• Odrażające, brudne, złe... recenzje klasyków klasy B

  • Harry Potter, pieczone kartofle i wyznania z Komnaty Tajemnic - przeczytaj relację z podróży naszej agentki!

  • Zabierz książkę #NaKawe! Nasza instaakcja ma nowego partnera

środa, 27 lipca 2011

JAN STRADLING - ZŁE KOBIETY (2010)


Mary Ann Cotton
Nie żyje i gnije!
Leży nieżywa,
Martwa i siwa,
Cóż, tak to bywa!
Mary Ann dynda,
Na czym? Na sznurze.
Gdzie? Tam, na górze.
Sprzedaje kaszankę
Za pensa i grzankę.

Zastanawialiście się kiedyś skąd biorą się dziecięce rymowanki? Czy naprawdę są niewinne i od początku do końca zmyślone? "Złe kobiety" Jana Stradlinga udowadniają, że  jesteście w błędzie. 

Książka zawiera 22 sylwetki kobiet, uporządkowane chronologicznie, od Kleopatry, do zmarłej w 2001 roku Phoolan Devi. Każda z nich została okrzyknięta rządnym krwi potworem bez skrupułów. Nieumiarkowana w łóżkowych podbojach Mesalina, wampirzyca Bathory, Ranavalona, która wymordowała 1/3 własnego ludu, kobieta pirat, czarna wdowa, smocza cesarzowa, tyfusowa Mary, żelazny motyl, królowa bandytów - te przydomki mówią same za siebie.

Dlaczego popełniały tak straszliwe zbrodnie jak kąpiele we krwi, dzieciobójstwo, ludobójstwo, spiski i otrucia? Bogusław Linda powiedziałby zapewne : "Bo to złe kobiety były...". Czy aby na pewno? Tak naprawdę Jan Stradling opisuje nie złe, a nieszczęśliwe, skrzywdzone lub chore kobiety. Paradoksalnie, określenie "słaba płeć", jest ostatnim, jakim możemy je opisać. Determinacja, siła woli, zdecydowanie - to cechy, których brakuje wielu z nas, a których bohaterki książki miały w nadmiarze. "Złe kobiety" to książka bardzo inspirująca. Oczywiście nie namawiam, żeby traktować ją instruktażowo ;) Już parokrotnie złapałam się na tym, ze w trudnych chwilach wracam do nich myślami. Dlaczego? Przekonajcie się sami.
 
Jedyne, czego nie rozumiem, to okładka. Co ma przedstawiać? Gniazdo zła? Może Wam uda się rozszyfrować tę tajemnicę? 

 Nie bez powodu zaczęłam od rymowanki dotyczącej "Czarnej Wdowy", Mary Ann Cotton. To jedna z ciekawszych postaci w książce. Dzieciobójczyni, zabiła około dwudziestu osób, z czego połowę stanowią jej własne dzieci. Czemu to robiła? Niżej zamieszczam film dokumentalny o Marry Ann. Mam nadzieję, że po obejrzeniu tego filmu sięgniecie po książkę.










JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 5/6
POSTACIE: -/-
OPRAWA GRAFICZNA: 4/6
 
Podsumowanie: PORUCZNIK****

poniedziałek, 25 lipca 2011

To naprawdę jest Koniec

Wszystko, co ma początek, kiedyś skończyć się musi ("Moda na sukces", jako zjawisko z innego wymiaru rzeczywistości, się nie liczy). A jednak jestem zaskoczona, że to już. Siedzę w ciemnej sali w niewygodnych okularach 3D (ta trójwymiarowa dyktatura...) i łezka mi się w oku kręci.

10 lat (słownie: dziesięć!) minęło od ekranizacji pierwszej części Harry'ego Pottera, kawał życia. Chyba jestem sentymentalna, ale tak siedząc w tej sali i czekając na Nieuniknione, wspominam moje nastoletnie czytanie do świtu i kilka chwil snu przed zajęciami, młodociane randki w kinie, wagary ("Kamień filozoficzny" oglądałam na biologii, oczywiście nie w szkole), a także kilka innych grzeszków, które nie bardzo nadają się na upublicznienie na blogu... A w tle, rok po roku, filmy o Potterze, jak zegar, odmierzający czas do Końca.

Nie będę tym razem pisać o książkach J.K. Rowling czy samej ekranizacji. Dodam tylko, że w pojedynku między Potterem a Sami-Wiecie-Kim zdecydowanie zwyciężył Severus Snape. Spełnił wszystkie wymagania, stawiane bohaterom romantycznie tragicznym (bądź tragicznie romantycznym - niepotrzebne skreślić). A Alan Rickman po raz kolejny udowodnił, że wiek mu służy i nawet w stylizacji emo może podbijać serca (nie)letnich widzów.

Pewnie będę tego jutro się wstydzić, ale dzisiaj odświeżam stary hit Texas "In Demand" i zapraszam do wspólnego powzdychania do Severusa w cywilu ;)

piątek, 22 lipca 2011

ANCHEE MIN - CZERWONA AZALIA


Podobno w szczytowym okresie Zimnej Wojny Zachód nie mógł uwierzyć w warunki, w jakich przychodziło żyć obywatelom ZSRR. Łatwiej było uwierzyć w totalitarną propagandę, niż, chociażby, w istnienie obozów. Z podobnym niedowierzaniem podeszłam do rzeczywistości, opisywanej przez Anchee Min. W końcu, “Czerwona Azalia” to książka autobiograficzna, więc powinna opierać się o fakty. A te są niezwykle ważne, ponieważ książka opisuje drogę autorki z maoistycznych Chin do względnej normalności, jaką mogła zaznać dopiero w Stanach Zjednoczonych w 1984 roku.


“W tym momencie zdałam sobie sprawę, że zbyt łatwo się nam śpiewało: “Pójdę wszędzie tam, gdzie wskaże mi palec przeodniczącego Mao”. Nie zdawałam sobie sprawy, o czym śpiewam, aż do tego dnia.”

Książkę Czyta się jak pamiętnik, zapiski o iście orwellowskiej rzeczywistości maoistowskich Chin. Niektóre wątki są nam do bólu znane: przymusowe prace w gospodarstwach rolnych, represje wobec inteligencji, wszechobecne donosicielstwo, jedyna słuszna linia Partii. Anchee nie opiera się ideologii - zostaje przewodniczącą komunistycznej młodzieżówki, pisze ideologiczne referaty, jest dumna z tego, że trafia do pracy do komuny wiejskiej. 

Jednak młodość rządzi się własnymi prawami, a ziarno, które przypadkowo spada na podatną glebę, prędzej czy później zaczyna kiełkować. Podziw rodzi miłość i przywiązanie, miłość pociąga za sobą poczucie winy i gotowość do poświęceń, chęć przetrwania i odrobina szczęścia daje nadzieję na lepsze życie. Czytelnik jest świadkiem interesującej wewnętrznej przemiany głównej bohaterki: z idealistki staje się człowiekiem, świadomym swojej roli w totalitarnej machinie.

Jest to pozycja o tyle ciekawa, że bardzo realistycznie przedstawia historyczne realia: sytuację Chin po rewolucji kulturowej, rolę rewolucyjnej opery, kult jednostki, proces “Bandy czworga”. Trudno jest mi napisać więcej, nie odsłaniając kilku ciekawych wątków, które mnie zaskoczyły i zmusiły do głębszych przemyśleń. Zachęcam więc do odbycia wyprawy za Wielki Mur.



P.S. Książka trafiła do mnie na gdyńskich Literaturomaniach, w ramach których odbywała się też akcja uwalniania i wymiany książek. Cztery długie stoły z setkami książek do przygarnięcia robiły niesamowite wrażenie :) Powyższe zdjęcie pochodzi ze strony nagrodaliterackagdynia.pl.

JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 5/6
POSTACIE: 4/6
OPRAWA GRAFICZNA: 4/6
Podsumowanie: PORUCZNIK****

poniedziałek, 18 lipca 2011

Śladami hrabiego Dracula - Whitby, Anglia

Kilometry krętej drogi, wrzosowiska aż po horyzont, gromadki owiec i pojawiające się z rzadka kamienne zabudowania - tak wygląda droga prowadząca z głębi wyspy do Whitby. Samo miasteczko, które obecnie liczy ok. 13 tys. mieszkańców, otoczone jest klifami, które zapisały się w historii literatury. Na klifie zachodnim miłośnicy powieści przygodowej znajdą miejsca upamiętniające kapitana James'a Cook'a (podobno w Whitby uczył się swojego morskiego fachu), a klif wschodni pojawia się w powieści Brama Stokera "Drakula".

"Drakuli" przedstawiać chyba nie muszę. Można śmiało stwierdzić, że postać transylwańskiego arystokraty-wampira jest kultowa. I chociaż Whitby było jedynie przystankiem hrabiego w Anglii na drodze do Londynu, rozegrało się w nim kilka bardzo istotnych dla fabuły zdarzeń. Spieszę uspokoić - niniejsza notka nie zawiera żadnych spoilerów (choć bardzo mnie korciło!). Zapraszam więc na fotopodróż do miasta, które nawet dzisiaj wygląda, jak wyjęte z XIX-wiecznej powieści.


* * *

Z notatek Miny Murray. 
24 lipca, Whitby. Lucy wyjechała po mnie na stację. (...) Pojechałyśmy do domu przy Crescent, gdzie wynajmują pokoje. To urocze miejsce. (...) Domy starego miasteczka, leżącego w dość sporym oddaleniu, mają czerwone dachy i odnosi się wrażenie, jakby były poukładane jeden na drugim - zupełnie jak na rycinach z widokiem Norymbergi.






Nad miasteczkiem górują ruiny Opactwa Whitby, splądrowanego niegdyś przez Duńczyków; to w jego scenerii rozgrywa się ta część Marmionu, w której dziewczyna zostaje zamurowana w ścianie. Są wielkie i majestatyczne, pełne piękna i romantyzmu. Istnieje legenda, iż w jednym z okien ukazuje się Biała Dama. (...)




(...) Pomiędzy opactwem a miastem znajduje się kolejny kościół - parafialny - otoczony dużym cmentarzem z mnóstwem nagrobków. Moim zdaniem to najładniejsze miejsce w Withby, ponieważ leży nad samym miastem i roztacza się z niego widok na cały port i zatokę aż po wychodzący daleko w morze przylądek o nazwie Kettleness. (...) 




(...) Pode mną rozciąga się port, na przeciwległym krańcu ograniczony wychodzącą w morze długą granitową ścianą, skręcającą przy końcu na zewnątrz, w połowie której znajduje się latarnia morska. Od niej biegnie umocnione nabrzeże, a jego bliższy kraniec tworzy coś w rodzaju odwrotnie zgiętego łokcia, zaś na samym końcu stoi druga latarnia morska. Pomiędzy tymi dwoma pirsami znajduje się wąskie wejście do portu, które zaraz potem gwałtownie się rozszerza. 




Najładniej jest podczas przypływu, bowiem kiedy jest odpływ, woda znika niemal zupełnie i pozostaje tylko Esk toczący swój nurt pomiędzy piaszczystymi brzegami, z których od czasu do czasu wyrastają pojedyncze skały. (...)





1 sierpnia. Przyszłam tu godzinę temu z Lucy i odbyłyśmy niezmiernie interesującą rozmowę z moim leciwym przyjacielem i jego dwoma nieodstępującymi go na krok towarzyszami.(...) Naprowadziłam go na temat legend, a on natychmiast rozpoczął swoje kazanie.(...)
„To gupoty, czyste gupoty i tyle! To, co się gada o tych całych klątwach, znakach, duchach, straszydłach, to wszystko po to, żeby można było straszyć dzieci i gupkowate kobiety. Wszystko duby smalone! (...) Wszystko, co tu napisane, tak po pańsku, to zwykły kant; te kamienie aż się gną pod tymi łgarstwami. »Tu spoczywa ciało« albo »Świętej pamięci«; na każdym pisze coś takiego, a nawet w co drugim nikt nie leży; a o połowie tych, co leżą, ludzie to by woleli zapomnieć; gdzie im tam do świętości!" (...) 



* * *

Ruiny klasztoru widoczne są niemal z każdego miejsca w miasteczku. Mroczne, ponure, na tle zachmurzonego nieba (o nie w Anglii nietrudno) robią niesamowite wrażenie. Do cmentarzyska przy kościele można dotrzeć krętymi schodami o każdej porze dnia i roku (przypomnijcie sobie lunatykowanie Lucy!), a jak już się wejdzie, to nie chce się zejść. I nie ma to nic wspólnego z wampirami :-)


Wasza agentka specjalna (z czosnkiem w kieszeni) 
Ana Rosemary



Zdjęcia: Ana "Rosemary" Matusevic
Fragmenty pochodzą z książki Brama Stokera "Drakula", tłum. Marek Król

sobota, 16 lipca 2011

KOLEKCJONER (1963) - JOHN FOWLES


Pierwsza połowa XX wieku, Anglia. Fryderyk, mężczyzna przeciętny zarówno intelektualnie, jak i z wyglądu. Życie bez pasji. Jedyne, co przyprawia go o szybsze bicie serca, to kolekcjonowanie motyli i pewna kobieta. Miranda, młoda arystokratka, ambitna malarka. Rzadki okaz pięknego motyla.

Jest to powieściowy debiut (1963) Johna Fowlesa, którego "The Times" uznał za jednego z najlepszych brytyjskich pisarzy ubiegłego stulecia. Pierwsza część to opowieść z punktu widzenia Fryderyka. Ton jego wypowiedzi jest taki sam, kiedy opowiada o nudnej pracy w urzędzie i kiedy mówi o kobiecie, o której marzy. Czytelnik zaczyna jednak stopniowo odkrywać, że za maską opanowania kryje się coś więcej. A może to nie jest nawet maska, tylko (jakby to powiedział dr House) objaw. Rzeczywiście, trudno jest określić, czy dotychczasowe życie i ciasny umysł Fryderyka stworzyło Ferdynanda (jak sam siebie każe nazywać), czy jednak Fryderyk zawsze był Ferdynandem, a przypadek uwolnił jego prawdziwą naturę. 

Druga część to opowieść z punktu widzenia Mirandy. Ta, z kolei, jest bardzo chaotyczna, co tylko potwierdza, że Miranda i Ferdynand to dwa różne światy, których spotkanie grozi katastrofą. Czy uda się jej uniknąć? Nie będę zdradzać.

Są książki wciągające, interesujące, wstrząsające , poruszające. I są książki, które po prostu SĄ (żeby nie napisać „nijakie”, bo jednak „jakieś” są). „Kolekcjoner” Johna Fowlesa niebezpiecznie dryfuje na granicy tych grup. Owszem, jest to psychologiczne studium dwóch ciekawych przypadków, autor w przemyślany sposób rozrzuca okruchy informacji, które układają się w chwiejne obrazy osobowości głównych bohaterów. Każdy z nich ma jakąś obsesję, miota się. Jednak po lekturze pozostaje uczucie, że zabrakło jakiejś iskry, która odpowiednio "doprawiłaby" tę pozycję. 

JĘZYK: 5/6
REALIZACJA: 5/6
POSTACIE: 4/6
OPRAWA GRAFICZNA: 3/6
Podsumowanie: PORUCZNIK****
Ana Rosemary

wtorek, 12 lipca 2011

BORIS REITSCHUSTER - RUSKI EKSTREM. JAK NAUCZYŁEM SIĘ KOCHAĆ ROSJĘ (2010)






Kilometrowe kolejki w sklepach i urzędach? Samowola kierowców? Znudzona obsługa w restauracji? Karniaczek dla spóźnialskiego imprezowicza? Brzmi znajomo, nieprawdaż? Dla Niemca - to istna apokalipsa. 

"Ruski ekstrem" to zbiór felietonów, pokazujących Rosję oczami obcokrajowca, który zdecydował zzamieszkać tam na stałe. Aby zostać moskwianinem, należy nabyć wiele niezbędnych umiejętności. Po pierwsze: Nigdy nie witaj się z sąsiadami. Po drugie: Pij. Po trzecie: Nie zatrzymuj się na czerwonym świetle. Po czwarte......

Reitschuster opisuje swoje przygody, związane z życiem w Moskwie. Spora dawka humoru została ukryta pod lekko lakonicznym i ułożonym niemieckim stylem wypowiedzi. Ma to swój urok, choć niektórzy mogą odebrać go jako sztywną, niemiecką manierę.

Warto po tę książkę sięgnąć z dwóch powodów. Mamy okazję poznać wiele ciekawych "historii z życia wziętych". A takie śmieszą najbardziej. Poza tym, wszystkie historie są nie tylko z pierwszej ręki - Reitschuster uchodzi za eksperta zagadnień rosyjskich, jest korespondentem moskiewskiego Focusa. Bawiąc się poznajemy Rosję, o której tak naprawdę niewiele wiemy.

Myślę, że nie trzeba nic więcej mówić poza tym, że po przeczytaniu tej książki takie sceny już mnie nie dziwią ;)



Dla ciekawskich zamieszczam wypowiedź autora, z której dowiadujemy się między innymi, że rzeczywistość jest często bardziej skrajna niż to, co zostało opisane w książce, że Rosja to kraj nieograniczonych niemożliwości. I tego, że autor okazuje się być przystojnym brunetem ;)





JĘZYK: 4/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: -/-
OPRAWA GRAFICZNA: 4/6
Podsumowanie: PORUCZNIK****



Wilczex

czwartek, 7 lipca 2011

AZAR NAFISI - CZYTAJĄC LOLITĘ W TEHERANIE (2003)


Czym może stać się literatura w kraju, gdzie prawie wszystko jest zabronione, kobiety trafiają do więzienia za pomalowane na czerwono paznokcie czy niesforny kosmyk włosów, uporczywie uciekający spod hidżabu? W kraju, gdzie z ulicznej łapanki dziewczęta trafiają prosto do ginekologa, który sprawdza ich dziewictwo a spontaniczny śmiech w miejscu publicznym jest jednym z najpoważniejszych wykroczeń?

Azar Nafisi, po ukończeniu studiów w Ameryce wraca do Iranu w przededniu rewolucji, w roku 1979. Książka opowiada o życiu kobiet w państwie reżimu, gdzie o wszystkim, łącznie z kolorem skarpetek, decyduje państwo. "Czytając Lolitę..." mówi jednocześnie o literaturze i polityce. Dzięki temu możemy spojrzeć na Iran z dwóch biegunów. Jak mówi sama autorka, "Polityka zawsze upraszcza, literatura - zawsze komplikuje. Polityka chce przeciągnąć cię na swoją stronę, literatura -nie ocenia, lecz pragnie zrozumieć"*.  Azar Nafisi swoją książką udowadnia, że jednak "można spierać się ze wściekłym psem", a co więcej, że można z tego sporu wyjść obronną ręką.

Nie jest to książka na jeden wieczór. Wymaga od czytelnika ciągłego skupienia, na mnie wymusiła robienie notatek w trakcie czytania. Warto przed rozpoczęciem przygody z tą pozycją przeczytać przynajmniej "Lolitę" i "Zaproszenie na kaźń" Nabokowa. Ważną roję gra tutaj James, Austen, Fitzgerald i in. Bez minimalnej wiedzy z zakresu literatury nie wyniesiemy z lektury tyle ile powinniśmy. Czytelnik powinien również mieć wiedzę z zakresu polityki. Inaczej książka będzie się ciągnąć i wyda się mdła jak flaki z olejem. Przyznaję, że momentami czułam się za głupia, żeby zasłużyć na tę książkę. 

Poza kwestiami literatury i polityki, jak już wspomniałam, poruszane są tutaj problemy społeczne, wielkie dylematy kobiet, żyjących w kraju, gdzie " kobieta wchodzi do mężowskiego domu w sukni ślubnej i wychodzi w całunie." Zero wolności wyboru, zero spontaniczności i indywidualizmu - takie mają być kobiety Iranu. Swoje prawdziwe "ja" pokazują dopiero, gdy zdejmują chusty, na cotygodniowych spotkaniach literackich w domu autorki. 

Jedyne "ale" jakie mam do tej książki to... okładka ;) Co prawda po przeczytaniu tej pozycji nabiera ona głębszego sensu, jednak ja chętniej widziałabym na niej zdjęcie, opisane na samym początku pierwszego rozdziału - bohaterki opowieści bez chust, prawdziwe i mogące choć przez chwilę znów poczuć się sobą. 

Początkowo moje wątpliwości wzbudził również tytuł. Dlaczego "Czytając LOLITĘ..."?? Przecież pozostałe omawiane dzieła są równie ważne! Rozwiała je sama autorka, wypowiadająca się na ten temat w niezwykle ciekawym wywiadzie, który możecie zobaczyć TUTAJ .

Azar Nafisi to uosobienie ogromnej siły ducha i miłości do literatury, która pozwoliła jej przetrwać najcięższe chwile swojego życia."Czytając Lolitę w Teheranie" to niezwykle inspirująca książka, która udowadnia, że miłość i pasja to najpotężniejsza broń.


*wypowiedź pochodzi z podanego dalej wywiadu, przekład -mój

JĘZYK: 6/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: -/-
OPRAWA GRAFICZNA: 4/6
Podsumowanie: GENERAŁ******


Wilczex


sobota, 2 lipca 2011

WYRODNA MATKA RADZI (2010) - ANNA MOLGA


Gdyby ta książka trafiła do moich rąk kilka lat wcześniej, może zostałabym dobrą panią domu. Na studiach nie żywiłabym się kupnymi zapiekankami i mrożonkami. Używałabym nie tylko soli i pieprzu, a zrobienie sałatki nie ograniczyłoby się do wymieszania krojonego ogórka i pomidora. Gdyby tylko...


Niestety, nie miałam tyle szczęścia, co syn tytułowej Wyrodnej Matki, któremu omawiana książka została poświęcona. Kto był studentem, ten wie, jak trudno jest przestawić się z maminych obiadków na własne pichcenie i jak wiele pułapek w kuchni czeka niedoświadczonego kucharza. "Wyrodna matka radzi" jest ilustrowanym poradnikiem o profilu kulinarnym. Jednak tak bardzo odbiega od ogólnoprzyjętych norm poradnikowych, że zasługuje na szczególną uwagę.
Przede wszystkim: zakres tematyczny. Obejmuje takie podstawowe kwestie, jak zastosowanie ziół i "gotowanie" herbaty, przechowywanie produktów oraz ich wartości odżywcze, wskazówki natury organizacyjnej, jak i objaśnienia problematycznych pojęć. 
Oczywiście, znajdziemy tutaj również przepisy na poszczególne dania. Są to bardzo szczegółowe wskazówki, jak przygotować (krok po kroku) dania, które w domu u mamy jadło się ze smakiem. Szczególnie interesujący jest ostatni rozdział, który rzuca zupełnie nowe światło na resztki jedzenia i to, co można z nich przygotować.
Nie sposób też nie zauważyć interesującej oprawy graficznej. Uwagę przyciąga komiksowy styl ilustracji, które wyszły spod ręki samej autorki.



Anna Molga jest bardzo ciekawą postacią. Dotychczas mi się wydawało, że artyści, a tym bardziej malarze, to są ludzie nie z tego świata i nie zaprzątają sobie głowy tak przyziemnymi sprawami, jak gotowanie. Moje zaskoczenie było tym większe, gdy się okazało, że Anna może się podzielić też mnóstwem innych ciekawych życiowych doświadczeń. 



Książka jest majstersztykiem w swojej kategorii (choć bardzo trudno ją sklasyfikować). Napisana przystępnym językiem w humorystycznym stylu, pięknie zilustrowana, może być idealnym prezentem na każdą okazję. A za swój egzemplarz z dedykacją dziękuję autorce!



JĘZYK: 6/6
REALIZACJA: 6/6
POSTACIE: -/-
OPRAWA GRAFICZNA: 6/6

Podsumowanie:
GENERAŁ ******