• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

piątek, 23 marca 2012

SWIETŁANA ALEKSIJEWICZ - WOJNA NIE MA W SOBIE NIC Z KOBIETY


Czy zdarzyło się Wam oglądać obchody Dnia Zwycięstwa w Rosji? Jest to bardzo interesujące widowisko. 9 maja jest z pompą celebrowany nie tylko w Moskwie, a weterani, których pozostała już garstka, w tym dniu z dumą zakładają mundur i przypinają swoje ordery. Nie robią tego na pokaz. Tak naprawdę ordery i wspomnienia nieraz są wszystkim, co im zostało. 

Echo wojny ojczyźnianej, jak w Rosji nazywa się drugą wojnę światową, rozbrzmiewało w domach zwykłych przeciętnych Rosjan jeszcze przez długie dekady po jej zakończeniu. O niegdysiejszych żołnierzach dzisiaj przypomina się jedynie przy okazji wyborów (los weteranów - dzisiaj emerytów, rozsypanych po szarych miastach i miasteczkach w całej Rosji - jest "sprawą honorową" każdej kampanii wyborczej w Rosji) i przy okazji mniej lub bardziej ważnych świąt wojskowych.

Etos żołnierza Armii Czerwonej w ZSRR budowany był przez dziesięciolecia. Wojna i walka z wrogiem stanowiły jeden z filarów propagandy sowieckiej. Tak jak Pawlik Morozow w latach porewolucyjnych, tak później czerwonoarmijec z medalem na piersi stał się przykładem do naśladowania. Zdobywcy Berlina. Wyzwoliciele Europy. Bohaterzy. A wśród nich - również kobiety. Równie twarde, jak ich towarzysze broni, tylko młodsze i z jeszcze większym zacięciem.

Całe zaplecze wojskowe opierało się na pracy kobiet. Do woja szły na ochotnika, często zatajając swój prawdziwy wiek. Jedne walczyły ramię w ramię z mężczyznami na froncie, inne pracowały w zapleczu wojskowym, często w bardzo trudnych warunkach. Poświęciły wszystko dla sprawy, a zaraz po wojnie zostały nie tylko zupełnie zapomniane, wręcz znienawidzone za to, że odważyły się odstawić swoją kobiecość na bok.

Czytałam sporo literatury wojennej, obejrzałam mnóstwo sowieckich filmów o wojnie i zawsze starałam się zachować dystans do rzeczywistości kreowanej przez propagandę. A mimo wszystko, myśląc o kobietach w Armii Czerwonej zawsze miałam przed oczyma Marusię z kultowych "Czterej pancerni...". Książka Swietłany Aleksijewicz była więc dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Autorka rzuca światło na wojnę widzianą kobiecym okiem. Nie bitwy są tu najważniejsze i nie zwycięstwa militarne. Ta niewielka książka to kilka lat zawieruchy wojennej, dziesiątki twarzy, setki historii. Mnóstwo wylanych łez, ogrom żalu, ale też i zabawne anegdoty z życia żołnierskiego. Niektóre opowieści mrożą krew w żyłach, autorka sama przyznaje, że nie zawsze potrafiła zrozumieć postępowanie swoich bohaterek. Ale pewnych rzeczy nie da się ogarnąć swoim umysłem, jeżeli tego nie doświadczyło się samemu.

Książka była gotowa już na początku lat osiemdziesiątych, jednak jej treść okazała się być zbyt kontrowersyjna i niezgodna z "heroicznym obrazem kobiety radzieckiej", propagowanym przez Partię. Na uwagę zasługują fragmenty rozmów autorki z cenzorem, Aleksijewicz przytacza niektóre zdania, wycięte przez sowiecką cenzurę.

Książka od paru miesięcy leży u mnie na kominku i choć już dawno przeczytana, często po nią sięgam, zaglądam i przytulam. Moje myśli biegną wtedy do tych wszystkich kobiet, które odważyły się zostawić marzenia i wziąć karabin do rąk lub stanąć przy polowej kuchni. A po powrocie z wojny, znalazły siły, żeby zamknąć w sobie traumatyczny rozdział życia i zacząć wszystko od nowa. "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" porusza do głębi, powoduje, że wszystko dokoła na moment przestaje być ważne.

P.S. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2011 r, Autorka na swojej stronie internetowej udostępnia do pobrania książki w języku rosyjskim. Wydawnictwo Czarne planuje premierę kolejnej książki Aleksijewicz w języku polskim, "Czarnobylska modlitwa". Zachęcam do przeczytania mojej relacji ze spotkania z autorką oraz wywiadu Lidii Ostałowskiej.

P.P.S. Książka bardzo mnie poruszyła, wryła się w pamięć, trudno mi ją oceniać na potrzeby bloga. Jest to generał wśród generałów w moim rankingu!

środa, 21 marca 2012

PETER TOOHEY - HISTORIA NUDY


Okazuje się, że nie nauka jest siłą napędową rozwoju ludzkości. Nie wojny doprowadzały do upadku cywilizacji i systemów politycznych. Peter Toohey, wykładowca akademicki i profesor literatury, przedstawia niezwykle ciekawe podejście do zjawiska nudy. Nieoczekiwane porównania i przykłady, liczne nawiązania do literatury światowej, analiza zjawisk kulturowych i obyczajów, a w tle tego wszystkiego - ona, szara eminencja na scenie historii.  

Psychologowie twierdzą, że jak ci ktoś powie "tylko nie myśl o różowym słoniu!", to o czym pomyślisz? Oczywiście o słoniu. Różowym :-) Jest to chyba jedyne wytłumaczenie, dlaczego w przypadku tej całkiem interesującej książki potrzebowałam kilka podejść, żeby ją skończyć. Cierpliwie przedzierałam przez każdą stronę, robiąc kilkudniowe przerwy dla "przeżucia" niektórych informacji, wrócić do przeczytanych fragmentów, wygooglować wymienione tytuły.

"Nuda zasługuje na szacunek" 

Może być wszechogarniająca i obezwładniająca. Może być motorem działań i źródłem inspiracji. Może prześladować, jak i oferować bezpieczny azyl. Pełna sprzeczności, niedoceniana, często znienawidzona. Nieuchwytna, niezdefiniowalna.

Coś, co jest jednocześnie wszystkim oraz niczym, niewątpliwie zasługuje na chwilę uwagi. Wiem, że nie każdego kręci wznoszenie się na wyższy poziom abstrakcyjnego filozofowania (przybijam piątkę), dlatego muszę uprzedzić, że filozofowania w tej książce jest sporo. Na szczęście, filozoficzne dywagacje są przeplatane interesującymi faktami z dziedziny psychologii, medycyny, literaturoznawstwa i historii sztuki.

Łączenie faktów w tej książce jest bardzo zaskakujące. Na przykład, zaburzenia psychiczne, skutkujące maniakalną potrzebą ciągłego przemieszczania się w przestrzeni, zwane poriomanią, stwierdza się jako konsekwencję przewlekłej nudy. Ponoć w czasie pojawienia się przypadków zachorowań poriomanią, w Europie powstały liczne znane dzieła literackie, traktujące o nudzie, na jaką cierpi społeczeństwo. Z tokiem rozumowania profesora czasami można się nie zgodzić. Ale to, z jaką łatwością porusza, na pierwszy rzut oka, odległe od siebie tematy i znajduje w nich wspólną nić, jest godne podziwu. 

Wiedza autora robi wrażenie. Nie przytłacza jednak - Toohey bardzo umiejętnie zaznajamia czytelnika z często dość zawiłymi koncepcjami, czasami trochę nudnymi, ale podaje je w atrakcyjnej formie. Warto zajrzeć też na koniec książki, gdzie w osobnym rozdziale znalazły się swego rodzaju "przypisy", czyli odniesienia do autorów i prac, na które powołuje się Toohey. 


Pokoje nad morzem, Edward Hooper, 1951
wg autora ksiązki jest to archetypowe wyobrażenie nudy: bezkresna monotonia morza, przewidywalnie falowanie, w domu nic się nie dzieje, mocne linie podkreślające poczucie ograniczenia

Dla kogo ta książka? Omniobusów, maturzystów, przygotowujących prezentacje na maturę, studentów literatury, kulturoznawstwa, historii sztuki... I dla każdego, kto lubi popisywać się znajomością dziwnych pojęć lub zjawisk. Sukces murowany!

JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: -/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 6/6 

Podsumowanie:
Ambitny Pułkownik *****


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję
wydawnictwu BELLONA

piątek, 9 marca 2012

COSNSTANCE BRISCOE - BRZYDULA. HISTORIA NIEKOCHANEJ


- Co tam pani ma ciekawego do czytania? - zawołała na całe gardło, wyrywając mi książkę z ręki.
- "Brzydulę". Ale proszą nie mylić z serialem, z którym nie ma nic w spólnego.
- Ja telewizji nie oglądam, ale tę książkę to gdzie można kupić? Pewnie w Empiku? - odpowiedziała na własne pytanie, wymawiając wszystko na jednym wdechu.

Tak właśnie "Brzydula" działa na ludzi. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, żeby ktoś nieznajomy tak gwałtownie i szczerze zareagował na to, co czytam. Nawet kiedy czytałam książkę, którą wstyd było mi otwierać publicznie i o której może kiedyś napiszę. ;-) Trudno się dziwić reakcji "tramwajowej pani". Okładka jest tak intrygująca, że sama często podczas czytania przerywałam na chwilę, żeby na nią popatrzeć.

Pamiętacie film  wytwórni Warner Bros "Mała księżniczka"?* Kiedy byłam młodsza uwielbiałam tę opowieść (bardzo, bardzo chciałabym przeczytać książkę!), jednak zapomniałam o niej na wiele lat. Przypomniałam sobie o Sarze dopiero podczas czytania "Brzyduli". Z tą różnicą, że tu wszystko dzieje się na odwrót: Constance najpierw była niekochaną, a dopiero potem stała się księżniczką. "Mała księżniczka", jak się później okazało, była jej ulubioną książką.

Nie wierzyłam, że to autobiografia. Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę, to niemożliwe!

- Na czym stanęłyśmy? - zapytała.- A, tak.
Podniosła nóż.
- Nie widziałaś włosów na kurczaku. Musimy się postarać, żebyś więcej ich nie przeoczyła. 
[...]Pociągnęła nożem w poprzek mojej ręki. W ślad za ostrzem pojawiły się krople krwi, otworzyła sie prosta linia mięsa. Krew ciekła po mojej ręce i po całym plastikowym obrusie
- Patrz, co narobiłaś - powiedziała matka z obrzydzeniem. - Zachlapałaś krwią cały mój obrus. Lepiej to wytrzyj. Zmyj wszystko, zanim weźmiesz się za mojego kurczaka.

Jak bardzo można nienawidzić własne dziecko? Całym sercem. Constanance była gnębiona, katowana i poniżana przez całe swoje życie przez matkę i ojczyma, nikt nie chciał jej pomóc. Rodzeństwo udawało, że nic się nie dzieje. Ojcu było bardzo nie na rękę wziąć córkę do siebie. Mieszkała więc z matką do 14 roku życia, aż została porzucona. Pracowała na 3 zmiany, żeby zapłacić  czynsz i rachunki. W przeciwnym razie mama wykręcała korki i zabierała je ze sobą. Mimo to udało jej się skończyć szkołę. Celująco. Została jedną z pierwszych czarnoskórych sędzin.

Matka Constance po przeczytaniu książki pozwała córkę do sądu, oskarżając ją o zniesławienie i kłamstwo. Relacja z procesu również znajduje się w "Brzyduli", a gdy ktoś wątpi w jej prawdziwość - w internecie jest mnóstwo archiwalnych artykułów na ten temat.

Przez całe życie wmawiano jej, że jest głupia, brzydka i bezużyteczna. Stres i nieustanne bicie powodowało, że Constance przez kilkanaście lat sikała w łóżko. Wyłysiała. A co jakiś czas na jej ciele pojawiała się nowa blizna. Jej dzieciństwo to coś w rodzaju małego, prywatnego Auschwitz.

Książkę czyta się jednym tchem. Skończyłam w dwa dni, ale nie mogłam usiąść do recenzji. Ona wwierca się w tył głowy,siedzi tam, uwiera i męczy. Moje  myśli ciągle wędrowały w jej kierunku, nie mogłam się pozbierać. Najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że zdarzenia miały miejsce naprawdę. Zaledwie kilkanaście lat temu!


Constance poddała się kilku operacjom plastycznym, ponieważ uwierzyła w to, co powtarzano jej przez całe życie: jesteś brzydka. Planuje kolejne operacje.



Nie dziwię się, że "Brzydula" zyskała status bestsellera w 3 dni po publikacji. Mam nadzieję, że w Polsce będzie równie popularna, bo naprawdę jest tego warta. Jest też dowodem na to, że jeśli się czegoś bardzo chce, można to osiągnąć. A także na to, że nawet najdrobniejszy dobry uczynek może uratować komuś życie. 

Zainteresowanym polecam wywiad z Constance (polskie napisy). Polecam nie tylko ze względu na jego treść, ale też po to, aby posłuchać fragmentów książki czytanych przez autorkę.

 

Kilka słów o wspomnianych w wywiadzie przypadkach Shannon Matthews (KLIK) i Baby P. (polecam nagranie) (KLIK)
Wilczex
JĘZYK: 6/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: -/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 5/6 (żółtawy, szorstki papier)

Podsumowanie: Generał*****(!!)

*Jest dostępny na Youtube, jednak bez 6 części, którą zablokowano...



Za egzemplarz recenzyjny dziękuję
wydawnictwu BELLONA


środa, 7 marca 2012

ZIUUUUUUM! - Bardzo szybki post ;)

Szybki nie znaczy gorszy ;) Nie dość, że to równiutko 70 post, to na dodatek mamy dla Was niespodziankę ;)



Każdy, kto podczas zakupów w księgarni Gandalf wpisze magiczne hasło "misjaksiażka", otrzyma rabat 10% na całe zakupy. Jedyny warunek jest taki, że zakupy nie mogły być wcześniej objęte promocją. Rozpusta trwa tydzień, od dzisiaj, czyli w dniach 7-14 marca.

Jutro Dzień Kobiet, wspaniała okazja dla panów, aby się wykazali. A jeśli nie chcą popełnić gafy - panie zawsze mogą same wybrać prezent ;)

sobota, 3 marca 2012

NEIL GAIMAN - SANDMAN V - ZABAWA W CIEBIE


Praca magisterska to trudna rzecz. Idzie sobie człowiek, kulturalnie, do biblioteki uniwersyteckiej. W spoconej dłoni ściska przygotowaną wcześniej listę książek. Nurkuje pomiędzy półkami, na których oczywiście panuje niezwykły bałagan i jak zwykle lista się nie przydaje, bo i tak trzeba wszystkiego szukać "ręcznie". Zaczyna się macanie każdej książki z osobna. I jaki tego finał? W domu pojawia się komiks Neila Gaimana, a magisterska nadal nie ruszona! Ciężkie, oj ciężkie życie studenta.... ;-)

Niektórych z Was może dziwić fakt, że zaczęłam od piątej części. Nie miałam wyjścia - poprzednich w bibliotece nie było, a na odwrocie napisano, że można je czytać z pominięciem kolejności. To prawda. Piąta część serii "Sandman" stanowi zamkniętą całość, z powodzeniem można poprzestać tylko na niej. 


Bardzo lubię komiksy, chociaż nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam jakiś od początku do końca. Przeciwników tego rodzaju literatury oburza ich cena. Niby dlaczego książka z obrazkami miałaby kosztować tyle samo co "prawdziwa"?! Tym osobom polecam "Zabawę w Ciebie". Jest mroczna, tajemnicza i wciągająca, tak naprawdę już na pierwszych stronach zapominamy, że to "tylko komiks" i pochłaniamy jednym tchem, niczym najlepszą powieść.

Komiksu nie polecam dzieciom poniżej lat 10, a jeśli ktoś jest normalny, nie taki jak ja - niech nie daje jej swoim dzieciom zanim nie stuknie im 13. Sporo tu krwi i seksualności (ale samego seksu nie ma), co w połączeniu z niepokojącą otoczką daje mieszankę wybuchową.


Historia toczy się równolegle w dwóch światach. Świecie rzeczywistym i w krainie snu. Obie płaszczyzny przenikają się wzajemnie, budując nierozerwalną całość. Dodatkowym plusem jest to, że komiks jest idealny dla praktycznie każdego typu czytelnika. Łowcy przygody i wrażeń na pewno będą zadowoleni. Ale i dla poszukiwaczy wszelkiego rodzaju odniesień, tych mniej i bardziej oczywistych, "Zabawa w Ciebie" to nie lada gratka. Fantastyczna zarówno na jeden  wieczór, jak i na wielodniowe poszukiwania intertekstualnych powiązań.

Świetne ilustracje, raz bajeczna, innym razem złowieszcza kolorystyka, plastyczne twarze bohaterów. Przyjemny w dotyku, śliski, błyszczący papier, twarda okładka (w tym przypadku działa na plus - komiks prezentuje się "drogo" i nie niszczeje tak szybko) i odpowiedni format. Palce lizać. Aby przewrócić stronę, oczywiście. ;-)


Komiks trochę za szybko się kończy, a samo zakończenie jest przewidywalne.  Biorąc jednak pod uwagę to, że jest to tylko część całej serii, to pierwsze mogę wybaczyć ;-) Ja chciałam jakiegoś nietypowego, albo chociaż nieszczęśliwego rozwiązania. Trochę się zawiodłam.

"Zabawa w Ciebie" to kolejny dowód na to, że komiks nie musi być tylko " dziecinną igraszką". Czytajcie komiksy, bo naprawdę warto!!

Wilczex

JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 5/6
POSTACIE: 6/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 6/6

Podsumowanie: Pułkownik*****

piątek, 2 marca 2012

Czy kogoś jeszcze dzisiaj kuszą czerwone metki z napisem "sale" lub "-20%"? Sklepy duże i małe, również te internetowe, co chwilę bombardują nas "okazjami, jakich jeszcze nie było" i odnoszę wrażenie, że coraz bardziej uodparniam się na taką przynętę. Choć nie we wszystkich przypadkach - wyjątek stanowią książki i biżuteria.

Są to przedmioty tzw. codziennego użytku, niezbędne do życia jak powietrze, dostęp do internetu i mruczenie kota, dlatego informacja o promocji i/lub rabacie, z których mogę skorzystać z przyjemnością,  jest zawsze mile widziana. Myślę, że i Was ucieszy wiadomość o sposobie świętowania 8 urodzin przez księgarnię Gandalf.com.pl.

Jedną z głównych atrakcji, moim zdaniem, jest gandalfowy konkurs na "Przepis na magiczne urodzinowe ciasto dla Gandalfa". Powiem szczerze, że strasznie mnie rozbawił ten pomysł, stanął mi przed oczyma obraz Hermiony skupionej na mieszaniu zawiesistych roztworów na zajęciach z zielarstwa ;) Jakby ktoś chciał wysłać swoją propozycję "przepisu", można to zrobić TUTAJ. 

Kupowanie książek uzależnia. A jeśli ktoś jeszcze nie czuje się uzależniony, to może zacząć praktykować ten niebezpieczny rytuał już dziś. Gandalf.com.pl przygotował urodzinowe rabaty (-10% na książki, -20% na ebooki - informacja na stronie sklepu), z których można skorzystać do 6 marca. ALE! Jeśli ktoś jest prawdziwym tropicielem okazji, polecam śledzić na Facebooku Czytam-Kupuję. 

Rosemary