jeszcze kilka lat temu, do czytania książek próbowano zachęcić prezentami. W ramach akcji "Czytelmania" pod honorowym patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, były rozdawane odtwarzacze mp3 i książki. Ale wolę chyba pomysły "z pazurem" i takich przykładów można przytoczyć kilka. 

Jedna z moich ulubionych kampanii na rzecz pobudzania czytelnictwa w Polsce jest "Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka". Akcję rozpoczęła Grupa Twórcza Qlub Xsiążkowy i wsparło ją wiele znanych osób. Sex sells i, jak na warunki zachowawczej Polski, hasło jest  dość mocne. Na stronie www "Nie czytasz" znajdziecie zdjęcia w scenerii łóżkowej - oczywiście z książką - które są motywem przewodnim kampanii. Zebrane fotografie ukazały się też w formie promocyjnego kalendarza oraz można je było obejrzeć na wystawie w Warszawie. 



Akcję poparły m.in. gorące ukraińskie feministki z grupy FEMEN, które nie omieszkały pokazać się topless. Swoje zdjęcie z książką w łóżku może przysłać każdy - gorąco zachęcamy :) Przytoczę tutaj kultowe słowa Johna Watersa: "We need to make books cool again. If you go home with somebody and they don't have books, don't fuck them." 

To, co cechuje dobre kampanie czytelnicze, moim zdaniem, jest dystans i poczucie humoru. Targi książki w brazylijskim Porto Alegre w tym roku promują rysunki studia Fescher Neoilustração. Przedstawiają niezbyt miłe dla oka robale, które wydają się świetnie bawić przy pożeraniu książek. 



Hasło „Feed the culture, don’t feed the moths” zwraca uwagę na problem ograniczonego dostępu do dóbr kultury w Brazylii. Dużą część społeczeństwa w tym kraju nie stać na zakupy w księgarni, dlatego Porto Alegre Book Fair promuje ideę dzielenia się z innymi własnymi zbiorami książkowymi. 

Niech więc nasze książki nie karmią moli i nie służą do podpierania stołu, ale dodają nam sexappealu i ogłady. Na koniec, nasza rodzima kreska autorów Wilq Superbohatera. Ku przestrodze ;)

niedziela, 6 maja 2012

"Świat jest pełen cieni...", czyli o dobrym czytadle słów kilka


Nie będzie to typowa notka recenzyjna. Tym razem chcę z Wami po prostu podzielić się moją radością i przemyśleniami nad pewnym faktem. Otóż, moja miłość do twórczości Remarque'a nie jest tajemnicą (polecam notkę o jego ostatniej "Ziemi obiecanej") - jego powieści mogę czytać bez końca, wracać do fragmentów, wzruszać się, cierpieć i umierać every f*cking time. 

Ale Remarque odszedł w latach, kiedy mnie nawet jeszcze w planach nie było, a ja (po przeczytaniu wszystkich jego książek, przełożonych na polski lub litewski) intensywnie szukałam kogoś, kto zdołałby znowu porwać mnie i zabrać w odrealniony świat, którym mogłabym żyć jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony książki. 

I, proszę Państwa, znalazłam.

Zadebiutował w 1992 roku i pierwsze cztery powieści zaklasyfikowane zostały jako literatura młodzieżowa. Dziesięć lat później powstał "Cień wiatru" i stało się jasne, że magia jego świata porywa nie tylko młodych.

Już zdradzam, o kim mowa. Moim mistrzem magii i słowa pisanego, którego nowych powieści wypatruję usychając z tęsknoty, został Carlos Ruiz Zafón. 

Zafón ubiera w słowa to, co wyczuwam jedynie szóstym zmysłem, intuicją. Odwołuje się do lęków, które ukrywam, strachu, o którym staram się nie pamiętać. Eksponuje to, do czego tęsknię i czego mi brakuje w dzisiejszym świecie. Wskrzesza urban legends i przypomina, że ktoś jednak widział tę "czarną wołgę" naprawdę. Krócej mówiąc, gdybym miała choć trochę talentu pisarskiego, sama bym próbowała przelać na papier przebłyski innych wymiarów, które zdarza mi się widzieć ;) na szczęście, nie mam takich ambicji, więc tym łatwiej mi przychodzi zatapianie się w światach Zafóna. 

"Jestem przekonany, że istnieją opowieści o uniwersalnym przesłaniu" - pisze Zafón w przedmowie do pierwszego wydania "Księcia mgły" (wyd. MUZA, 2010). Takimi opowieściami dla mnie były, na przykład, opowieści Karola Maya. U Zafóna bohaterowie nie przemierzają prerii, ale często dokonują podróży w głąb siebie, do przeszłości, stawiając przed sobą wyzwania, którym podołać mogą nieliczni. Bo prawdą jest to, że najbardziej boimy się cieni - nieodłącznych towarzyszy każdego z nas, milczących i - jak się okazuje - złowrogich.


"Świat jest pełen cieni, Ismaelu (...). Cieni, mieszkających w każdym z nas". 

Kto jak nie cień zna wszystkie twoje tajemnice. W "Światłach września" cień jest silą, która może przejąć kontrolę nad twoim życiem, odbierze to, co najpiękniejsze, wykorzysta każdą twoją słabość, a miłość zastąpi pragnieniem śmierci. "Nie we wszystko, co widzisz, powinieneś wierzyć" - wielokrotnie przypomina Lazarus młodemu Dorianowi. Światło to wielki oszust, nasz zmysł wzroku nie potrafi zajrzeć głębiej. 

Dlatego należy posiadać silny kręgosłup moralny, mieć odwagę w sercu i pamiętać, że każda decyzja ma jakieś konsekwencje. Dane słowo ma moc cyrografu. 

Myślę, że właśnie w tym przesłaniu tkwi siła młodzieżowych powieści Zafóna. Ale "Książę mgły", "Pałac Pólnocy" i "Światła września" spodobają się nie tylko nastolatkom. Obudziły we mnie wspomnienia o upalnym lecie, które było najszczęśliwsze w moim (wtedy bardzo młodym jeszcze) życiu. O momencie, kiedy czułam, że coś umiera, odchodzi w niebyt. A to, co nastąpi za chwilę bynajmniej nie jest świetlaną przyszłością. 

Mocną stroną Zafóna jest też umiejętność tworzenia klimatu powieści poprzez odpowiednią scenerię (opuszczone ruiny i wraki zatopionych statków, domy pełne technicznych wynalazków, latarnie morskie(!)), budowania napięcia i tworzenia poczucia, że tajemnice są wszędzie. Ale nie wszystkie chcielibyśmy poznać.

Poza tym, Zło zawsze jest naprawdę złe i silne, a Dobro - do cna ludzkie, nieświadome i słabe. Jak w życiu.

~ Wszystkie trzy powieści wydało wyd. MUZA w bardzo fajnej, spójnej oprawie graficznej. Tłumaczenie Katarzyny Okrasko i Carlos Marrodan Casas.