• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

środa, 29 lutego 2012

TAJEMNICE CENTRUM DOWODZENIA

Każdy ma jakieś przyzwyczajenia. Jedni wstają z łóżka tylko prawą nogą. Inni nie przechodzą pod drabiną, a na widok czarnego kota spluwają trzy razy przez lewe ramię. Nadszedł czas ujawnienia kolejnej z licznych tajemnic Centrum Dowodzenia.Wiecie już co mam w sejfie. Dziś dowiecie się, dlaczego Agentka Wilczex jest dziwna. 

Agentka Rosemary ciągle stroi sobie ze mnie żarty, bo....


JA PISZĘ RĘCZNIE. Napisałam w ten sposób całą swoją pracę licencjacką, tak też piszę magisterską. Nie umiem pisać na komputerze, muszę być obłożona dookoła książkami, notatkami i innymi niezbędnymi "przydasiami" w zasięgu ręki. Przed monitorem nie mogę się skupić i basta!

Nigdy, ale to nigdy nie opierajcie się o długopis uprzednio położony pod lampką....

Kiedy skupiam na czymś swoją uwagę, to "wyłączam się" na  bodźce ze świata zewnętrznego. Mało tego, robię taką minę, jakbym miała wszystkich pozabijać. Widocznie myślenie wymaga ode mnie ogromnego wysiłku. ;-) Może dlatego nie umiem pracować z klawiaturą tak efektywnie jak z długopisem i kartką. A może to dzieje się tak dlatego, że stosunkowo późno zaczęłam używać komputera w ogóle?

Lubię pisać ręcznie. Dużo zapamiętuję i uczę się w ten sposób. Charakter pisma też mam w miarę ładny, choć nie tak jak kiedyś. Jednak czasami żałuję, że nie mogę od razu wstukać czegoś w komputer. Na przykład takie poprawianie błędów. Kiedy oddaję coś napisanego ręcznie musi być idealne. Jedno skreślenie - nowa kartka i pisanie od początku! Wieczny brak kartek, ciągle wypisujące się długopisy, wydawanie fortuny na zakreślacze i kolorowe pisaki (jak coś nie jest na kolorowo to może tego nie być wcale!) Po prostu mordęga!


Czy jest tu ktoś, kto ma ten sam problem co ja?

niedziela, 26 lutego 2012

MARY SHELLEY - FRANKENSTEIN (1818)




Co można powiedzieć o książce, która miała tak istotny wpływ na twórczość późniejszych pisarzy? Czy ikona, którą zna nawet dziecko, może jeszcze kogoś zainteresować?

Tym razem wyjątkowo zacznę od początku, bo zanim powiem cokolwiek o powieści samej w sobie muszę zwrócić uwagę na paradoks, towarzyszący "Frankensteinowi". Otóż wszyscy znają zarówno samą postać, jak i jej historię. Według większości ludzi Frankenstein wygląda tak:




Co się tyczy jego natury, znawcy tematu podzieleni są na dwa obozy. Jedni twierdzą, że był to bezduszny stwór, pałający żądzą mordu i zaślepiony nienawiścią. Opozycja utrzymuje, że tytuł potwora przysługuje raczej szalonemu naukowcowi, a nie wrażliwej, nieszczęśliwej istocie.

W przypadku "Frankensteina" przyczyna problemu leży w kinematografii. Film w dużym stopniu przyczynił się do popularyzacji mitu, pozbawiając go jednocześnie pierwotnego sensu.  Za sprawą wszelkich przeróbek i kontynuacji Frankenstein stał się sławny i nieznany jednocześnie.

Wiktor Frankenstein był naukowcem, który pragnął poznać tajemnicę życia i śmierci. Dzięki wytrwałości i intelektowi udało mu się osiągnąć swój cel. W rezultacie powstał bezimienny stwór, podobny do człowieka, jednak różniący się od niego siłą, wzrostem, wytrzymałością,a przede wszystkim urodą, a właściwie jej brakiem. Wszyscy, łącznie z Frankensteinem, uciekali w popłochu, nie mogąc znieść tak strasznego widoku. 


"I księżyc widział mnie, jak noc po nowy wytężałem swe siły, by z niesłabnącą i nie znającą wytchnienia energią ścigać naturę aż do jej najskrytszych tajników. Któż zdoła pojąć grozę tej potajemnej pracy, gdy wśród plugawych wyziewów grzebałem w grobach lub zamęczałem żyjącą istotę, by kiedyś ożywić bezduszną glinę!? (...) Zbierałem kości po kostnicach i ręką profana naruszałem te straszliwe tajemnice ciała ludzkiego. (...) Od ciągłego patrzenia na okropny materiał i jego straszne detale oczy wychodziły mi z orbit. Wiele potrzebnych mi materiałów otrzymywałem z rzeźni, niejedne pochodziły z sekcji zwłok. Nieraz z odrazą odwracałem się od swego zajęcia, choć mimo to, stale pobudzany niespokojną, miotającą mnie gorączką, doprowadzałem tymczasem dzieło swe do końca".

Po ożywieniu potwora było już tylko gorzej. Frankenstein tracił kolejno wszystkich bliskich, a mordercą był nikt inny, jak pałający żądzą zemsty za odrzucenie i doznane krzywdy twór naukowca.

Nie chcę oceniać, kto jest prawdziwym potworem. Natomiast każdą ze stron jestem w stanie zrozumieć. Jak wielka jest rozpacz istoty pozbawionej wszystkiego, łącznie z imieniem, która nie ma nikogo i nigdy mieć nie będzie? Czy pragnienie przynależności i miłości, zduszone w zarodku przez bezduszność ludzi nie usprawiedliwia drastycznych kroków, na które zdecydował się Bezimienny*, aby w końcu pierwszy raz w życiu poczuć się szczęśliwym i kochanym? Z drugiej strony Wiktora Frankensteina przerosło jego własne dzieło, wyprzedził swoje czasy tak dalece, że sam nie potrafił nadążyć za swoim odkryciem. Nie wiedział, co ma zrobić, był rozbity i rozerwany wewnętrznie. Po prostu próbował rozwiązać problem najlepiej jak umiał.

"Frankenstein" uważany jest za pierwszą powieść science fiction lub przynajmniej jej zapowiedź.  Postęp nauki i techniki otwiera nowe możliwości, stając się jednocześnie nowym źródłem strachu. Nie wiem, czy ktoś z Was odzieli moje odczucia, ale co jakiś czas powracała do mnie myśl, że "Park Jurajski" jest bardzo do "Frankensteina" podobny, zbudowany na tym samym motywie naukowego odkrycia wszech czasów, które wymyka się spod kontroli. Zresztą, nietrudno przywołać inne tytuły bazujące na "zgubnym odkryciu"**.

Żeby nie przedłużać recenzji i nie przekształcić jej w rozważania filozoficzne, które na pewno by Was uśpiły, przejdę do okładki i formy powieści. Okładka bardzo mi się podoba, przede wszystkim dlatego, że nie ma na niej spopularyzowanego wizerunku Bezimiennego, do jakiego wszyscy przywykliśmy. Jest taka jak lubię: szorstka, tajemnicza i niepokojąca. 

Nie polecam lektury osobom, które chcą miło, łatwo i przyjemnie spędzić wieczór. "Frankensteina" trudno czytać dłużej niż godzinę, ze względu na język. Mało dialogów, dużo rozbudowanych opisów. Dodajcie do tego mały, ciasny druczek (będzie mi się śnił po nocach). 

Wiem, że jestem dziwna, ale uważam, że wszyscy fani SF, powieści gotyckich i horroru powinni znać "Frankensteina".  To tak, jakby lubić wampiry, nie czytając "Drakuli" ;) Przygotujcie się na jedno. Na dyskusje bez końca. :-)



JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: 5/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 5/6

Podsumowanie: Generał ******



Wilczex



*Żeby uniknąć powtarzających się opisów będę tak nazywać twór doktora Frankensteina.
** Fanom kina klasy B polecam np. film "Człowiek z rentgenem w oczach" z 1963 roku. Ci, którzy za tego typu kinem nie przepadają mogą spróbować swoich sił z  "Muchą" Cronenberga.

sobota, 25 lutego 2012

NIE SAMYM GORE CZŁOWIEK ŻYJE - ROZMOWA Z PIOTREM SAWICKIM

Jakiś czas temu recenzowałam książkę "Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore". Nie dość, że bardzo mi się spodobała, to na dodatek wprosiłam się do kina. Póki co nie było krwi i latających flaków, ale za to mamy bardzo przyjemny wywiad z autorem "obrzydliwego kompendium", Piotrem Sawickim. Po raz kolejny okazało się, że nie taki diabeł straszny ;-)



Wilczex:  Twoja książka "Odrażające, brudne, złe..." jest jedną z niewielu tego typu publikacji w naszym kraju. Czy istnieje inna nisza, o której chciałbyś kiedyś napisać?
 
Piotr Sawicki: Jest wiele nisz, które chciałbym zapełnić, choć niekoniecznie od razu własną pisaniną. Wprawdzie o Kurosawie nie ma wiele po polsku, ale napisałem tę książkę nie po to, by pokryć deficyt bibliograficzny, tylko żeby spróbować ująć słowami sedno stylu, który jest bardzo wizualny i bardzo nieliteracki, choć jednocześnie wywodzący się w znacznym stopniu z literatury, malarstwa i muzyki. Jest to zbiór kilku esejów napisanych pod wpływem silnego urzeczenia filmowym językiem Kurosawy, nie pretendujący bynajmniej do roli wyczerpującej monografii. Natomiast, jako że jestem również wydawcą, mogę zapełniać niektóre nisze z pomocą innych autorów. I tak pod koniec roku planujemy wydać (jako wydawnictwo Yohei) monografię Rafała Donicy pt. „Frankenstein 100 lat w kinie”. Mieliśmy dotąd po polsku kompendia poświęcone wampirom, a o Frankensteinie - fenomenie kulturowym równie przecież ważnym jak Drakula - właściwie nic. Rafał Donica zadał sobie trud opisania tylu ekranowych nawiązań do powieści Mary Shelley, że w głowie się nie mieści; w dodatku uczynił to z charakterystycznym dla siebie połączeniem pasji, spostrzegawczości i humoru. Prócz książki o Frankensteinie chcielibyśmy wydać, równolegle z moim „Kurosawą”, pracę Tymoteusza Wojciechowskiego o Sadao Yamanace, nieco zapomnianym dziś mistrzu przedwojennego kina japońskiego. Mam również kilka planów licencyjnych, ale na razie nie chcę ich zdradzać.  

Wilczex: Jak odnajdujesz się w innych dziedzinach kultury? Czy film i literatura pochłaniają Cię bez reszty, czy też znajdujesz jednak czas np. na muzykę czy gry komputerowe? Jeśli tak, czy w tych dziedzinach poszukujesz podobnych wrażeń jak te, opisane w "Odrażających, brudnych, złych..."?

Piotr Sawicki: W grę komputerową grałem ostatnio bodaj w 2004 roku. Dosyć dawno. Natomiast muzyka i literatura pochłaniają mnie w dość znacznym stopniu. I owszem, spotykałem się zarówno z literackimi, jak i muzycznymi odpowiednikami filmów gore. Temat jest obszerny, zaczynając od masowo wydawanej w Polsce na początku lat 90 chałtury Guya N. Smitha, równie wyrafinowanej co niektóre horrory klasy B. włoskiej produkcji, a skończywszy na wstrząsających powieściach Jacka Ketchuma, którego sam King nazwał „najbardziej przerażającym facetem w Ameryce”. Niektóre książki Mastertona, zwłaszcza „Czarny anioł”, no i „American Psycho” Ellisa. „Łaskawe” Littella - II wojna oglądana oczami SS-mana i w zamierzeniu wojenny epos zakrojony na szeroką skalę, w rezultacie - ponad 1000-stronicowe nazi exploitation ociekające perwersją i przemocą. Również wiele scen z książek Kosińskiego, nie tylko z „Malowanego ptaka”, może przyprawić o rozstrój żołądka. Oczywiście de Sade. „Chudszy” i „Wielki marsz” Kinga. To tylko przykłady, ale każda z tych książek oferuje nihilistyczną sumę rzeczywistości, w której ból i cierpienie wysuwają się na plan pierwszy przyćmiewając wszystko inne. Jeśli zaś chodzi o muzykę to przede wszystkim goregrind, a także death metal i thrash metal - wszystkie te ciężkie, nieprzyjemne i hałaśliwe brzmienia, z tekstami opiewającymi przemoc i pornografię. Kapele takie jak Mortician i Necrophagia, wprost czerpiące inspiracje z filmów gore. A także - chociaż tutaj wkraczamy już na teren wysoce wysublimowanej sztuki - późne Kwartety smyczkowe Dymitra Szostakowicza, zwłaszcza Trzynasty, będący przerażającym muzycznym obrazem agonii.     

Wilczex: Wychowałeś się na kasetach VHS, kiedy dostęp do gore był mocno utrudniony. Czy uważasz, że powszechność i dostępność tego typu filmów w dzisiejszych czasach będzie miała w przyszłości wpływ na wrażliwość i odbiór filmów przez te osoby, które ery wypożyczalni video nie pamiętają?

Piotr Sawicki: Nie zgodziłbym się, że w czasach VHS dostęp do gore był utrudniony. Przeciwnie, to właśnie dzięki wideo rozpowszechnił się do tego stopnia, że w Wielkiej Brytanii w latach 80. urządzono nagonkę na Bogu ducha winne kasety, która skończyła się ocenzurowaniem wielu filmów i powstaniem niesławnej listy tych najbardziej wyklętych, tzw. Video Nasties. Na giełdach i wypożyczalniach nie uświadczyłaś „Greka Zorby”, natomiast obskurnych B-klasowych produkcji szemranego pochodzenia było pod dostatkiem. W każdej wypożyczalni oraz w co drugim polskim domu stały na półce „Evil Dead” (wówczas tytułowany jako „Taniec diabła”), „Hotel siedmiu bram” i „Wysłannik piekieł”, a co bardziej obrotni mieli też „Teksaską masakrę piłą łańcuchową” i „Cannibal Ferox”. O „Piątku trzynastego” i Freddym nie wspomnę bo to nawet dzieci w wieku przedszkolnym oglądały. Z tym, że kiedyś to było raczej kino „spod lady”: małe wytwórnie, niskie budżety, kasetowy obieg. Oglądało się w ukryciu przed rodzicami. Dzisiaj krwawa przemoc w bezmyślnym wydaniu wylewa się zewsząd i myślę, że już nawet nie tyle samo w sobie okrucieństwo może przysłużyć się apatii kolejnych pokoleń, ile sposób w jaki jest podawane. Ale to dotyczy mediów audiowizualnych w całości. Włączam telewizor, byle reklamę proszku do prania, i zaraz atakuje mnie wizualna łupanina. Idę do kina i oglądam film zmontowany jak jakiś koszmar epileptyka. W radio i w knajpie to samo: łup, łup, łup. Mamy przesyt informacji więc każdą próbuje się nam wcisnąć ze zwielokrotnioną agresją, gdyż w przeciwnym razie przepadnie w szumie. Jak rozwija się umysł dziecka, które od najmłodszych lat łoi w gry komputerowe, które siedzi z nosem w Carton Network i MTV - nie mam pojęcia, ale przypuszczam, że nienajlepiej. Dzieciak, który w latach 90. oglądał „Taniec diabła”, wiedział co to jest za film. Że jest paskudny, przerażający i od lat 18. Dzisiejszy małolat nawet nie zdaje sobie sprawy, jaką dawką agresji jest atakowany podczas emisji przeciętnej reklamy. Filmy gore nie są niczemu winne, zawsze powtarzam, że stanowią jedynie przejaskrawione odbicie ogólnego stanu kultury, nic ponadto.

Wilczex: W jednym z wywiadów wspominasz o swoim zainteresowaniu astrologią. Podobno dobrze Ci idzie. Dlaczego właśnie astrologia?

Piotr Sawicki: Bo jest przydatna w życiu, po prostu. Tak jak mapa, kompas czy zegarek. Na podstawie tranzytów planet można dokładnie wyprognozować jakość czasu i wytypować odpowiedni moment na podjęcie planowanych działań. Ocenić czy uda się spotkanie towarzyskie, albo kiedy grozi nam ryzyko kontuzji podczas uprawiania sportu. Astrologia pomaga rozwikłać naturę psychicznych kryzysów i przewidzieć kiedy się skończą. Daje możliwość o wiele szybszego wglądu w ludzką osobowość niż psychologia. Na podstawie horoskopu porównawczego dwóch osób można ocenić, w jaki sposób będą na siebie wzajemnie działać, czy się dogadają, czy mogą sobie ufać. Gdy zająłem się astrologią jakieś dwa lata temu, z pozycji sceptyka, byłem zszokowany dokładnością, z jaką to wszystko działa. Dziś korzystanie z programu astrologicznego jest dla mnie czymś tak oczywistym, jak używanie telefonu komórkowego albo zegarka. W dodatku nie wydałem na naukę ani grosza - wszystkie niezbędne informacje dostępne są w Internecie, trzeba jedynie dużo czasu poświęcić ćwiczeniom - a uważam tę wiedzę za najcenniejszą jaką kiedykolwiek zdobyłem, zaraz po umiejętności czytania i pisania. Mówię to z czysto pragmatycznego punktu widzenia.      

Wilczex: Czy możesz nam zdradzić, co Twoja szklana kula mówi o przyszłości Misji: K.S.I.Ą.Ż.K.A.? ;-)

Piotr Sawicki: Bez zaglądania w szklaną kulę, jedynie obserwując Wasze zaangażowanie, wróżę długie życie w cyberprzestrzeni, z rosnącą w geometrycznym tempie liczbą stałych czytelników. Jak głosi ludowa mądrość - co dwie głowy to nie jedna.  

Jeszcze raz dziękuję za wywiad. Mam nadzieję, że Twoje nazwisko jeszcze nie raz znajdzie się w naszych recenzjach ;-)

A wszystkim tym, którzy jeszcze nie czytali polecam najnowszą książkę Piotra Sawickiego, "Odrażające, brudne, złe..."

Wilczex

niedziela, 19 lutego 2012

ROMAN POLKO, PAULINA POLKO - ROZGROMIĆ KONKURENCJĘ



Nie jestem dyrektorem i nigdy nie byłam manag(i)erem, a epizod związany z moją pracą w korporacji doskonale może posłużyć jako przykład "jak nie zarządzać ludźmi" i "jak zdemotywować pracowników". Jeśli do tego dodać pokutujący w Polsce stereotyp szeroko rozumianej kadry menedżerskiej jako krwiopijczych manipulatorów, cóż więcej powiedzieć, wobec tej książki miałam bardzo sceptyczne nastawienie. Które...

...które się zmieniało z każdym rozdziałem, aż w końcu książkę - całą w moich notatkach - zamknęłam z żalem, że się skończyła. Muszę tu zdradzić pewną tajemnicę, którą wydawnictwo, księgarnie, a może i sami autorzy, próbują skrzętnie ukryć. To nie jest typowy poradnik, jak w kilku prostych krokach osiągnąć jakiś efekt - na co mogą wskazywać informacje na okładce i materiały promocyjne. Nie jest to podręcznik - na co może wskazywać forma książki, tytuły rozdziałów i kolorowe tabelki. No więc, czym jest "RozGROMić konkurencję"?


Roman Polko, generał z bogatym doświadczeniem wojskowym, wieloletni dowódca, w tym - jednostek specjalnych w Kosowie i Iraku, absolwent (jeśli można tak to nazwać) kursu Ranger School na kartkach książki opowiada o swoim życiu zawodowym i dzieli się swoim doświadczeniem. Odsłania kulisy działań wojskowych i rozgrywek wewnątrzarmijnych oraz zdradza, jak pokonał masę krytyczną i wyszedł zwycięsko z kilku kryzysów zawodowych. Całość zaś napisana jest tak bezpośrednim językiem, że można odnieść wrażenie, iż czytelnik obcuje z generałem na żywo. Proponuję więc wprowadzić nowe pojęcie, które, moim zdaniem, idealnie pasuje do tej książki: szkoła mentorska w formie papierowej.

Gen. Polko nie podaje gotowych recept na sukces. Nie wytyka palcem twoich błędów. W zasadzie to nawet nie zawsze mówi, jak konkretnie można przenieść jego doświadczenie do twojej pracy. Gen. Polko daje przykład. Wskazuje na swoje błędy i ich konsekwencje. Mówi o swoich zwycięstwach i tłumaczy, jak je osiągnął. I w kółko powtarza o cechach, które wielu liderom w dzisiejszym świecie jakoś umknęły - o honorze, samodyscyplinie, inteligencji, prawdziwej kreatywności, odwadze. Szczególnie, że w jego przypadku, nie są to puste frazesy.

Tak jak wspomniałam wcześniej, seria wydawnicza oraz wszelkie dostępne w sieci materiały promocyjne częściowo wprowadzają czytelnika w błąd. Owszem, można tę książkę czytać jako podręcznik czy poradnik, ułatwią to tabele z najważniejszymi informacjami, a rozdział o pracy w zespole obfituje nawet w konkretne wskazówki. Jednak po książkę mogą sięgnąć również miłośnicy literatury militarnej lub tacy laicy jak ja, którzy lubią poszerzać horyzonty. Dużo tu ciekawych informacji o współczesnych konfliktach zbrojnych (Kosowo, Irak, współpraca z NATO), o szkoleniach wojskowych (dlaczego żołnierze ćwiczą musztrę? jak wygląda szkolenie amerykańskich rangersów?), faktów z historii polskich sił specjalnych (GROM, FORMOZA i in.), anegdotek z życia wojskowego, faktów historycznych (bitwy starożytne, napoleońskie), zdjęć i mapek. Mieszanka ta jest bardzo wyważona, profesjonalnie podana i motywuje do działania - co, z kolei, zapewne jest zasługą Pauliny Polko.

Jedynym minusem tego wydania jest format książki (wybaczcie to moje zboczenie!) - z powodu nieforemnego, kwadratowego kształtu trochę niewygodnie się czyta, a książka odstaje na półce. Dodatkowo, waga kredowego papieru niemalże uniemożliwia zabranie książki ze sobą w podróż. Z drugiej strony, ci, którym udaje się rozgromić konkurencję, nie muszą się martwić o wagę bagażu ;) Tak więc, kto by się przejmował taką drobnostką.



JĘZYK: 6/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE:-/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 6/6

Podsumowanie: (nomen omen) Generał ******



Za egzemplarz recenzyjny dziękujemy OnePress
z Grupy Wydawniczej Helion

niedziela, 12 lutego 2012

WOJCIECH CEJROWSKI - RIO ANACONDA (2006)


Bardzo rzadko piszę recenzję od razu po zamknięciu książki. Wszystko musi się "przetrawić", nabrać kształtu, który mniej lub bardziej nadaje się do upublicznienia. W tym przypadku przychodzimy na gotowe - kształt już został nadany. Kształt bez kształtu. Nie rozumiecie? Zrozumiecie, kiedy przeczytacie "Rio Anaconda".

Jako dziecko zaczytywałam się w książkach Szklarskiego o przygodach Tomka. Kochałam je a jednocześnie trochę mnie drażniło to, że przygoda była oddzielona od wiedzy, przypisy były bardzo obszerne, napisane, jak to przypisy, bardzo małym druczkiem. Strasznie mnie męczyły i przyznaję się bez bicia, że często je omijałam, bo - jak reklamy na Polsacie - zwykle pojawiały się w najciekawszym momencie historii. 

Tu jest inaczej. Nie dość, że pomimo przestrogi znajdującej się na początku książki, żeby przypisów nie czytać, przypisy czytałam, to na dodatek czytałam je z przyjemnością. Informacje zostały tak wplecione w fabułę, że nawet się ich nie zauważa. A opisy... palce lizać! Z reguły nie lubię opisów przyrody i innych tego rodzaju "zapełniaczy stron", a "Nad Niemnem" śni mi się po nocach. "Rio Anaconda" mogłaby być jednym wielkim opisem i wcale by mi to nie przeszkadzało! Czary, czy co?  Na szczęście jednym wielkim opisem nie jest, bo dialogi są po prostu genialne!!

Cejrowski umie opowiadać. I chyba naprawdę  ma w sobie trochę szamańskiej Mocy, bo nawet kiedy np. w "Po mojemu" mówi rzeczy, z którymi w żaden sposób zgodzić się nie mogę - słucham....hmm...pełnymi uszami. ;) Gdyby to samo powiedział ktoś inny, dostałby w papę i tyle. 

Tak samo jest z "Rio Anaconda". To, co się tutaj dzieje, przechodzi wszelkie pojęcie. Gdyby opowiadał mi to najlepszy przyjaciel, nawet po kilku głębszych bym nie uwierzyła. A tymczasem... nie sposób nie wierzyć! Znikające ścieżki, duchy, telepatia, czytanie w myślach... To niemożliwe! A jednocześnie... prawdziwe. Czytałam kiedyś książkę o Aborygenach. Też opanowali sztukę telepatii. W "Rio Anaconda" też się pojawiają. Zbieg okoliczności?

Tej książki nie można przeczytać ot, tak sobie i zająć się swoimi sprawami. Ja próbowałam. Zrobiłam sobie kawę, zasiadłam do biurka i co...?

I znowu siedzieliśmy nad brzegiem rzeki. Moczyliśmy pięty...
- Widzisz coś w tej wodzie, gringo?
- Nie.
- To czemu tak czujnie patrzysz?
- Czujnie? Wydaje Ci się. Po prostu ma dzisiaj kolor kawy z mlekiem, a ja dawno nie piłem kawy...

Jak widzicie nie można się od tej książki uwolnić. Obawiam się, że dzisiejszy dzień upłynie mi pod znakiem nostalgii i tego specyficznego rodzaju rozkojarzenia, którego nie umiem nazwać. Takiego, które zostaje po obejrzeniu dobrego filmu - wiesz, że nie był o Tobie a w jakiś sposób czujesz, że Ciebie dotyczy...

Żeby nie przeciągać tej i tak już pokrętnej recenzji, pozachwycam się jeszcze tylko wydaniem. Piękna okładka, cudna kolorystyka, a w środku... miód i orzeszki! Sporo (ale ciągle za mało!) prześlicznych zdjęć, papier przyjemny w dotyku ( i ładnie pachnie), nawet takie szczegóły jak numeracja stron utrzymane zostały w podróżniczej, intrygującej konwencji. Dla mnie bomba!


Właścicieli kotów ostrzegam - zaczniecie inaczej na nie patrzeć. A raczej... dostrzegać to, jak one patrzą na Was.

Wilczex
JĘZYK: 6/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE:-/-
 OPRAWA GRAFICZNA: 6/6

Podsumowanie: Generał******


czwartek, 9 lutego 2012

STEPHEN KING - PODPALACZKA (1980)






Co byście zrobili, gdyby zaproponowano Wam udział w całkowicie bezpiecznym eksperymencie, polegającym na wzięciu czegoś w rodzaju lekkiego narkotyku?  Dodam, że dostaniecie za to 200 baksów, a bardzo potrzebujecie kasy. Odpowiedź jest oczywista. Wchodzę w to!

Tak też zrobił Andy McGee. Jak się później okazało, jedyną dobrą rzeczą która nastąpiła w wyniku tejże decyzji było to, że podczas eksperymentu poznał swoją żonę. Oboje od tej pory przejawiali paranormalne zdolności, które Andy nazywał "pchnięciem".  Po jakimś czasie zaszli w ciążę i urodzili śliczną córeczkę...


Książka wciąga od pierwszych stron, możecie mi wierzyć! Wiem, że moje zdanie na temat Kinga coraz bardziej odbiega od obiektywizmu, ale muszę przyznać, że nie każda jego powieść wciągnęła mnie od razu. Mam nawet takie, za którymi nie przepadam (niewiele, ale są) ;) Dużo akcji, mało pitu-pitu. Krótko (jak na Kinga), zwięźle i na temat. Świetnie, po prostu świetnie!

Zastanawia mnie jedno  - czy rozniecanie ognia tylko za pomocą myśli to dar czy przekleństwo? Dla kogoś takiego jak ja, wiecznie gubiącego zapalniczki, na pewno przydatna rzecz. A co jeśli moc niechcący zostanie skierowana na kogoś, kto zalazł nam za skórę? Hmm... kusząca propozycja ;)

Wbrew pozorom książka nie jest tylko o podpalaniu kolejnych obiektów, masakrowaniu ich mieszkańców i poszukiwaniu kolejnego idealnego miejsca na pożogę. Książka dotyka dużo głębszych tematów, takich jak zaufanie, przyjaźń i sumienie. Dylematy moralne Charlie, małej dziewczynki, która zamiast bawić się w piaskownicy z innymi dziećmi ucieka z ojcem przez pół stanu, są nie lada orzechem do zgryzienia nawet dla dojrzałego czytelnika.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to to, że "Podpalaczka" mogłaby być dłuższa. Kocham Kingowskie "cegły" po 1000 stron...! To tak, jakby ktoś Wam powiedział, ze jedna czekoladka jest lepsza  od całego pudełka. Wszystkie są pyszne, ale...dawać mi pudełko!

Aż trudno uwierzyć, że książka jest starsza ode mnie (od Agentki Rosemary trochę mniej hehehe)! ;) Jest niewiarygodnie aktualna i nie ma prawa zbierać kurzu na półce! To jedna z tych pozycji, po które będą sięgać kolejne pokolenia. Najpierw z ciekawości, co czytuje babcia. A potem z przyzwyczajenia. Już z własnej półki.

Przypomnę jeszcze, że na podstawie książki w 1984 roku M. Lester nakręcił film z Drew Barrymore w roli tytułowej. Film też polecam, ale gdzie mu tam do książki!


Wilczex


JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 4/6
POSTACIE:5/6
 OPRAWA GRAFICZNA: 4/6

Podsumowanie: Pułkownik*****